Lenistwo w ogródku

Porada miesiąca



   Okazało się, że mój mąż i dzieci chcą mieć ogródek do relaksowania. Ja zaś, co prawda, odkryłam w sobie pasję ogrodnika, jednak widząc moją męską połówkę wylegującą się na tarasie i babrzących się w zamierzonej grządce smarkaczy (podczas gdy ja z sekatorem w ręku robiłam kęsim żywopłotom), postanowiłam nie urabiać sobie rąk po łokcie. Wystarczy, jak urobię je sobie w ogródku tylko do nadgarstków, prawda? Poza ogródkiem mam jeszcze kilka innych frontów do obrobienia.


   W załączniku do nowego mieszkania był ogródek. Dokładniej – ogródeczek, spłachetek ziemii o wymiarach 5x10 metrów. Po szybkiej inwentaryzacji okazało się, że posiadamy:
– niemałych rozmiarów drzewo wiśniowe – sztuk jedna,
– nieco bardziej kompaktowych jabłonek – sztuk jedna,
– bliżej niezidentyfikowanych drzew grożących upadkiem – jak wyżej, czyli sztuk jedna,
– tujowego żywopłotu – 10 metrów bieżących,
– wybujałego jałowca – sztuk jedna,
– wątłego bzu – sztuk jedna,
– betonowych kubłów, częściowo zapełnionych nieznanego przeznaczenia roślinnością – sztuk dziesięć, 
– tarasu wyłożonego płytkami betonowymi – 10 m²,
– nieciekawego płotu, który pod żadnym pozorem nie powinien zarosnąć bluszczem – 5 metrów bieżących
– trawnika, jaki moi Rodzice zwykli nazywać "chwaściakiem" – 40 m².

   Wstępna inwentaryzacja stanu rzeczy pozwoliła nam też zaksięgować, czego nie mamy – a mianowicie tak zwanego "zielonego palca", jak również ani minuty więcej czasu niż przed przeprowadzką, kiedy to jedyne zielsko na stanie posiadania stanowiły chwasty w donicach na balkonie. Ponieważ przeprowadzka miała miejsce na przełomie maja i czerwca, jasne było, że jedyne prace pielęgnacyjne, jakie wykonamy tego lata i jesieni, ograniczą się do przycięcia żywopłotu i ubolewania nad stanem trawnika.

mc_lazygarden1.jpg
stan wstępny


   Ubiegające miesiące pozwoliły nam dokonać jednak kilku odkryć. Po pierwsze – wiśnia, niestety, okazała się być ozdobną; drzewo grożące upadkiem zidentyfikowaliśmy jako śliwę, zbyt wybujałą jednak, by móc z niej mieć cokolwiek więcej niż rozpaciane śliwki na trawniku. Pociechą okazała się jabłonka, jak również rosnące w betonowych kubłach roślinki, głównie mięta i melisa.

   Ponadto okazało się, że mój mąż i dzieci chcą mieć ogródek do relaksowania. Ja zaś, co prawda, odkryłam w sobie pasję ogrodnika, jednak widząc moją męską połówkę wylegującą się na tarasie i babrzących się w zamierzonej grządce smarkaczy (podczas gdy ja z sekatorem w ręku robiłam kęsim żywopłotom), postanowiłam nie urabiać sobie rąk po łokcie. Wystarczy, jak urobię je sobie w ogródku tylko do nadgarstków, prawda? Poza ogródkiem mam jeszcze kilka innych frontów do obrobienia.

   Zimą nastał czas planowania i zastanawiania się. Nie chcieliśmy zostawiać naszego tyciego skrawka ziemi na pastwę nas samych i czasu. Ale też jasne było, że poza tym, że ma być ładniej, ma też być zdecydowanie relaksująco. Czyli – lazy gardening.

   W sumie aż prosiło się, by zacząć od trawnika. Tak robią wszyscy. I tak nam radzono. Wiadomo, że nic nie robi większego wrażenia niż nieskazitelna murawa. Na mnie jednak dużo większe wrażenie zrobił nakład pracy i kosztów, jakiego wymagałaby odnowa naszego "chwaściaka". Ze względu na lata zaniedbania i nieurodzajną glebę znaczyłoby to w praktyce wymianę co najmniej 40-centymetrowej warstwy gruntu, kilka tygodni niewchodzenia do ogrodu, totalny zakaz gry w piłkę nożną oraz nabycie wertykulatora, kosiarki i – to był gwóźdź do trumny – używanie tej ostatniej regularnie co dwa tygodnie przez całe lato. Po moim trupie!
   Na szczęście reszta rodziny miała podobny pogląd na sprawę, zajęliśmy się więc grządkami. Na tej po prawej rosną dwie róże, bukszpan, bez i jałowiec. I raczej niedużo chwastów. Przez większość dnia panuje tam cień. Nie ma co się oszukiwać, ani te nasze róże, ani inne kwiatki raczej się tam nie udadzą. Poza tym, kto będzie je podlewał w okresie suszy? W ogródku, niestety, nie ma łącza do wody, trzeba ganiać z konewką. Insza inszość podlać dwie róże, a insza – całe ich stado.
   Dzięki genialnej książce pani Joanny Smith Viel Garten in wenig Zeit (The one-hour garden) znajdujemy idealne dla nas rozwiązanie. Brzegi rabatki wzdłuż trawnika ograniczamy kostką brukową. Jej wnętrze zostaje wyłożone specjalną folią, która przepuszcza wodę i powietrze, ale uniemożliwia wzrost chwastom. Folia ma kolor czarnej smoły i jest mało urodziwa tak długo, aż zakryjemy ją drobno pociętą korą drzewną. Korę taką można dostać w różnych kolorach, najtańsza ma nierównomierną fakturę i ciemnobrązowy kolor – tę wysypiemy wzdłuż żywopłotu (później wymieni się ją na ładniejszą i droższą). Na różaną rabatkę kupujemy szlachetniejszy rodzaj kory, o równomiernej fakturze i w pięknym mahoniowym kolorze. Już przez sam kontrast barw trawnik wydaje się być zieleńszy i tym samym bardziej wypieszczony, niż jest rzeczywiście.

   Folię można też wyłożyć drobnymi kamykami lub nawet i łomem kamiennym, tworząc coś na wzór japońskich ogrodów, jednak ze względu na wiek naszych pociech i bliskość domów mieszkalnych kamyki nie były najlepszym pomysłem.

   Rabatka zostaje wzbogacona o dwa cynkowe kubły (ok, nie kubły, lecz zwykłe wiadra, nie wiedzieć czemu wiadra cynkowe są dużo tańsze niż kubły tej samej wielkości), których chłodne srebro jeszcze bardziej podkreśla żywość kontrastu mahoń-zieleń. Tak ukształtowana rabatka będzie wymagała maksimum 15 minut pracy dziennie, kiedy to trzeba będzie podlać róże i bukszpany w kubłach. Plus dwa razy w roku trzeba będzie uzupełnić korę i ją przegrabić.


rabatka w trakcie prac

   Następnym krokiem w upiększaniu naszego ogródka jest posadzenie w betonowych kubłach wzdłuż płotu cieniolubnych roślinek o ciekawym listowiu. Takiej na przykład funkii. Nigdy nie mogłam się dopatrzeć w tej bylinie urody. Jednak zmieniłam zdanie – funkia nie ma żadnych wymagań. Rośnie sobie w cieniu, nie bierze za złe, jeśli się jej nie podleje ani też jeśli się ją przeleje, ma piękne ciemnozielone sercowate liście, zajmuje dużo miejsca i nie daje w swej okolicy szans chwastom. Stąd mamy w kącie przy płocie sporą funkię. Planuję dać jej do towarzystwa jasną paproć i jeszcze jakąś łatwą w obyciu bylinkę o czerwonym listowiu. I poziomki, wykopane w lesie, nierozpieszczone więc szklarnią i sztucznymi nawozami. Po pniu wiśni ma się wić clematis, też bardzo mało wymagające pnącze. Jedynym ukłonem w kierunku miłośnikow kwiecia jest azalia, śmiem wątpić, czy przeżyje jednak mało słoneczne miejsce. Jako że to naj-naj-najsłoneczniejsze zarezerwowane jest dla czerwonej porzeczki.


gotowa rabatka


Clematis (powojnik) Ascotiensis


Funkia (łac. Hosta)

   I to tyle. Możliwe, że dokupimy jeszcze kilka betonowych kubłów. Raczej na pewno wyłożymy taras drewnem, bo płytki popękały od korzeni wiśni. Może wybrukujemy część trawnika? Może.

   Mnie jednak najbardziej cieszy, że plan obsługi ogródka mieści się w kilku linijkach:
wiosną przyciąć jabłonkę, wiosną i jesienią przyciąć żywopłot i dopełnić korę na rabatkach, latem podlewać to co w kubłach i róże, jesienią wygrabić liście z trawnika, zerwać jabłka i ewentualnie osłonić róże przed mrozem, od czasu do czasu zamieść taras i uzupełnić piasek w piaskownicy. A poza tym można się wylegiwać do woli.


Zdjęcia z archiwum autory oraz ze strony SXC.hu

{jos_sb_discuss:15}

Komentarze (2)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl