Zenon i chińszczyzna

   Patrzył na ulotkę już po raz kolejny. Tego dnia po prostu wpadł do domu wściekle głodny, a nie chcąc jeść w barze po drodze i nie mając nic do jedzenia w domu, musiał zdać się na dostawę.
– Chińszczyzna – zawyrokował, patrząc na tablicę korkową, na której były poprzypinane pinezkami wszelkiego rodzaju ulotki firm dostarczających jedzenie w okolicy.

   Na chińszczyznę zdecydował się po raz pierwszy. Zamawiał jedzenie do domu wielokrotnie, bo często po pracy czuł się zmęczony i brudny. Biegł wówczas do domu jak najszybciej, a dotarłszy do niego, wskakiwał pod prysznic. Potem zaczynał żyć. Nie miał też czasu na gotowanie, choć potrafił być kuchmistrzem wytrawnym, kiedy już postanowił oddać się tej czynności. Najczęściej gotował dla przyjaciół, co równało się gotowaniu nieczęstemu wobec faktu zajętości i Zenona, i przyjaciół, oraz wobec częstych i odległych rozstań.

   Jednak tego dnia ani nikt nie miał wpaść, ani Zenon nie czuł się na siłach podjąć wyzwania gotowania. Nic nie rozczarowywało go w stopniu tak wielkim, jak rozczarowanie jedzeniem, a szczególnie rozczarowanie jedzeniem stworzonym przez samego siebie. Podobnie jak potrafił przyrządzić danie wykwintne, potrafił też zepsuć najprostszą potrawę, po czym każdorazowo tracił konfidencję do gotowania w ogóle.

– Chińszczyzna – zawyrokował Zenon, ponieważ miał nadzieję na pozytywny kulinarny eksperyment. Nigdy wcześniej nie korzystał z usług chińskiej restauracji, której reklamę dostarczono kilka tygodni wcześniej. Długo patrzył na ulotkę i kolumny bogato wyglądającej oferty. Nie była to może oferta tak bogata jak te w centrum miasta, ale zawsze pozostawiała pole do grymaszenia.

   Wziąwszy kartkę papieru i długopis zanotował:
– Numer 34 – cielęcina słodko-kwaśna – 9,50; 124 – makaron z wołowiną – 8,50; 54 – bambus z warzywami – 7,50; 118 – udka kurczaka po sajgońsku – 9,00 i 3 złote dostawa.
   Podkreślił kolumnę cyferek i podsumował: 37,50.

   Dokonawszy wyboru, który, mimo że Zenon był wilczo głodny, zajął mu jednak chwilę, (bo oprócz tego, że był głodny, był też staranny), Zenon odwrócił ulotkę chińskiej restauracji i wykręcił podany na niej numer telefonu.
   Odebrała kobieta, której podyktował numery zamówienia. Upewnił się, kiedy jedzenie zostanie dostarczone i udał się do łazienki.


   Dzwonek do drzwi był krótki i energiczny, a Zenon – jeszcze dosuszając mokre włosy ręcznikiem – podszedł do nich, zgarniając po drodze z komódki w przedpokoju portfel. Wszystkie te czynności wykonywane jednocześnie wymagały od Zenona koordynacji równej tej, jaką wykazywał się Jerzy Dudek w reklamie długich rozmów telefonicznych.

   Otworzył. Za drzwiami stał goniec z plastikowymi torbami, w których poukładane były pojemniki. Nie wyglądały jednak jak typowe pojemniki na chińskie jedzenie. Zenon jednak był zbyt zaaferowany i zbyt głodny, by koncentrować się na pojemnikach. Uwagę jego przykuła dopiero informacja gońca:
– Jarzynowa, pomidorowa, ogórkowa i przystawka.
– Słucham? – rzucił od niechcenia Zenon grzebiąc w portfelu w poszukiwaniu odpowiedniego banknotu.
– Jarzynowa, pomidorowa, ogórkowa i jedna przystawka – pana zamówienie.
– Jak to moje zamówienie? – zdziwił się Zenon nie do końca jeszcze koncentrując się na słowach gońca.
– 34, 124, 54 i 118?
– Tak.
– Jarzynowa, pomidorowa, ogórkowa i przystawka.
– Jak to?
– Jak to jak to? Zamawiał pan u nas jedzenie przecież.
– Tak, ale cielęcinę, bambus, makaron i udka kurczaka, a nie... – Zenon nie dokończył, bo na czapce kuriera przeczytał nazwę restauracji.
– Pan jest z "Kuchni Polskiej"? – zapytał Zenon z lekkim niedowierzaniem w głosie, bo był zaskoczony.
– Z "Kuchni", tak.
– Nie z chińskiej knajpy? – Zenon zadał pytanie, po którym pomiędzy nim a gońcem zapadła kilkusekundowa cisza, której żaden z nich nie przerwał aż do jej zakończenia.
– A...! – podjął goniec powolnym i przeciągłym "a" – to pan myślał, że dzwoni do chińskiej restauracji? Już jej tam nie ma.
– Jak to nie ma? – Zenon zadał to pytanie bezwiednie, bo gdyby wiedział o co pyta, nie zapytałby. Odpowiedź wydawała się zbyt oczywista, by zadawać pytanie.
– Nie ma. Zamknęli się dwa tygodnie temu. Tylko numer telefonu został ten sam. Teraz jest kuchnia polska.
– Aha, aha – wydukał Zenon dwa razy, po czym zapłacił, wziął od gońca paczki i udał się wolnym krokiem, ze zmarszczonymi brwiami, do kuchni.


   I rzeczywiście – zgodnie z zapowiedzią gońca, w paczkach znalazł trzy sztuki zupy i przystawkę. Pomimo głodu i mokrej głowy, Zenon stał nad plastikowymi pojemniczkami i oddawał się procesowi intensywnego myślenia. Nie wiedział nawet dokładnie o czym myśleć najpierw: co zjeść, czy jak to się stało i co z tego wynika.

   Postanowił pozwolić zadecydować żołądkowi i ruszył z łyżką do pomidorowej. Dopiero zaspokoiwszy pierwszy głód pomyślał o instytucji kosmopolityzmu, w której decydującym elementem jest brak ludzkiego przywiązania do miejsca. Był kosmopolitą z przymusu.

   Nie wiedział jednak, że kosmopolityczne mogą też być chińskie knajpy.


Ilustrowała: spinelii/pinezka.pl


Coaching a couch

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl