Podróż na Wschód, cz. 2, W góry


Lepsze od gór są tylko góry
na których jeszcze mnie nie było
na których nikogo nie było
Włodzimierz Wysocki

11 lipca
   Orlik, główne miasto Akińskiego Rejonu. Pięknie położone miasteczko, choć jak na polskie standardy to chyba duża wieś. Zza zakrętu szutrowej, kamienistej, głównej drogi, wyłoniły się nam drewniane zabudowania na skarpie, tuż przy malowniczo wijącej się rzece Oce, okraszonej zalesionymi wysepkami. Dalej, w tle widać już było pierwsze szczyty gór, cel naszej podróży.
    Ludzie zajmują się tu rolnictwem, lecz przede wszystkim wypasem bydła (krów, jaków), owiec, hodowlą koni, łowiectwem. Koń jest w krainie Buriatów podstawowym środkiem lokomocji. Ci ludzie o szerokich, azjatyckich twarzach są przeważnie doskonałymi jeźdźcami. Poza tym dużo piją. O tym mówili nam nawet Rosjanie i to się w stu procentach sprawdziło.

* * *

   Znaleźliśmy transport z Orlika do podnóża gór, do miejsca zwanego Szar-za. 50-letni Buriat, lekko wstawiony, podjeżdża swoją ciężarówką, czyli gruzawikiem (ciężka ruska maszyna typu "gniotsa nie łamiotsa"). Ładujemy się na pakę, strasznie trzęsie, Łukasza o mało co nie wyrzuciło z platformy, a podpity szofer ma ciężką nogę. Pierwsze co robi to podjeżdża pod rodzinny dom, żeby się nami pochwalić, wypić i wziąć jeszcze flaszkę. Dosiada się do nas kompletnie pijany człowiek, z małą bródką, wąsami do dołu, nieduży, o twarzy przywodzącej na myśl wojownika Czyngis-Chana. Zresztą on sam twierdzi, że jest jego potomkiem. Chwieje się, ale utrzymuje równowagę w pędzącym po tragicznych wiejskich drogach pojeździe, podczas gdy my, siedząc na podłodze trzymamy się, podpieramy, zapieramy wszystkimi nogami i rękami.
   Czyngis ciągle coś mówi. Krzyczy, że wszystkich pozabija, że Amerykańce, Niemce to hujnia, wsje to hujnia, bladź, on wsjech ubije, a Stalin to wielki wódz. Wywraca się, wstaje, denerwuje, że niewiele rozumiemy, celuje i strzela do nas z palców. Nas też ubije, Polacy toże hujnia. Jesteśmy wrogami Sojuza, Czyngis z wściekłością wskazuje palcem każdego z nas po kolei krzycząc: "Faszist! Faszist! Faszist!” Klnie na potęgę. Pędzimy gruzawikiem nie wiadomo dokąd, co i raz ktoś sprawdza mapę, kierunek się z grubsza zgadza.

   Wreszcie przystanek, święte buriackie miejsce. W zagajniku przy rzeczce wszędzie walają się butelki po wódce. Wedle zwyczaju należy odlać trochę alkoholu, oddając go w hołdzie naturze, niebu, wodzie, ziemi i samemu wypić. Nasz kierowca rozlewa trochę na trawę, podaje nam. Pijemy jak najwięcej, bo wiemy, że on skończy flaszkę z kumplem, a droga jest naprawdę fatalna, zwykła leśno-polna droga pełna dziur, błota, górek, skarp i zakrętów. Czyngis ciągnie duszkiem z gwinta. Kierowca na chwilę usiadł na poboczu. Zerwał kępkę trawy i wpakował do ust. Zielony sok spływa mu z kącików. Czyngis odlał się na oponę samochodu, charchnął, ale nie może wsiąść na ciężarówkę. Czekamy. W końcu, Bogu dzięki, zostawiamy go. Szofer zamilkł, widać, że ma dosyć nas i trochę przydługiej jazdy, mimo to nie zdejmuje nogi z gazu. Wreszcie zatrzymuje się. Wysadza nas przy kolejnym świętym miejscu. Nie jest to Szar-za, ale wyskakujemy ochoczo. Płacimy za przejazd i krzyżyk mu na drogę, w końcu do celu nie było już wcale daleko, jakieś 5-6 km.

* * *

   Buriaci są w większości buddystami, lecz nie jest to buddyzm z jakim można prawdopodobnie spotkać się w Tybecie. Ogromne wpływy ma tu szamanizm (choć, jak mówił stary autochton: "Prawdziwych, wielkich szamanów już nie ma, bolszewicy ich wytępili.").
   Do świętego miejsca podjeżdża na takim samym gruzawiku jak nasz wycieczka szkolników z Orlika. Zagajnik zaśmiecony jest butelkami po wódce, na wszystkich drzewach wokół centralnego miejsca z małym, drewnianym stolikiem wiszą tajemnicze podłużne szmatki. Ciężarówka, po brzegi wyładowana buriackimi dzieciakami, powoli opróżnia się. Jeden z wycieczkowiczów, chłopak o szerokiej, azjatyckiej twarzy, opalony na brązowo, na nasz widok wesoło krzyczy: "O! Negry!" i wszyscy się śmieją. Szkolniki sprzątają święte miejsce, zrzucając całe szkło na jedno miejsce. Pomagamy im. Zaczyna się ceremonia.

   Starszy człowiek bierze trochę chleba, masła, wódkę, kilka innych podstawowych produktów i zaczyna je palić na stoliku. Inny mężczyzna rozdaje podłużne szmatki ustawionym w rzędzie dzieciakom. Każdy bierze do ręki jedną szarfę, obchodzi wkoło trzy razy święte miejsce, za każdym razem zbliżając się do rozpalonego ogienka i wdychając dym. Zaproszono nas do ceremonii, więc powtórzyliśmy dokładnie wszystkie czynności.
   Potem wszyscy rozwieszali swoje szmatki, każdy na oddzielnej gałęzi. Młodzi na młodych, starsi na starszych pędach. Następnie dorośli ustawili się w półokręgu wraz z nami i pili po trochę wódki (tradycyjne 100g), przed połknięciem, wychlapując część ręką z kubeczka przed siebie. Ceremonia się zakończyła. Wszyscy w akompaniamencie śmiechu wsiedli na gruzawika, znowu wypełniając go po brzegi. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie i koniec spotkania. Machając nam szkolniki odjechali w kierunku Szar-zy, a my poszliśmy szukać dogodnego miejsca na nocleg.

12 lipca
   Zbliża się koniec dnia, słońce ciężko zawisło nad pobliską górą. Idziemy w lesie, bez ścieżki, brodząc po kolana we wlewającym się do butów bagnie. Komary tworzą gęstą chmurę wokół ludzkich postaci. Idę w polarowej kurtce. Wprawdzie kropi, ale jest ciepło. Gotuję się, lecz za nic nie zdejmę okrycia, zjedzą mnie żywcem. Te gadziny towarzyszyć nam będą od pierwszego do ostatniego dnia, może nie w tak horrendalnych ilościach, ale ciągle i niezmiennie.

13 lipca
   Pierwsze przejście przez rzekę, robimy zdjęcia, jest słonecznie, chlupotanie w butach szybko ustaje, tym bardziej, jeśli wyleje się z nich nadmiar wody, podnosząc nogę do góry. Atmosfera odświętna. Nie przypuszczaliśmy wtedy, że na 18 dni w górach, może z 3-4 dni będziemy mieli suche buty, a przeprawianie się przez rzekę "eto wsjo normalno".

15 lipca
   Poza nami zostaje dolina rzeki o dźwięcznej nazwie Barun-Chabarus. Idąc ścieżką pod górę natykamy się na samotną chatę pasterską. Gospodarzem jest wesoły, starszy Buriat, który, jak się okazuje, pilnuje stadka hodowlanych reniferów. Hodowlanych, choć w rzeczywistości są one tu bardziej na wolności, niż w jakimkolwiek zoo (właśnie zgubiło się kilka sztuk i towarzysze starego pasterza od kilku dni szukają ich po górach). Pokazuje nam swoje zwierzęta. Jestem zaskoczony, spodziewałem się nieco większych bestii, choć muszę przyznać, że rogi alieni, porośnięte przyjemnym, gęstym meszkiem, są imponujące, dwie wielkie postrzępione łopaty. Robimy zdjęcia, pasterz śmieje się, nazywając siebie aborygenem. Zostawiamy mu w podzięce tabliczkę wedlowskiej czekolady i ruszamy w kierunku Doliny Wulkanów.

* * *

    Namioty rozbite przy końcu Doliny Wulkanów, płonie ognisko, widać gwiazdy, zwiastujące dobrą pogodę, co jakiś czas furka głośno jakiś duży niegroźny (czytaj: niegryzący) owad. Słońce zachodzi, chmury tworzą wielką purpurową zasłonę. We wcięciu doliny widać jeszcze nieco jaśniejsze niebo. Za plecami stoi nieczynny wulkan, zarośnięta trawą dwustumetrowa góra. Cała dolina pełna jest zastygniętej lawy, twarde, ostre, łamliwe kamienie, przypominające czarną gąbkę dominują w krajobrazie. Kiedy nazajutrz wdrapaliśmy się na strome zbocze, oczom naszym ukazał się ogromny, łysy krater we wnętrzu góry, wspomnienie dawnej siły i grozy. Teraz na dnie krateru utworzyło się małe, brudne, deszczowe jeziorko, a jego koronę porosły rzadkie, iglaste drzewa i krzaczki jagód.

   Wieczorny widok spod wulkanu cieszył oczy. Ogromna góra, do złudzenia przypominająca ścięty ukośnie stożek, zadziwiała regularnością kształtu. Refleksy światła, gra słońca z cieniem, nieustanne przepychanki nieba z chmurami i powoli zapadający zmrok miały swoje niepowtarzalne odbicie na krzywym szczycie owej góry. Daleko za drugim wulkanem majaczyła już wysoka przełęcz, sięgająca 2400-2500 m., na którą nazajutrz mieliśmy się wspiąć. Podejście na nią było trudne, zmęczyłem się jak przy orce, plecak ciążył straszliwie, były chwile, że najadłem się strachu na kamiennej stromiźnie, ale to inna historia. Na razie leżeliśmy, suszyliśmy się pod wulkanem, zapadał zmrok, płonął ogień i było pięknie.

16 lipca
    Grześ idzie pierwszy. Schodzimy doliną do miejsca zwanego Hojto-Goł, znajdują się tam ciepłe źródła. Idzie się ciężko, bo ścieżka jest po drugiej stronie niedoprzejścia-rzeczki, wbrew wskazaniom mapy. Stok staje się coraz bardziej stromy, wykrzywia stopy w marszu. Musimy przejść przez dużą płachtę śniegu. Pod nami 10-metrowy, stromy zjazd do wartkiej rzeczki, zakończony śnieżnym obrywem, przed nami oblodzony śnieg. Ruszamy. Łukasz się trochę obsunął. Na szczęście ma kijki (z których wcześniej śmialiśmy się). Wbił je i nie zjechał na dół. Pod nami już nie dziesięć, a pięć metrów śnieżnego, stromego zbocza, potem już nie rzeka, a kamienie; najgorsze przebrnęliśmy, chwila rozluźnienia.
   Grześkowi obsuwa się noga, nie utrzymał równowagi, zjeżdża, ciężar plecaka nadaje mu dużą szybkość, z wielkim impetem runął ze śniegu w kamienie, przekoziołkował po nich jeszcze z metr, dwa, wszyscy zastygli. Grześ wstaje i w tym momencie obsuwa się Maciek. Pięć metrów po śniegu w dół, uderza z impetem w kamienie. Jemu nic się nie stało, tylko porządnie się poobijał. Grześ ma rozoraną rękę, krew płynie ciurkiem, mięcho na wierzchu. Ci na dole wyjmują apteczkę. Próbuję trawersować, dojść do bezpiecznego miejsca. Tracę grunt. Już lecę, na brzuchu, wpijam palce w śnieg, oram zbocze, później zostanie po tym zabawny ślad, czuję pęd, śnieżne zbocze miga mi przed oczami, wpadam nogami w kamienie, dwa koziołki, leżę, przez chwilę leżę. Stan strat: rozorane prawe udo, ale nie za głęboko, zdruzgotany kompas w kieszeni i głęboka rana nad łydką, z której cieknie ciurkiem krew, spływając stróżką na skarpetkę. Łukasz za naszą radą zrzuca plecak, schodzi bezpiecznie przy pomocy kijków. Teraz opatrzyć brudne rany, przejść gdzieś rzeczkę do ścieżki i aby do Hojto-Goł.

17 lipca
    Ciepłe źródła w miejscu zwanym Hojto-Goł są także specjalnym zakątkiem dla Buriatów. Wokół istoczników wiszą znane nam już podłużne szmatki. Tam znowu spotkaliśmy szkolną wycieczkę z Orlika. Przy ognisku oni śpiewali nam buriackie i rosyjskie pieśni, a my musieliśmy odwzajemnić się polskimi. Zaryczeliśmy "Czterech pancernych", "W stepie szerokim" z Wołodyjowskiego oraz hymn Polski i w sumie na tym się nasz przebogaty repertuar skończył. Dzieciaki były zawiedzione, ale my nie mieliśmy siły niczego wymyślać.

   W Hojto-Goł, wśród lasu, pobudowane były drewniane domki, w których mieściły się podłużne dziury w ziemi, zwane wannami. Można było zanurzyć swoje brudne, obolałe kości w ciepłej, źródlanej, pachnącej zgniłymi jajami wodzie. To było wspaniałe uczucie, nieporównywalne z niczym.
   W miejscu tym zobaczyliśmy także narodową zabawę buriacką nazywaną "barba". Był to rodzaj zapasów, baraszkowanie się. Przypominało to trochę moje zatarczki z ojcem, kiedy byłem mały. Rzucałem się na niego, a tata obracał mną jak workiem i pchał na łóżko. Tam na polanie nie było łóżek, ale obrazek był mniej więcej w tej konwencji.

18 lipca
    Ciepłe istoczniki w Żojgan położone są w dolinie rzeki, pośród lasu. W tym miejscu, mniej więcej w tym czasie (połowa lipca) spotykają się tam dwa plemiona, czy też dwa narody: Buriaci i Tuwińcy. Ci drudzy przybywają na święto do tego wyjątkowego dla nich zakątka ziemi, jadąc czasami przez wiele, dni wierzchem na reniferach. Jest to lud dziki, prosty, żyjący z łowiectwa, wypasu reniferów i bydła. Są to ludzie niżsi od Europejczyków, czy Rosjan, zresztą podobnie jak Buriaci, o rysach twarzy wyraźnie azjatyckich, mongolskich. Udało się nam kupić od nich mięso renifera za kilo ryżu i kilka mlecznych kaszek, które zazwyczaj wcinaliśmy na śniadanie. Ugotowane z przyprawami na ognisku było miękkie i smaczne, lepsze od wołowiny. Poznani na Żojganie Rosjanie chwalili bardzo baraninę, my jej jednak nie jedliśmy

   W nocy poszliśmy z Grześkiem wykąpać się w ciepłym źródle. Zaopatrzeni w czołówkę, niewyraźną ścieżką przebiliśmy się przez zagajnik do zbitego z drewnianych bali domku, w którym znajdowała się dziura z ciepłą, mętnawą wodą. Smugi światła z latarki przeciskały się przez parę i omiatały surowe pnie, gdy już zanurzyliśmy się w przyjemnie ciepłej wodzie. Przez niedomykające się, skrzypiące, drewniane drzwiczki domku do kąpieli poświstując wdzierał się przeciąg, dochodziła nas niepokojąca, pełna szelestu, nocna cisza lasu. Wewnątrz było parno, w powietrzu wisiała tajemnica, wisiało nieznane prawo natury, każące ciepłym wodom wypływać na powierzchnię, każące drzewom szumieć, psom wyć.
   Nasze głosy miały stłumiony wydźwięk, po krótkim czasie zaczęliśmy mówić szeptem, jakby czując tysiące uszu przystawionych do wilgotnych ścian tej drewnianej budy, jakby wyczuwając czyjąś obecność. Zapaliliśmy papierosa na spółkę, by dodać sobie otuchy. Wkrótce dym wymieszał się z parą i światło latarki z wielkim trudem przebijało się do surowych drewnianych ścian. Tej nocy czyści i spokojni spaliśmy dobrze. Tuwińcy okradli pobliski namiot Rosjan.

21 lipca
    Wchodzimy na Pik Topografow, górę o wysokości 3089 m. (3044 m. w zależności od źródła informacji). Trochę obawiamy się czekającego nas przejścia po lodowcu, nie mamy żadnego potrzebnego sprzętu (raki, czekany). Liczymy się z powrotem bez zdobycia szczytu. W czapce i rękawiczkach podchodzę po nierównym lodzie, potem po śniegu, chwilami na czworaka. Tu i ówdzie ukazują się nam szczeliny, jesteśmy ostrożni, każdy zaopatrzony w porządny kij. Na szczęście obyło się bez sensacji. Na wysokości około 2800-2900 m. ja i Maciek zostajemy, natomiast Grzesiek z Łukaszem pokonują ostatnie kilkaset metrów maksymalnej skalnej stromizny na szczyt. My, na dole jesteśmy zabezpieczeniem. Widok z 2800 m wspaniały. Dookoła same szczyty gór, zaśnieżone, skaliste, ukryte w chmurach, lub rozświetlone słońcem. Jak okiem sięgnąć szczyty, doliny, lasy, rzeki, niebo, to wszystko, wszystko czego potrzeba.




23 lipca

    Podejście na Chara-Sardag (Czarna Góra) jest ciężkie. Jestem już zmęczony całą wyprawą. Najpierw przebijam się godzinę, może więcej przez gęste krzaki i las, podchodząc jednocześnie pod górę, czuję każdy zdobyty metr. Potem jakieś 3-4 km po kamieniach, katorga dla kolan. Przepiękne przejście po grani. Po jednej stronie kamienista przepaść, po drugiej ostro opadający, niewielki lodowiec, zakończony jakieś kilkaset metrów w dole błękitnym jeziorkiem.
    Sam szczyt to krajobraz księżycowy, jakby się weszło na szeroką skalistą platformę. Kolejny szczyt, jak ten obok wulkanów, wcale nie zwieńczony ostrą skałą, lecz wypłaszczeniem, kolejna w przedziwny sposób ścięta góra. Siadam na ziemi dysząc. Widzę tylko niebo. Z jednej strony, zza skraju spłaszczonego szczytu w oddali majaczy kilka innych wierzchołków. Dziwne uczucie, jakbym siedział na czubku świata, a przecież to 3025 m. nad poziomem morza.

24 lipca, rzeka Helgin
    Powoli zeskakujemy z brzegu po łydki w bystry nurt rzeki. Przed nami jakieś 6 metrów wartko płynącej, lodowatej wody. Chwytamy się pod ramiona i brniemy już po kolana, masa plecaków po raz pierwszy jest naszą silną stroną, a nie problemem. Twardo stawiam krok za krokiem po śliskim, kamienistym dnie. Woda podcina nogi, Łukasz się zachwiał, omal nie przewrócił, nie pociągnął nas za sobą w dół oszalałej rzeki. Po kolana, utknęliśmy, po pas, co dalej? Chwiejemy się, co i raz ktoś podcięty wspiera się na koledze, zmywa nas, jak liście: "Idziemy, kurwa, bo się nie utrzymam!" przekrzykuje grzmiącą wodę Grzesiek. Łukasz podcięty zanurza się po szyję, on jest z brzegu najbardziej wystawiony na silny prąd, nie może wstać plecak go przeważa, złapał nurt, jak żagle wiatr. Zapieramy się z całych sił, on wstaje, jeszcze krok, już płycej, jeszcze jeden, nie za szybko, ostrożnie, bo nas zmyje, już do kolan. Jeszcze raz podcina mi nogę, wspieram się na Grześku, już do łydek, trzymamy się pod ramiona, dwa metry do brzegu, metr, koniec. Dobrze, że jest słońce, że nie pada. Teraz szybko, drewno na ognisko, obiad i chwila suszenia gnatów.

* * *

   Do Tissińskiego Arszana, kolejnego, tym razem mineralnego źródła dotarliśmy pod wieczór, brodząc po kostki w błocie, mając za sobą Helgin i trzy przeprawy przez rzekę, mniej więcej po kolana. Ten istocznik był pusty, oddalony od jakichkolwiek siedzib ludzkich o 2-3 dni marszu (1-2 na koniu). Wokół źródełka, jak zwykle porozwieszane były buriackie szmatki. Poza tym na drzewach powieszone, przybite, ustawione znajdowały się przeróżne vota. Tabliczki z napisami, prośbami, imionami, przeróżne drewniane przedmioty, łyżki, wystrugane małe strzelby, stoliki, postaci koni, krów, także ludzi, figurki Buddy. Robiło to trochę wrażenie indiańskiego świętego miejsca. Miejsca ofiarowanego bogom natury, wszechmocnej, pozwalającej żyć, a czasami okrutnej, zsyłającej śmierć. Wszędzie wokół napotykaliśmy ślady końskich kopyt i gdzieniegdzie zardzewiałe puszki po konserwach. W takich miejscach ujawniał się stosunek Buriatów do natury, pełen szacunku i podziwu, choć daleki od ekologii. Woda z mineralnego źródła była w istocie znakomita.

25 lipca
    Zgubiliśmy tropę (czytaj: ścieżkę, co to ją ledwie widać. Głównie takimi się tu chodzi, jeśli są). Jest gorąco. Na przemian to brodzimy w oślizłym bagnie, to znów łoimy przez gęste krzaki sięgające twarzy. Meszki. Miliony syberyjskich meszek w powietrzu. Włażą do oczu, uszu, nosa, oddychamy nimi, rozgarniamy rękami jak gęstą, czarną mgłę. Gotuję się w polarze, kaptur mocno naciągam na oczy, ocieram z czoła pot, za każdym razem strząsając dziesiątki potopionych owadów. Zaczynam szczerze tęsknić za komarami. Przeklęta dolina.

* * *

   Mapa po raz kolejny nas zawiodła. W miejscu, gdzie chcieliśmy przekroczyć rzekę wyrósł 100-200-metrowy kanion. Jesteśmy bardzo zmęczeni przedzieraniem się przez zarośla, bagna i straszliwe ilości meszek, których oczywiście i tu nie brakuje. Dziki zarośnięty las szumi obojętnie, gdy stoimy nad brzegiem urwiska, spoglądając daleko w dół na spienioną rzekę. Dobrze, że chociaż jest tropa.

    Grzesiek znajduje miejsce nadające się do zejścia, stromo jak diabli, ale jesteśmy zdeterminowani. Spadamy na ryj w objęcia głębokiego kanionu. Na dole rzeka okazuje się być nie do przejścia. Zbliża się noc, powrót po stromiźnie na górę, przy szybko zapadającym zmroku jest niebezpieczny. Po nieudanych próbach sforsowania wody jesteśmy przemoczeni. Miejsca starcza ledwie na rozbicie jednego namiotu. Z jakiś resztek drewna rozpalamy ognisko, żeby zjeść coś ciepłego i podsuszyć się. W namiocie kamienie wbijają mi się w żebra i nerki, czterech chłopa w dwójce tłamsi się, jak ryby w konserwie. Metr dalej grzmi rzeka. Hałas jak przy ruchliwej autostradzie. To była ciężka noc.
    Nazajutrz byliśmy zmuszeni wspiąć się z powrotem jakieś 150 m na wierzch kanionu po niemal pionowym zboczu i wracać tą samą trasą, którą tu dobrnęliśmy.

27 lipca
    Już drugi dzień siąpi, wilgoć wypełnia chłodne powietrze, dzisiejsze dwie rzeczki po łydki mnie dobiły, tropa zmienia się w bagno. Przynajmniej przymrozek powybija meszki. Wchodzę do namiotu trochę podsuszony na ognisku, ale z wilgotnymi nogawkami, śpiwór do niczego, suchych skarpetek brak, nie ostały się nawet te w plecaku. Zapowiada się mroźna noc. Ubieram się po uszy, ale wilgotne odzienie daje niewiele ciepła. Całą noc przewracam się z boku na bok, naciągam coraz głębiej czapkę, chucham w dłonie, o spaniu nie ma mowy. Czas dłuży się, każda minuta wypełniona czarną, grzybiczną wilgocią namiotu. Nie daję rady, robię pompki. Obok Grzesiek śpi skulony, jego śpiwór ocalał, opatulony w plecaku w foliowe torby. Z boku na bok, chuchnięcie w ręce, z boku na bok, chuchnięcie, aby do świtu, uruchomimy małą, turystyczną butlę gazową, zagotujemy malinową kaszkę i będzie cieplej, aby do świtu. Mija kolejna długa minuta, jeszcze 59 i będzie godzina, mówię "Ojcze nasz", nie myślę o nocnym przymrozku, aby do świtu.

28 lipca
    Letnik to ogólna nazwa dla zagród i domku, budowanych własnymi rękoma przez buriackich pasterzy. W takich miejscach ludzie żyją od wiosny do jesieni, doglądając swej trzody, egzystując w bardzo prymitywnych warunkach. Jeden z letników napotkaliśmy wreszcie po trzech dniach marszu doliną Tissy. Wypogadza się. Dolina staje się szeroka, swobodnie rozlana rzeka wije się między pastwiskami i lasami po jednej stronie, a górzystym brzegiem po drugiej.
   Chmury powoli ustępują słońcu, złocista smuga mknie milionem iskier po rozlanej w jezioro Tissie. Pośrodku jeziora malownicza, zielona wysepka, chmurne niebo otwiera się nad nią i oświetla piękną strugą światła, podobną do tych, które kładą się na przeciwległych grzbietach gór. Powoli zachodzące słońce jakby na moment zawisło nad wodą, by dać wspaniały spektakl światłocieni, obejmujący zielono-złocistą ziemię wraz z mieniącymi się purpurą górami i chmurami podobnymi srebrzystorunym barankom. Pośród spektaklu natury przycupnęły cicho dwa, trzy ludzkie domostwa, na trawiastych zboczach pasą się krowy, jaki i konie, na ganku szczebiocą dzieci. W taką dolinę zeszliśmy po ponad dwóch dniach deszczu i wydawało mi się, że schodzimy do Arkadii.

   Pasterze przyjęli nas bardzo serdecznie. Chwilę siedzieliśmy na drewnianych żerdziach ogrodzenia, kurząc otrzymane bezfiltrowe papierosy, wyciągając zmęczone nogi i gawędząc. W domku mieszkało 5-6 dorosłych osób, w tym dwie kobiety i kilkoro dzieci, poza tym jeszcze młody, psotny pies i kotek. Miejsca było dość. Buriaccy pasterze nakarmili nas grzybami i własnym, wspaniałym chlebem, którego, nawiasem mówiąc, nie widzieliśmy od trzech tygodni, żyjąc głównie na gotowanej soi. Było świeże mleko i śmietana taka, jakiej jeszcze w życiu nie jadłem. Smarowało się nią chleb i wcinało z wielkim smakiem, po prostu palce lizać, w przenośni i dosłownie. Najedzeni, wypoczęci i zadowoleni obiecaliśmy pasterzom przesłać kilka zdjęć, na które bardzo się cieszyli.


29 lipca

    Chata pasterzy stoi tuż przy rzece, droga przechodzi obok niej i ginie dalej w lesie. Zatrzymujemy się, żeby odpocząć po niemal całym dniu marszu. Buriaci wychodzą, by z nami porozmawiać, prym wiedzie wśród nich Borys, najstarszy, krzepki mężczyzna, o wesołym usposobieniu. Częstują nas zupą, chlebem i po raz kolejny wspaniałą śmietaną. Proponują nam konną przeprawę przez rzekę, słysząc o naszych obawach co do przekraczania, szerokiej już w tych rejonach, Tissy. Dobijamy targu: dwieście rubli i moja wysłużona karimata w zamian za trzy konie dla czterech ludzi. Czuję się, jak pionier na dzikim zachodzie. Świeci słońce, koń pochrapując brnie przez rzekę. Borys odwraca się:
– Szto, wsjo normalno?
 Normalno – odpowiadam.

   Osiągamy drugi brzeg. Buriaci proponują nam konną podwózkę 30 km do Orlika, jeśli dołożymy jeszcze 600 rubli. Zgadzamy się, tym bardziej, że pieszo zmarnowalibyśmy na to cały następny dzień. Grzesiek nigdy nie dosiadał konia, Maciek także, choć to mało ważne, bo jedzie za Grześkiem na zadzie i strasznie nim trzęsie. Ja uczyłem się jazdy jakiś tydzień, idzie mi nieźle, mimo sporo przykrótkich, męczących kolana strzemion. Wiatr rozwiewa moje włosy i końską grzywę, Borys mnie chwali, jestem zadowolony.

   Mija czwarta godzina jazdy, mieliśmy tylko jedną przerwę we wsi o nazwie Bałakta i to bardziej ze względu na konie, niż na nas. Grzesiek jedzie milczący, choć widać, że klnie pod nosem na wybojach, Maciek niemal jęczy na zadzie, Łukasz stara się stać na strzemionach, by odciążyć tyłek, ale na dłuższą metę to nieskuteczna taktyka. Ja nie daję już rady usiedzieć w siodle, każde zetknięcie z twardą skórą, to jak włożenie spodni w płonący ogień, a nie jestem fakirem. Robi się ciemno. Jedziemy cały czas kłusem, czyli najbardziej trzęsącym krokiem konia. Przed nami jeszcze jedna przeprawa przez rzekę, tuż przy Orliku płynie Oka.
   Gdy skonani (nie spaliśmy od siódmej rano) i poobijani dojeżdżamy do brodu, skądinąd bardzo głębokiego i nie do przejścia pieszo, jest już ciemno. Nad nami migocze piękne, rozgwieżdżone niebo, na które nie zwracamy uwagi. Wchodzimy w rzekę, musimy przeciąć nurt na ukos. Daleko po drugiej stronie szeroko rozlanej, bystro płynącej wody, w księżycowej poświacie majaczy kamienisty brzeg i kontynuacja drogi. Konie idą ciężko stawiając kroki, parskają, potykają się na kamieniach, jest niebezpiecznie głęboko. Woda wlewa mi się do butów, mimo że siedzę na grzbiecie zwierzęcia i mam za krótkie strzemiona. Za sobą słyszę, stłumione szumem rzeki, nerwowe pokrzykiwania Borysa. Jednak się udało, choć, jak się później okazało, bystry nurt pochłonął Grześkowy namiot, odczepiony od któregoś z plecaków.

   Dojeżdżamy do Orlika około 12 w nocy, szukamy sklepu, o dziwo ponoć istnieje nocny. Jestem skonany, zsiadłem z konia i przewróciłem się, po prostu nie ustałem na nogach. Wokół mnie przy sklepie zbiera się pięciu podchmielonych Buriatów, odciągają mnie z końmi ze środka drogi gdzieś w cień, nie mam siły pilnować przytroczonych do siodeł plecaków, mam mrówki przed oczami. To był zbyt długi i zbyt ciężki dzień. Chłopaki w towarzystwie Borysa wyszli "prodawnicy". Pasterz obiecał pokazać nam miejsce na nocleg i ognisko. Wzbraniając się, wsiadamy na konie i wyczerpani przeżywamy jeszcze 5 minut piekła. Bolą mnie kolana (nie mogłem chodzić jeszcze przez 2 dni), uda i nie jestem w stanie normalnie usiąść (jeszcze tydzień później, pierwszego wieczoru w Warszawie).
    Rozpalamy ognisko. Borys i, jak się okazało, jego pięciu braci wyciągają wódkę, drugą obowiązkowo kupiliśmy my. Pijemy i gawędzimy, gapiąc się tępo w ogień, nie mam siły nawet położyć się spać. Buriaci śmieją się, że chodzimy jak kaczki, nic nie możemy na to poradzić. Pięć godzin na koniach okazało się być ponad nasze siły i ponad wytrzymałość naszych delikatnych miejskich tyłków. Okazuje się, że gdybyśmy byli Rosjanami, a nie Polakami, Borys by nam nie pomógł. Pamięta jeszcze Związek Radziecki, kołchoz, poza tym historia Buriatów obfituje w narodościowe bunty, on o tym wie. Niechęć wobec sowietów jest tu przekazywana z mlekiem matki, można by powiedzieć, że tak jak w Polsce. Niestety przekłada się, tak jak i w Polsce, na niechęć do konkretnych ludzi.
   Ta noc była krótka, lecz nazajutrz wcale nie spaliśmy długo, znaleźliśmy transport i ruszyliśmy w 8-dniową podróż do domu
  
* * *

    Uderzył mnie ogrom Rosji, o którym skądinąd wiedziałem, ale z którego nie zdawałem sobie sprawy. Ta wielka, nieodgadniona ziemia, tak wiele lat trapiona biedą, terrorem, ci ludzie, jakże specyficzni, a jednocześnie tworzący niesamowitą mieszaninę narodów, tajemniczą mozaikę pełną nieopanowanego chaosu. Wielka różnorodność w zależności od zamieszkiwanego terenu. Jak wiele różni mieszkańców wyspy Walaam na Ładodze, gdzie byłem w Nowy Rok i Buriatów, właściwie wszystko. Wiara, zwyczaje, sposób życia, stosunek do Rosji. Zrobiły na mnie wrażenie ogrom gór, dzikość przyrody i dzikość serca pijanego, azjatyckiego narodu Buriatów, wywodzącego się ponoć od Czyngis-Chana. Gdy pod koniec wyprawy opisywałem z wielką determinacją brud dworca moskiewskiego, myśląc o nich mechanicznie nuciłem:
 "twój los
to twoje przeznaczenie
twój los
to twoje zatracenie".
 

Zdjęcia: Maciej Nowakowski

Zobacz też:
Odcinek 1 – Transsybir
Odcinek następny – Miasto

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl