Nie cierpię ćwiczyć

W rozmiarze M

    Nie cierpię ćwiczeń. To jest takie bezsensowne, głupie po prostu. I w dodatku nie sprawia żadnej przyjemności.
    Chodziłam kiedyś do siłowni. I co? Drażniły mnie te wszystkie zgrabne jak modelki "laski" i przystojniacy w obcisłych podkoszulkach, którym napakowane testosteronem mięśnie po prostu pękały. I mięśniacy, i "laski" mieli coś wspólnego – po prostu byli zgrabni. A ja? W rozciągniętym podkoszulku, skrzętnie ukrywającym fałdy, i w leginsach, które właściwie nic nie ukrywały, a wręcz przeciwnie - wściekałam się.

    Po co takie zgrabne dziewczęta przychodzą do siłowni, przecież im to nie jest potrzebne - myślałam. Nie da się ukryć, że teraz wiem, po co te smukłe dziewczyny tam chodzą. Po to, żeby nadal mieć to zgrabne ciało. Ale ja z siłownią się nie zaprzyjaźniłam.

    Chodziłam też kiedyś na aerobik. Niby lepiej – nie było mięśniaków naładowanych testosteronem. Ale... w mojej grupie były kobiety w różnym wieku i o różnym stopniu "rozbrykania". Jedne potrafiły zrobić szpagat, ja przy skłonie ledwo dosięgałam palcami rąk podłogi. Nie tylko ja nie sięgałam, ale jednak czułam się głupio. Aerobik to nie jest to, co Monika lubi najbardziej – pomyślałam sobie i zrezygnowałam z aerobiku.
    Dwa lata temu – ostatnia próba. Ważyłam wtedy 70 kg i poszłam z koleżanką na takie ćwiczenia, nie wiem jak je określić. Trzy razy w tygodniu ćwiczyłyśmy z kijami od szczotek, do tego normalne brzuszki i tym podobne wygibasy. Po dwóch tygodniach waga pokazała 72 kg. Załamałam się i przestałam chodzić. To pewnie był błąd.
    Kiedy zaczęłam się odchudzać w maju, ani przez chwilę nie pomyślałam, że z własnej woli zechce mi się ćwiczyć, że nie będę mogła się doczekać końca pracy, żeby się poruszać. Przecież chciałam schudnąć 5 kg i już.

    Jak to się stało, że teraz dzień bez ćwiczeń uważam za stracony? 

    W czerwcu ważyłam już poniżej 70 kg, czułam się lżej i lżej wyglądałam. Nie było to jeszcze nic zwalającego z nóg, ale jednak już coś dało się zauważyć. Naszło mnie to pewnego dnia. Zadzwoniłam do koleżanki z pytaniem, czy nie pożyczyłaby mi swojego roweru stacjonarnego. Koleżanka nie miała nic przeciwko temu – wszak u niej tylko zajmował miejsce. Jeszcze tego samego dnia wsiadłam na siodełko. Ujechałam 5 km. Niewiele, ale mięśnie wręcz drżały. Jak się okazało – obciążenie było za duże. Jeśli chce się schudnąć, trzeba jechać na najniższym obciążeniu, ale równym rytmem, z taką prędkością, by móc rozmawiać, nie mając jeszcze zadyszki. Dla mnie było to średnio 25-30 km/h.
    Po kilku dniach zwiększania sobie dawki pedałowania doszłam do godziny jeżdżenia dziennie i to była moja norma. Jazda na rowerze stacjonarnym sama w sobie nie jest niczym pasjonującym. Wręcz przeciwnie – nudzi się na nim diabelnie. Ale ja dzięki jeździe nadrobiłam mnóstwo zaległości filmowych – filmy trwają średnio półtorej godziny, więc akurat oglądałam jeden dziennie. Potem słuchałam radia i wyszywałam serwetkę – naprawdę da się to robić jadąc. Wystarczyło przygotować odpowiednią liczbę nawleczonych igieł – i wyszywać. Na rowerze przeczytałam też mnóstwo książek, nauczyłam się słów kilkunastu piosenek.

    Po jakimś czasie wyczytałam w którymś czasopiśmie o zdrowym życiu o "cudownej mocy” spacerów. Co wieczór, po 20-minutowej rozgrzewce na rowerze, brałam radio ze słuchawkami do kieszeni, wrzucałam stację z rytmiczną muzyką i spacerowałam. Żeby było jasne – kiedy wracałam do domu po jakichś 45-60 minutach, byłam nieźle zmachana, bo ten spacer, to właściwie był dość szybki marsz. Byłam zmachana, ale nie zmęczona. Po takim spacerze rozpierała mnie energia. Po jakimś czasie więc zaczęłam ćwiczyć na kocu. Robiłam jakieś brzuszki, mostki itp. 

    Jestem osobą dość dobrze zorganizowaną, nie lubię tracić czasu, staram się tak go sobie organizować, żeby móc robić dwie rzeczy jednocześnie. I kilka takich patentów wymyśliłam. Podczas suszenia włosów – robię wspięcia na palce. Stopy rozstawiam na szerokość ok. 30 cm (szerokość standardowej płytki terakoty) i energicznie wspinam się na palce, po czym po chwili wracam do pozycji wyjściowej. W czasie suszenia włosów udaje mi się zrobić około 120 takich wspięć, ale na pierwszy raz to zdecydowanie za dużo. Dodam, że mam dość długie i gęste włosy, suszę je długo, więc dlatego wychodzi mi aż tyle powtórzeń. Ćwiczę seriami – 10 wspięć, chwila przerwy i znowu 10 wspięć. To ćwiczenie świetnie wpływa na łydki, uda i pośladki.
    Inne ćwiczenie na te same partie ciała: kładziemy na podłodze ze trzy książki wielkości encyklopedii (czyli duże, grube i ciężkie), stajemy na tym stopniu, ale w ten sposób, by pięty wisiały poza nim. I robimy to samo, co w łazience, tylko że tu nasze pięty przy opuszczaniu wędrują jak najniżej. W czasie wykonywania ćwiczenia można czytać książkę, rozmawiać przez telefon itp. Ważne jest, by podczas ćwiczenia trzymać napięte mięśnie pośladków i wciągnięty brzuch – wtedy i te mięśnie pracują, a przecież zależy nam na pięknej pupie i zgrabnym brzuszku. To ćwiczenie można wykonywać też na schodach, ja robiłam je również na ganku w domku na działce.

    Efekty moich ćwiczeń było widać szybko – moje nogi nie trzęsły się jak galareta, są jędrne i ładnie umięśnione. Mam więcej energii, wejście na ósme piętro nie jest już dla mnie problemem, biegam bez zadyszki.
Co najważniejsze jest w ćwiczeniach? Systematyczność, bo tylko w ten sposób uzyskamy efekt. Długość ich trwania, bo trzeba ćwiczyć 20 minut, żeby ruszyć tłuszcz do spalania. I dopiero to, co "poćwiczymy" po tych 20 minutach, to jest prawdziwe spalanie tłuszczu. Lepiej więc ćwiczyć co drugi dzień pół godziny, niż 15 minut codziennie. Ale lepiej 15 minut codziennie niż nic. 

    Trzeba dobrać sobie coś, co nas nie zniechęci. Dobre wyjście to spacer – nie potrzeba wielu zabiegów, by wyjść z domu, a z czasem możemy wydłużać trasę i przyspieszać tempo marszu. Jeśli gnębi nas duża otyłość, to jest to w ogóle najlepsze wyjście, bo wszystko inne za bardzo nas zmęczy – a jak zmęczy to zniechęci. Im mniej kilogramów będzie na naszych barkach, tym więcej można sobie brykać.
    Ważna jest też pora ćwiczeń. Najlepiej gimnastykować się rano, przed śniadaniem, ale po kawie. Przed śniadaniem – bo wtedy spalamy tłuszcz, a nie śniadanie. Po kawie – bo ona podnosi ciśnienie i szybciej spalamy to, co mamy zbędnego. Według specjalistów najwłaściwsze pory, kiedy organizm spala tłuszcz (bo produkuje wtedy najwięcej odpowiednich hormonów), to godziny między 6 a 8 rano i między 16 a 18. 

    Świetnym rozwiązaniem, czyli połączeniem dwóch sposobów odchudzających jest nasmarowanie ciała mieszanką olejków, wskoczenie w dres i ćwiczenie. Olejki dają wtedy jeszcze lepszy efekt. A przecież o to chodzi.
    Dobre zestawy ćwiczeń na poszczególne partie ciała proponuje strona www.fit.pl, ale również i miesięczniki o zdrowiu i urodzie. Wystarczy kupić kilka numerów, by znaleźć coś w sam raz dla nas – to może być hula–hop, skakanka, biegi przełajowe lub wspinaczka wysokogórska, ważne, by ćwiczyć i by się tym nie nudzić.

    A kiedy już połączycie wysiłki – dietę, masaże, ruch – i osiągniecie wymarzoną sylwetkę, przyjdzie czas na etap ostatni, ale najtrudniejszy: utrzymanie wagi. Pracuję nad tym od września. Na razie wygrywam. Jak to robię? O tym już w lutowej pinezce.pl.


Odcinek poprzedni: Mumia Nefretete
Odcinek następny: Wytrwać...

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl