Wytrwać...

W rozmiarze M

    Okazuje się, że doprowadzenie się do stanu 90 x 60 x 90 (lub innych wymarzonych wymiarów) kosztuje dużo mniej niż jego utrzymanie. Bo każda z nas, nie ukrywajmy, przez te wszystkie miesiące wyrzeczeń czekała chwili, kiedy wreszcie zatopi zęby w pachnącym serniku czy smażonej karkówce.


    Kiedy już wygrałaś swój bój o piękniejszą siebie - dla siebie, oprócz morza zazdrosnych spojrzeń u płci pięknej, oceanu zachwytów ze strony płci brzydszej, mniejszych problemów przy zakupach odzieży i wielu innych życiowych udogodnień , pozostała ci część najtrudniejsza: wytrwać w tym pięknie.
    Okazuje się, że doprowadzenie siebie do stanu 90 x 60 x 90 (lub innych wymarzonych wymiarów) kosztuje dużo mniej, niż jego utrzymanie. Bo każda z nas, nie ukrywajmy, przez te wszystkie miesiące wyrzeczeń czekała chwili, kiedy wreszcie zatopi zęby w pachnącym serniku, czy smażonej karkówce. Ja też czekałam. No i doczekałam się. 

    Oficjalnie przestałam się odchudzać pod koniec września. Ważyłam wtedy 60,3 kg. W ciągu 140 dni, od 6 maja schudłam 15 kg (z 75 do 60), straciłam 55 cm w obwodach, a dokładnie: 16 w talii (z 85 na 69), 17 w brzuchu (z110 na 93), 13 w biodrach (z 109,5 na 96,5), 10 w udzie (z 64 na 54). Z rozmiaru 44-46 przeniosłam się w rozmiar 38, a czasem mieszczę się w 36. 

    Dziś, 4 miesiące później, (po świętach!!) ważę 60,5 kg. Było ciężko? Pewnie. Koniec odchudzania ogłosiłam oficjalnie – żeby uniknąć tekstów znajomych i rodziny: o... znowu jesz? Nie wytrzymałaś? Takie teksty potrafią zabić kiełkujące już uczucie dumy z siebie. Dlatego uprzedziłam wszystkich – już się nie odchudzam, co nie znaczy, że będę jeść tak jak wy. 

    Kiedy przestałam się odchudzać, nie rzuciłam się od razu do lodówki. Nie objadałam się słodyczami, chlebem i ziemniakami, smażeninami itp. Pewnie, że miałam i mam na to ochotę. Tego nie ukrywam. Ale potrafię powiedzieć sobie NIE w odpowiedniej chwili.
    Do dziś nie jem ziemniaków (od 6 maja jadłam je raptem dwa razy, z czego jestem niezmiernie dumna), chleb jadam, ale bardzo rzadko, bo widzę, że mi nie służy – za każdym razem po zjedzeniu chleba czuję ciężar w okolicy żołądka, więc po prostu staram się nie narażać na ból. 

    Pozwalam sobie na słodycze, ale w ilości rozsądnej, czyli ograniczonej. Czasem mam tzw. "głoda" słodyczowego i muszę coś zjeść. Na szczęście dopada mnie nie za często. Poza tym... jem to, co w czasie odchudzania, bo moje drogie... ja nie byłam na diecie. Ja przestałam jeść niektóre rzeczy chyba na zawsze. Nadal jadam jogurty, maślanki, otręby, chude wędliny i mięso, poza tym mnóstwo warzyw – teraz zimą w wersji smażonej (mrożonki).
    W dni powszednie staram się nie jeść słodyczy. Jak jestem na jakimś spotkaniu towarzyskim, to się częstuję, ale staram się, żeby nie przekroczyć normy. Na święta nie upiekłam nic – trochę z braku czasu, trochę z przekory. Poprosiłam męża, żeby kupił jakieś ciasto, a wiem, że nigdy jeszcze nie kupił takiego, które mi smakuje... Nie powiem – spróbowałam... ale przyjemności w tym nie miałam. Raz miałam ochotę na czipsy. Chodziła za mną ta ochota parę dni zanim jej uległam... czipsy są wstrętne – i to mnie cieszy. Nie muszę już patrzeć z przestrachem w stronę półek z tym "przysmakiem”, bo wiem, że tego nie lubię (a kiedyś... paczkami się jadło).
Jadam głównie ryby, chudą wędlinę i nabiał. I jest dobrze. 

    Ale nie znaczy to, że zawsze tak bywało. Nie powiem, że moja waga stała w miejscu. Był dzień, kiedy ważyłam 57,8 kg – było to tuż po ciężkiej grypie, kiedy kilka dni nie byłam w stanie nic przełknąć. Z drugiej strony, po świętach waga wskazała 63,5. Ale po tygodniu już było wszystko w normie.

    Co jest najważniejsze w wytrwaniu? Częste przeglądanie się w lustrze, mijanych sklepowych wystawach, oglądanie zdjęć "przed" i "po" (grunt, to zakodować sobie obraz siebie szczupłej), oraz... wyrzucenie wszystkich za dużych ubrań. Pierwsze zajęcie uwielbiam – polecam i wam. Drugie przyszło mi zrobić z ciężkim sercem, bo same wiecie, ile kosztują nowe ubrania. Ale wszystko ze mnie spadało, więc co było robić? Jednak warto, naprawdę.
     Musiałam wymienić całą garderobę – od majtek po kurtki. Za każdym razem, gdy zaglądam do szafy i widzę w niej te malutkie ubranka... robi mi się dobrze na duszy.  Poza tym... w za dużych ubraniach nie wygląda się sexy.  

    I jeszcze jedna ważna rzecz... nie wolno zapominać o małych kroczkach . To, o czym pisałam na samym początku jest nadal aktualne. Po zwycięstwie nie wolno nam spocząć na laurach i tylko oglądać się w lustrach. Bo efekt jo-jo czeka za drzwiami.
    Nie można też zapominać o ruchu. Trzeba przynajmniej sporo spacerować, jeśli nie macie czasu czy ochoty na ćwiczenia. Nie można też zapominać o tym, że po 6-7 wieczorem nie wolno nam jeść. A jeśli już – to coś lekkiego.
    Musimy kontrolować swoją wagę i wymiary. Już nie codziennie, ale przynajmniej dwa razy w miesiącu. I jeśli okaże się, że to, co widzimy wcale się nam nie podoba, trzeba działać szybko – zwiększyć wysiłek, zmniejszyć porcje. Łatwiej jest zaradzić złu, kiedy jest ono niewielkie (kilogram czy dwa).

    Pamiętajcie, ile wyrzeczeń kosztowało was to piękniejsze ciało. Ile potu podczas jazdy na rowerze, rolkach czy pływania. Ile odmówionych słodyczy, lampek wina. Ale przecież było warto.
    I jeszcze jedna rzecz. Dziewczyny – wiosna idzie! Marzec to świetna pora, by zacząć się odchudzać.



Odcinek poprzedni: Nie cierpię ćwiczyć
Pierwszy odcinek cyklu o odchudzaniu: Postanowiłaś schudnąć

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl