Lodówka na klucz

W rozmiarze M

   www.google.com po wpisaniu hasła "dieta" wyrzuca z siebie około 122 tysięcy stron w języku polskim. Zajmuje to 0,11 sekundy. Wybór jest więc ogromny - życia by nie starczyło, by sprawdzić wszystkie te diety. Zresztą po co? Nie chodzi o to, by znaleźć dietę-cud. Cudów, moje drogie, nie ma. Przynajmniej w sferze odchudzania, bo za inne nie biorę odpowiedzialności.

    Dobrze dobrany sposob żywienia opiera się na matematyce. Bo ważne jest liczenie kalorii. Jak mówi moja internetowa współodchudzaczka, margolka123: jeśli bilans energetyczny jest ujemny, to nie ma siły - musisz schudnąć. 
    Jak osiągnąć ujemny bilans? Po pierwsze - jeść mniej. Oczywiście, nie każdy daje sobie radę, ot tak, od samego powiedzenia "dość". Ja też do takich osób nie należę, stąd moje "pomoce".
    Tzw. przeciętna kobieta powinna jadać około 2000 kilokalorii dziennie. Ile to jest? 4 hamburgery big mac albo pół kg kabanosów albo 35 dag chałwy albo 3 i pół czekolady albo 4 paczki M&M'sów albo 33 dag orzechów w czekoladzie albo 5 szklanek budyniu waniliowego albo 3,5 paczki dużych czipsów ziemniaczanych albo 0,9 kg chleba staropolskiego albo 5 bajaderek albo 5 porcji karpatki - nieraz pewnie to wszystko wchłonęłyście, nie zdając sobie sprawy z tego, jaką bombę wkładacie do ust. Bombę kaloryczną, oczywiście. Cóż... ja też nie zdawałam sobie sprawy z tego, co robię.

    Zwykle wszystkie odchudzające się kobiety myślą o diecie jak o paśmie wyrzeczeń, katordze, tragedii światowej, w ogóle jednym wielkim paśmie udręki. No bo faktycznie - jak popatrzeć na te wszystkie "diety-cud", je się tam listek sałaty lub góra dwa, pije się litrami wodę, w dodatku niegazowaną, wszystko jest zabronione, a jak już dozwolone, to w tak małej ilości, że nawet nie poczuje się smaku na języku.
    Boże, ileż ja tych diet przeszłam. Jedna lepsza od drugiej. Dwa razy przeszłam kopenhaską, po której zgubiłam dwa kilogramy(!), raz tygodniową głodówkę, po której straciłam 7 kg. Każda wiosna budziła we mnie chęć schudnięcia na wakacje, każda jesień pokazywała, że plan się nie powiódł. Odchudzam się parę ładnych lat - właściwie na poważnie zaczęłam po urodzeniu dziecka, kiedy zostało mi "nieco" tłuszczyku tu i ówdzie. Nigdy nie robiłam tragedii z tego, że jestem trochę grubsza niż inne kobiety, ale też tragicznie nie było. Tragicznie zrobiło się jakieś dwa lata temu, po źle dobranej antykoncepcji. W ciągu 2 miesięcy zrobiłam się cięższa o 17 kg. Horror! Oczywiście lek odstawiłam, o jego działaniu ubocznym rozpisywać się nie będę, powiem tylko, że dopiero dziś odzyskałam tzw. "normalność", jeśli chodzi o poziom hormonów. Właśnie wczoraj skończyłam sześciomiesięczną kurację lekami, które wcale nie pomagają w zrzucaniu balastu. Jednak musiałam schudnąć, żeby innym lekom było łatwiej mnie "naprostować".

    Nie cierpię diet. Chodzi o to, że wszystko jest z góry ustalone: o 9-tej jajko, o 11-tej dwie szklanki wody, a o 15-tej gotowana ryba. A jak akurat o 15-tej nie będę miała ochoty na rybę, to co? Rozumiecie o co chodzi? Dlatego postanowiłam układać sobie dietę według własnych zachcianek. Z zachcianek wykluczyłam: słodycze, pieczywo, słodycze, ziemniaki, słodycze, ryż i makaron, słodycze, napoje słodzone, czy wspominałam o słodyczach? Drugie postanowienie brzmiało: nic do ust po 18-tej.
    Pierwsze dni to był naprawdę dobry okres. Na działce obrodziła sałata i jadłam ją dwa-trzy razy dziennie, najczęściej z oliwą i jakimś gotowym sosem z proszku, nigdy ze śmietaną. Dodawałam z czasem rzodkiewki, pomidory, ogórki. Wystarczała mi micha takiej sałaty za cały posiłek. Oczywiście nie jestem królikiem, więc jadłam i inne potrawy. Zaprzyjaźniłam się z jogurtami owocowymi, serkami wiejskimi, chudzieńkim mięsem. Najczęściej jadłam piersi kurczaka smażone bez tłuszczu, a jeśli już na tłuszczu - to na małej ilości, a po usmażeniu kotlecik był pięknie wyciskany w ręcznik papierowy.
    Widząc efekty (w pierwszym miesiącu waga leciała na łeb, na szyję około kilograma tygodniowo) i stosując wspomagacze - apetytu ogromnego nie miałam. A poza tym... nie będę ukrywać, że nigdy wcześniej przy żadnym odchudzaniu nie miałam takiej motywacji. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Przez pierwsze kilka tygodni nie popełniłam żadnego odstępstwa od diety. Nawet gdy zaczął się sezon grillowy, to ja przygotowywałam sobie piersi kurczaka i tylko to jadłam. Żadnej kiełbasy, keczupu, musztardy, chleba, piwa. Sama sobie się dziwiłam. Doszło do tego, że robiłam ciasto i go nie jadłam. I wcale mnie do niego nie ciągnęło.

    Ale po nieco ponad 2 miesiącach, w lipcu miałam wielką imprezę służbową, podczas której cały dzień pracowałam na nogach (od 10-tej do 23-tej) i zostałam poczęstowana przez pewnych ludzi ciastem. Ciasto było niezwykłe, dostałam go cały talerz, a że od rana nie miałam nic w ustach - pękłam. Zjadłam jeden kawałek, resztę zaniosłam kolegom. Byłam przekonana, że następnego dnia zobaczę go na wadze, w biodrach itp. Okazało się, że tego dnia spaliłam tyle kalorii, że ważyłam pół kilograma mniej. Dodam, że ten dzień na długo pozostanie w mej pamięci, jako dowód na to, że warto było schudnąć... Tego dnia zobaczyli mnie wszyscy znajomi (nie koledzy, ale znajomi, ludzie, z którymi jestem na pan/pani), którzy nie widzieli mnie przez parę tygodni. Zachwytom nie było końca. Byłam wniebowzięta, ważyłam wtedy już o 10 kg mniej, więc oczywiście sama widziałam różnicę. Poza tym wtedy mieściłam się już w rozmiar 40/42. Potem miałam urlop. Zgrzeszyłam dwa razy - zjadłam jakiegoś herbatnika do kawy. Ale szczerze powiem - wcale mi nie smakował. Kiedyś, to zjadłabym cała paczkę i szukała drugiej...

    Nie lubię w życiu nudy, również w jedzeniu. Monotonia mnie zabija. Pomyślałam, że bycie na diecie nie oznacza, że nie mogę jeść nic smacznego. Wymyśliłam więc pyszny napój: chudą kawę mrożoną. Potrzeba do tego bardzo zimnego mleka (wkłada się karton do zamrażarki na godzinkę), 3 łyżeczek kawy rozpuszczalnej, zalanej bardzo niewielką ilością wody (ok. 1/6 szklanki), paru tabletek słodziku (nie więcej niż 3 szt.) i lodu w kostkach - według uznania. Do miksera w kształcie dzbanka wsypujemy lód, dolewamy mleko i kawę (oczywiście wystudzoną) i posłodzoną słodzikiem (lepiej rozpuszcza się w gorącej kawie). Miksujemy to przez kilkanaście sekund, do uzyskania pianki w górnej części dzbanka. Mleko nie może być chudsze, niż 1,5% - inaczej pianki nie będzie. Jest to napój, po pierwsze świetnie chłodzący, a po drugie pyszny i, co może najważniejsze, sycący. Po wypiciu dwóch szklanek takiej kawki, jeść nie chce się przez najbliższe 2-3 godziny. Serio.
    Oczywiście słodzik jest ogólnie niezdrowy, więc nie polecam słodzenia, ale czasem niektórym ludziom po prostu niesłodka kawa nie smakuje. Do tej kawy, przed zmiksowaniem można dodać troszkę cynamonu, zapach i smak będzie jeszcze lepszy.

    Drugą przyjemnością, która nie tuczy, a smakuje - to oszukany sernik na zimno. Sernik z serków każda z nas umie zrobić. W mojej "chudej" wersji serki zastąpić należy jednym dużym jogurtem (0% tłuszczu) o dowolnym smaku i jednym naturalnym (też dużym). Do jogurtów dodajemy rozpuszczoną żelatynę lub galaretkę owocową, wylewamy do tortownicy i zalewamy galaretką. Można oczywiście do galaretki dodać sezonowe owoce. Można nawet dno tortownicy wyłożyć biszkoptami - wersja z biszkoptami ma ok. 1300 kilokalorii (w 16 porcjach), bez biszkoptów ok. 1000. Czyli nawet jedząc przez cały dzień tylko takie "ciasto" nie przytyjemy i nie przekroczymy progu 1000 kilokalorii. Ja ciastem poczęstowałam gości - smakowało. Czyli "normalny" człowiek też może to jeść.
     Do większej ilości przepisów się nie przykładałam, bo mrożona kawa i jeden sernik zaspokoiły moje ciągoty. Za to po przeczytaniu w "Polityce" o tym, że w jednym serku danio są 4 łyżeczki cukru, a w dużym jogurcie jest ich kilkanaście, bardzo się wkurzyłam. Tego dnia przestałam jeść cokolwiek mlecznego. Wytrzymałam prawie 3 tygodnie, ale to nie jest sposób na życie dla mnie. Ja po prostu kocham mleko. Więc piję mleko, zamiast jogurtów piję maślankę naturalną, a jak chcę żeby jogurt był słodki, to wrzucam do niego parę łyżeczek dżemu własnej roboty - wtedy wiem, co jem. Nie jem też serków waniliowych (właściwie to podczas całej diety zjadłam ich może ze 3), lubię serki wiejskie, granulowane, lubię ryby, zwłaszcza w galarecie, czyli gotowane, sałatki, surówki. W ciągu całej diety ani razu nie jadłam zupy, makaronu, ryżu. Raz jadłam ziemniaka - jako ozdobę kalafiora.

    Na tzw. diecie nie jestem już od miesiąca. W tym czasie schudłam 3 kg. W sumie od maja straciłam ich prawie siedemnaście. Czemu piszę "na tzw. diecie"? Bo po prostu nadal świadomie wybieram to, co wkładam do ust, nadal czytam etykietki produktów, nadal codziennie się ważę, ale... wiem, że mogę sobie pozwolić na więcej. Nie na wszystko, ale na trochę więcej. Nadal nie jem ziemniaków, raz zjadłam trochę ryżu, raz 3 kromki chleba z masłem. Jak mam ochotę na słodycze - piekę drożdżowe bułeczki z symboliczną ilością cukru. Zjadam 3-4 (robię je wielkości dna szklanki) i apetyt przechodzi.
    Słyszałam, że jeśli przez pewien czas nie dostarcza się organizmowi nic słodkiego, przestaje produkować jakiś enzym, nazwijmy go  "zapotrzebowaniem na słodkie". Odnoszę wrażenie, że to prawda. Odnoszę też wrażenie, że mój sukces to, oprócz silnej woli, również brak węglowodanów. To właśnie dzięki nim, a właściwie dzięki ich brakowi wyglądam teraz tak, a nie inaczej. No, pewnie pomogły też "mumifikacje"... Ale to już temat na grudzień.

 

 Odcinek poprzedni: Siedmiomilowe kroki
Odcinek następny: Mumia Nefretete

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl