Elżbieta zobacza Zenona


   Elżbieta widywała Zenona już wcześniej. Mieszkała wówczas w zupełnie innej miejscowości i w tej samej innej miejscowości pomieszkiwał Zenon. Widywała go, jak codziennie rano wychodził do pracy, a potem – wieczorem – jak skrada się do domu ze starannie ukrytym pod pachą, zawiniętym w gazetę białym serem. Wiedziała, że to biały ser, choć nazwa i kształty były starannie zakryte.

   Wiedziała, że to biały ser, ale wiedziała to dopiero po dłuższym czasie starannego przyglądania się Zenonowi (którego jeszcze tak nie nazywała, bo nie wiedziała, że tak się nazywa). Intrygowały ją jego wieczorne powroty do domu, starannie maskowane przed... no właśnie – pomyślała – przed kim? Wiedziała przecież, że z domu Zenona nie dochodzą żadne dźwięki sugerujące, że mógłby dzielić mieszkanie z kimkolwiek. A jednak zakradał się do domu, jakby wewnątrz czekała na niego sfrustrowana żona, której nie byłby wstanie udobruchać ani tym białym serem, ani nawet rzadkiej urody kolią z brylantami, gdyby nawet – po latach późnych powrotów do domu – udało mu się na taką odłożyć.
   Elżbiecie nie przychodziła do głowy żadna inna przyczyna, dla której można by tak chyłkiem wkradać się do prawnie przez siebie zajmowanego lokalu. A już na pewno nie przypuszczała, że Zenon biały ser pod pachą przemyca, bo wściekła o ser była na niego... jego własna lodówka.

   Intrygował ją. Intrygował ją ten cichy mężczyzna, który nie robił chyba nic innego poza pracą i zakradaniem się do domu, o którym nie sposób było się czegokolwiek dowiedzieć, ani nawet jak zaaranżować przypadkowego spotkania (w tym poprzednim mieście, które było jeszcze mniejsze od obecnego, nie było środków transportu publicznego – nie można więc było wpaść na siebie na przystanku, oboje także nie posiadali psów – żeby się spotykać na spacerach, ani tym bardziej dzieci – dzięki którym można się zapoznać na wywiadówce).
   Intrygował ją już od tego pierwszego razu, kiedy dowiedziała się o jego istnieniu, a którego to razu on – miała nadzieję – nie był świadomy. Bo choć chciała bardzo, bardzo poznać go już wówczas, tamten raz mógł być dla niego w najlepszym wypadku krępujący.

   On mieszkał na parterze domu, do którego dołączony był niewielkich rozmiarów ogródek. Za domem biegła linia kolejowa, oddzielona od ogródka szerokim pasem chaszczy. Z chaszczy habitat uczyniło sobie wiele na wpół dzikich zwierząt, które nocą przedzierały się chyłkiem (stąd Elżbieta tak doskonale potrafiła zastosować to określenie w stosunku do Zenonowych powrotów do domu) przez ogródki na ulicę. Tam raczyły się dobrodziejstwem cywilizacji, której szczodre resztki znajdowały w wystawionych na ulicę śmietnikach. Elżbieta wielokrotnie słyszała tubylczą ludność wyklinającą na zwierzęta, które nie tylko hałasują po nocach, ale i rozgrzebują śmieci po całej okolicy. Ta sama ludność tubylcza była zjednoczona w hołdowaniu przekonaniu, że dzikie zwierzęta powinny żyć dziko w lasach, z dala od domostw. Ale sama Elżbieta miała trudności ze znalezieniem racjonalnych argumentów, które mogłyby ją skłonić do podzielenia podobnego poglądu. Podobnie jak Jeż Jerzy z jednego z jej ulubionych komiksów, dzikie zwierzęta zamieszkujące okolice torów kolejowych nie miały absolutnie żadnych czynników motywujących je do porzucania dobrodziejstwa cywilizacji na rzecz pomieszkiwania w, i tak już gęsto zaludnionych, lasach, gdzie zwierzę musi się naprawdę namęczyć, żeby znaleźć jakiekolwiek pożywienie. Nie mówiąc już o rozrywce.

   Już tego pierwszego razu, kiedy zobaczyła Zenona, zdobył jej kompletne zaufanie i sympatię – niewspółmierną do jego własnej świadomości jej istnienia, a i jej świadomości jego złych nawyków, których choć nie było wiele, ich istnienia z kolei pewien był on.

   Musiała być trzecia nad ranem, środek zimy, kiedy ich obydwoje (z osobna) obudziło potworne wycie pełne pretensji. Nie ruszyliby się może ze swoich osobnych łóżek, gdyby nie to, że potworne wycie pełne pretensji powtórzyło się i nie zapowiadało rychłego końca powtarzania się. Ze spania – jak obydwoje z osobna szybko wykoncypowali – i tak już nici. Potworne wycie pełne pretensji powtarzało się cyklicznie i pochodziło najwyraźniej od kogoś świadomego swojej woli i praw, kto postanowił wyegzekwować je właśnie teraz, jak to czynili jego przodkowie od zawsze.

   Zenon po krótkiej chwili, podczas której szybko dochodził do siebie (a Elżbieta do okna),  wybiegł do ogródka, z którego – jak wnioskował – dochodziło potworne wycie. Pełne pretensji. Pretensja w wyciu nie tyle go zatrwożyła, co była na tyle przynaglająca, że Zenon trochę z pośpiechu, a trochę z zaspania, zupełnie zapomniał cokolwiek na siebie nałożyć. I takim też go po raz pierwszy zobaczyła Elżbieta: stał zupełnie nagusieńki, zgięty w pół, w ogrodzie swojego wynajętego domu, przy furtce z ogrodu na ulicę i wskazując palcem na szparę pod dopiero co wczoraj wstawioną, nową, większą od poprzedniej furtką, zwracał się do małego liska: pod spodem! pod spodem! Mały lisek, który tej, jak wielu poprzednich nocy zakradał się na ulicę, nauczony przez swoich rodziców którędy, dziś siedział naprzeciw nowej furtki i niedowierzając, że może się pod nią zmieścić, potwornie wył z pretensją, że wstawiono mu nową furtkę. Pod spodem! – tłumaczył mu nagi Zenon w środku zimowej nocy, zginając się w pół i wskazując palcem szparę pod nową furtką. Pod spodem! – rozlegało się, dopóki mały lisek z chaszczy przy torach nie ruszył w stronę furtki. Dopiero wówczas – Elżbieta doskonale widziała to z okna swojej sypialni – Zenon ukontentowany wszedł z powrotem do domu.

   Nie mogła nie polubić Zenona, o którym wiedziała już, że jest wrażliwy i że nie podziela poglądów większości mieszkańców miejscowości, w której przyszło im zobaczyć się po raz pierwszy. Właściwie, jej zobaczyć jego. Wiedziała już, że nie podziela bezdusznej opinii, że zwierzęta powinny być trzymane z dala od ludzi – w lesie, a najlepiej w rezerwacie. Mężczyzna – pomyślała o nim – taki piękny (co wiedziała, bo widziała go przecież nago), czuły (co wiedziała po jego zachowaniu względem małego liska) mężczyzna (co wiedziała z atlasu anatomicznego, z którego kiedyś przygotowywała się do egzaminu z anatomii).

   Pragnęła go. Poznać.


Ilustrowała: spinelli/pinezka.pl


Zobacz też: Zenon i lodówka


Coaching a couch

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl