Drukuj
Wrzesień 2005 autor: Daniel Mieczkowski

Podróż na Wschód, cz. 4, Przestrzenie sacrum


Część IV: Przestrzenie sacrum

WalaamWalaam

   Do noworocznej wyprawy na Walaam namówił mnie przyjaciel. Walaam jest największą wyspą na jeziorze Ładoga, jest ziemią klasztorną, oderwaną od świata. Mieszkają na niej prawosławni duchowni oraz ludzie, którzy znaleźli pracę przy klasztorze i cerkwiach rozsianych po całej wyspie, przy wyrębie lasu, czy też przy szkole, w której gmachu przyszło nam później zamieszkać.

* * *

   Spotkaliśmy się na dworcu Warszawa-Śródmieście, skąd elektriczką jechaliśmy do Siedlec, potem do Terespola i dalej. Nieco kombinacji potrzebne było, by zdążyć na pociąg Brześć-Petersburg. Są takie zdarzenia, takie chwile, czasem prozaiczne, które porządkują myśli, są w naszej pamięci jak znaki rozpoznawcze, porządkują czas i przestrzeń. Takim znakiem początku tej wyprawy, który umieszcza dworzec Śródmieście na mapie moich wspomnień, jest paczka kaszy kukurydzianej, która w zabawny sposób wybuchła mojemu przyjacielowi w twarz tuż przed odjazdem pociągu.

* * *

   Płynęliśmy na Walaam lodołamaczem, a właściwie lodołamaczykiem, który miejscowi dla żartu, czy może pieszczotliwie, nazywali rakietą. Był to ostatni etap podróży z małego miasta portowego Sortowala na wyspę. Mieliśmy sporo szczęścia, gdyż zarówno dostanie się na miejsce, jak i wydostanie się nie jest łatwe i oczywiste. Nie ma regularnych połączeń; statki i śmigłowce z zaopatrzeniem kursują wedle nieprzewidywalnego przez nikogo rozkładu. Płynęliśmy na Walaam już wcześniej przetartym szlakiem. Wyglądało to jak ścieżka wydeptana na niesamowitej białej łące. Dopóki byliśmy w zatoczce, widzieliśmy oba brzegi po lewej i po prawej stronie oraz ludzi idących po lodzie, łowiących ryby w przeręblach, ktoś jechał śnieżnym skuterem. Później, na pełnym jeziorze brzegi rozjechały się i zniknęły za zasłoną lekko prószącego śniegu. Tylko przed dziobem, niczym widmowy cel naszej podróży majaczyła wyspa na Ładodze, największym jeziorze Europy.

* * *

   Po drodze zaskoczył nas zmierzch. W ciemnościach z pokładu statku klasztor na wyspie wyglądał imponująco. Rzędy żółtych ogników pośród czerni brzegu, odcinającej się leciutką linią od ruchliwej bieli wodnej kry, poprzecinanej pęknięciami lodu niczym ogromna jednokolorowa mozaika.
 

* * *

   Dosłownie i w przenośni jechaliśmy w ciemno, bez wiedzy na temat noclegu, czy tym podobnych rzeczy. Na szczęście ludzie, których tam spotkaliśmy, przyjęli nas z serdecznością i zaciekawieniem.
   Mieszkamy w obskurnym, trzypiętrowym budynku, który okazał się być szkołą. Główny hol jest dość obszerny, rozchodzą się w nim drogi w cztery strony, w górę, w dół, w prawo i w lewo. Trochę śmierdzi, prawdopodobnie gdzieś w pobliżu jest typowa, wschodnia ubikacyjna dziura. Domiszcze posiada ogromną ilość korytarzy, pewną umiarkowaną ilość schodów i pokoje, których drzwi wyglądają jak wejścia do kolejnych boksów w piwnicy. Cały budynek w środku przypomina jedną wielką piwnicę, tyle że wystającą ponad ziemię i z oknami. Szkoła ogrzewana jest wbudowanymi w ściany piecami, w których pali się drewnem pozyskiwanym z lasu.
   Jak już wspominałem, ludzie przyjęli nas bardzo ciepło (co można powiedzieć również o pogodzie: zaledwie –5 °C). Jako kwatera dostała nam się sala muzyczna, w której stoi rozstrojony fortepian.

* * *

   Zawsze uderza mnie całkowita cisza odosobnionych miejsc. Cisza, w której szelest ołówka skrobiącego papier jest już hałasem, stąpanie naszych ciężkich zimowych buciorów brzmi jak krok rzymskiego legionu, który wszakże nigdy nie zapuścił się na te ziemie. Gdyby przyszło mi nagle do głowy, uderzyć w klawisz fortepianu, który stoi w szkolnej sali do muzyki, obawiam się, że wszystkie delikatne nitki przestrzeni po brzegi wypełnione ciszą popękałyby, a obraz przed moimi oczami spłynąłby, niczym kolorowa farba po szybie.

* * *

   Przepiękne prawosławne nabożeństwo odbyło się w głównym monasterze wyspy. Głosy mnichów harmonizowały z przyciemnionym wnętrzem świątyni, pachnącej kadzidłem, pełnej przenikliwych spojrzeń świętych z ikon, po których blask świec prześlizgiwał się miękko niczym sen.
   Śpiew mnichów z Walaam jest ceniony i znany w świecie prawosławnym. Dość powiedzieć, że kasetę z wykonywanymi przez tutejszych monachów kanonami kupiłem później w klasztorze poczajowskim na Ukrainie.

* * *

   Nikolski Monastyr położony jest nad samym jeziorem, na miniaturowym półwyspie. Woda wcina się zatoczką w ląd, pozostawiając skrawek ziemi, na którym stanęła świątynia. Dociera się do niej dwoma drewnianymi kładkami przerzuconymi nad mroźnymi wodami Ładogi. Mieszka tu trzech, samotnie żyjących mnichów.

Nikolski Monastyr


   Gdy tam byłem, jezioro przypominało morze. Wiał wiatr, atakując odsłonięte części twarzy, dzięki niemu tworzyły się fale, tu i ówdzie załamujące się białymi grzywami. Drugi brzeg majaczył gdzieś bardzo daleko, niby mroźna fatamorgana. Przypominał bardziej kłęby chmur, które zbierają się na horyzoncie przed burzą. Tak samo jak one był jednocześnie ciężki i ulotny, odległy i nieunikniony, niczym zapowiedź rychłego powrotu.

* * *

   Z powrotem może być różnie. Wiertoliot odleciał i nikt nie wie, czy i kiedy wróci. Statek będzie dopiero za kilka dni, ale to też nic pewnego, poza tym może nas zabrać tylko do zony przygranicznej (z Finlandią). Tam są kłopoty z milicją. "Nada nam imat' bumagu".

* * *

   Przez dużą część czasu spędzanego na kwaterze rżniemy w karty. Przegrałem już kurs po piwo i mycie garów po kolacji. Nie mam szczęścia, ktoś musi mnie, cholera, bardzo kochać.

* * *

   Czas powiedzieć coś o zamieszkujących Walaam ludziach, których udało się nam poznać i którzy wyciągnęli ku nam pomocną dłoń tego wieczoru, gdy szukaliśmy jakiegoś miejsca na nocleg. Tworzą oni ten skrawek świata w równym stopniu co krajobrazy i świątynie. Jednym z nich był nauczyciel szkolny Sasza. Był on ciekawym i zagadkowym człowiekiem. Dobiegał trzydziestki, był blondynem, miał ostre rysy twarzy, duży nos, dosyć niepewne, ale bystre spojrzenie. Ta twarz w połączeniu z nader spokojnym sposobem bycia zdradzała w nim człowieka z charakterem. Rozmawiało się z nim dobrze, starając się omijać problemy językowe. Uprzejmie odpowiadał na pytania, uśmiechał się, obnażając zęby i zmarszczki na policzkach (miał szeroki uśmiech), ale cały czas wyczuwało się w nim pewien dystans. Nie tylko do mnie, który z nim rozmawiam, dystans do tego, co on sam robi, do flaszki wódki na stole, do pieca dającego ciepło, do sytuacji, w jakiej się znalazł. To był rodzaj takiego pogodnego oddalenia. Ten dystans zniknął może na chwilę, gdy uradowany Sasza dawał mi i mojemu przyjacielowi mata w szachy, grając z nami oboma jednocześnie.
   Sasza studiował starogrecki w Petersburgu, umie się porozumieć po angielsku i od biedy po francusku. Znalazł się na Walaam, ponieważ chciał uczyć młodych mnichów starogreckiego. Nie udało się. Za to dostał pracę w szkole, jako profesor od angielskiego, śmiał się, że nie potrafi dobrze mówić w tym języku i nigdy nie przypuszczał, że będzie go uczyć.
   Dla mnie Walaam jest wyspą odciętą od świata, jest oddzielnym organizmem. Kto tu przybywa, musi do pewnego stopnia zerwać kontakt z lądem. W jaki sposób Sasza, który opowiadał nam o swoich podróżach do Europy Zachodniej, do Francji, do Niemiec, znający cztery języki (włącznie z rosyjskim ), magister starogreckiego, znalazł się na tej zapomnianej przez ludzi wyspie, abyśmy mogli go spotkać i zaprzyjaźnić się z nim? Może to właśnie jest odpowiedź, a może rozwiązanie tkwi w jego częstych chwilach melancholii, kiedy siedział, jak zwykle spokojny, jego twarz przyjmowała smutny, zadumany wyraz, jakby coś go męczyło, jakby jakaś myśl nie dawała mu spokoju, myśl, która rzuciła go jak rozbitka na Walaam. A może to po prostu specyfika rzeczywistości rosyjskiej, ten człowiek zagubiony w jakże ogromnej przestrzeni swojego kraju, jeden z wielu.

* * *

   Poznaliśmy jeszcze jednego człowieka o imieniu Sasza (Aleksander to, jak widać, bardzo popularne imię). Ten mężczyzna około pięćdziesiątki, o życzliwym spojrzeniu, czarnej czuprynie i pooranej zmarszczkami twarzy, w której wzrok przykuwają krzaczaste ciemne jak smoła wąsy, upodobał sobie grę na saksofonie. Nigdy bym nie przypuszczał, że na tej odciętej od świata wyspie, na której rządy sprawuje monastyr, spotkamy prostego człowieka zafascynowanego bluesem. Było czymś niezwykłym słuchanie dźwięku saksofonu w noc sylwestrową, gdy na dworze niemal wyczuwało się skrzypienie kry wokół wyrwanego Ładodze skrawka stałego lądu.

* * *

   Mnisi z monasteru mówili nam, że śmigłowiec przyleci najszybciej za trzy dni, jednak pojawił się już nazajutrz po sylwestrze. Nikogo oprócz nas to nie zdziwiło. Trzeba było szybko pożegnać się i wrócić do domu, gdzie wszystkie sprawy czekały na nas jakby zawieszone na kołku. Powrót z mniszej wyspy rozklekotanym wiertoliotem, w którym miało się wrażenie, że rozpada się na części w powietrzu, był jak przebudzenie ze snu, drastyczne przejście do zgiełku naszego nowoczesnego świata.

  * * *

podróż

Wyspa była jak samodzielny organizm
wyrwana z przestrzeni i czasu mroźna fatamorgana
byłem tam oddzielony od świata
delikatną zasłoną prószącego śniegu
i czarnymi wodami jeziora
zgęstniałymi z zimna
wstrząsanymi drgawkami fal
poprzecinanymi lodową krą
niczym wielką jednokolorową mozaiką

Wyspa była miejscem odosobnionym
jak sen
o którym nie wiemy na pewno
czy był snem czy jawą
moje sprawy czekały cierpliwie
na stałym lądzie
zawieszone na kołku
czekała miłość i niemiłość
czekało dobre słowo matki
mruczenie kota na kolanach
czekał zgiełk
pan dni naszych nowoczesnych
czekali ludzie
którzy na mnie nie czekali

wszystko to
czekało na mój powrót
równie nieunikniony
co przebudzenie ze snu

 
Poczajów

   Dworzec autobusowy we Lwowie, przy okienku kasowym:
– Biliet w Czerwonoarmijsk pażałsta.
– Szto??
– Czerwonoarmijsk.
– Aaaa! Malczik eto uże nie Czerwonoarmijsk, eto Radiwilił!
Odkrywam uroki posiadania starej mapy.

* * *

   W Radziwiłłowie, jak tłumaczy się na język polski Radiwilił, na rozsypującym się powoli, aczkolwiek nieuchronnie, dworcu autobusowym, gdzie mam przesiadkę, pasą się pisklaki kaczek i gęsi. Dzieciaki śmigają na wielkich rowerach marki "Ukraina”, wykonując niemal akrobatyczne starania, żeby dosięgnąć krótkimi nóżkami do pedałów raz z jednej, raz z drugiej strony ramy. O siadaniu na siodełku nie ma mowy.

* * *

   W autobusie do Poczajewa, jak zwykle w ukraińskim środku transportu – tłok i sauna. Z nieba leje się południowy żar silnego, wiosennego słońca. Okna szczelnie pozamykane, koło mnie stoi mężczyzna w grubej, czarnej marynarce i kaszkiecie marki adidas na głowie; stróżki potu ciekną mu po czole, jednak z godnym podziwu uporem zamyka wszelkie możliwe dopływy powietrza, okna, klapę w dachu autobusu. Wkrótce zza kolejnego zakrętu drogi wyłania się położona na wzgórzu Ławra. Z daleka widoczna jest błyszcząca w słońcu złotymi kopułami Cerkiew Uspieńska.

Cerkiew Uspienska

   Początków życia duchowego w Poczajowie upatruje się w XIV w., kiedy to pieczary na wzgórzu mieli zamieszkiwać prawosławni mnisi, pustelnicy. Z początkami cerkwi wiąże się podanie o ukazaniu się Maryi i specyficzne relikwie, a mianowicie: kamienie z odciśniętymi stopami Matki Boskiej. Klasztor przechodził różne koleje losu. Początkowo był zgromadzeniem prawosławnym, jednak w XVIII w. został przejęty przez greckokatolickich bazylianów, nazywanych jezuitami obrządku wschodniego. Sytuacja miała się jednak po raz kolejny zmienić po III rozbiorze Polski, kiedy to Wołyń wraz z Poczajowem został anektowany przez Rosję. Władze carskie przez dłuższy czas nie decydowały się na radykalne kroki. Jeszcze na początku XIX w. do świątyni pielgrzymował z Krzemieńca młody Juliusz Słowacki. Po powstaniu listopadowym miarka się przebrała. Prozachodnich, propolskich bazylianów usunięto i klasztor stał się na powrót ośrodkiem rosyjskiego prawosławia i pozostawał nim także w czasach międzywojennych. Zapewne dzięki temu, po wkroczeniu na kresy Armii Czerwonej we wrześniu 1939 r. Ławra Poczajowska została oszczędzona. Nie zlikwidowano jej także później, widząc w niej przeciwwagę wpływów katolicyzmu i rozbitej po wojnie unii. Klasztor Poczajowski był niewątpliwie poddany ścisłej kontroli i manipulacji władz, jednak dla prostych wyznawców prawosławia pozostał twierdzą duchową w trudnych czasach.
   Obecnie sytuacja Ławry nie jest klarowna. Pozostała ona ośrodkiem wpływów rosyjskiego prawosławia, będąc w opozycji nie tylko wobec odrodzonej unii, ale także wobec nowo powstałej Ukraińskiej Cerkwi Autokefalicznej. Nie można jej jednak odmówić wielkiego znaczenia, które pełni jako silny ośrodek życia duchowego dla wiernych w całej Ukrainie.

* * *

   Gdy tam dotarłem, grad majowych chrabąszczy spadał na ziemię klasztoru. Konając dziesiątkami na chodnikach, kończąc swe króciutkie wiosenne życie pełne radosnego słońca w tym roku, chrzęściły pod nogami pielgrzymów, zdążających do cerkwi na święto Wielkiej Nocy. Mnisi przemykali po terenie wśród zdrożonych mężczyzn i kobiet o głowach okrytych chustami. Babuszki przesiadywały na chodnikach, murkach i ławkach klasztornych, okryte schodzonym, biednym, a jednak świątecznym przyodziewkiem, z opatulonymi głowinami mimo upału, otoczone podróżnymi tobołkami, takie same jak stulecia temu, jak na archiwalnych zdjęciach, które oglądałem jeszcze w Warszawie, jakby cały czas te same kobiety pielgrzymowały do świętych miejsc na wielkie uroczystości.

* * *

   Nabożeństwo ze świecami w Wielki Czwartek zapełniło główną Cerkiew Uspieńską po brzegi. Śpiew dwóch chórów zakonnych i parafialnego wzbijał się ku sklepieniu zdobnej w piękne, stare ikony świątyni. Świeczki w rękach wiernych pełgały niczym dusze zapalone Bogu, ich blask, pośród powoli zapadającej nocy, wśród kadzideł i cerkiewnych pieśni, wzmagał się w miarę trwania nabożeństwa, by na koniec stać się jedynym światłem wydobywającym, chwiejącymi się cieniami, kształty twarzy ludzi, zwróconych ku ołtarzowi, żegnających się starannie i bijących pokłony.
   Lud wychodził ze świątyni zdążając do domów, chroniąc w dłoniach, lub specjalnie po to przyniesionych kloszach, płomyki wynoszone z cerkwi. Ze wzgórza klasztornego widać było jak rzeki ognia, pod którymi kryły się postacie ludzkie, płynęły po całej okolicy, rozgałęziając się, ogarniając kolejne domy. Ich nurt słabł w miarę jak wierni wchodzili do swych domostw, blask topniał, aż do momentu, gdy ostatnia świeczka znikła. Wtedy nastała cisza, czasami tylko mącona przez szczekanie wiejskich psów i echa głośniej wypowiadanych słów.

* * *

   Nazajutrz rano odbywało się kolejne nabożeństwo, na które pielgrzymów mieszkających w specjalnej "hoscynicy” budziła opiekująca się owym budynkiem kobieta, chodząc po korytarzach z głośnym dzwonkiem. Od rana do kolejnego "bohoslużenia" obowiązywało całkowite powstrzymanie się od spożywania pokarmów, przygotowujące wiernych do pokłonienia się Chrystusowi złożonemu do grobu i ucałowania Jego całunu podczas "płaszczenicy". "Slawa Isusu Christu" pozdrawiali się ludzie w okolicy.

* * *

   Podominikański klasztor w Podkamieniu, znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie bogatego założenia poczajowskiego, jednak podupada, popada w ruinę. W jednym ze skrzydeł budynku znajduje się szpital dla umysłowo chorych kobiet. W części klasztornej mieszka czterech greckokatolickich monachów z zakonu studytów, którzy starają się jak mogą nie dopuszczać do absolutnej rujnacji zabytkowego kościoła, jednak bez pomocy i środków są skazani na porażkę. Studyci podlegają zwierzchnictwu Stolicy Apostolskiej i od prawosławia oddziela ich przepaść nie do przebycia. Mnichów z Poczajowa nic nie obchodzi stan greckokatolickiej placówki. A przecież ta dziś już smutna ruina, otoczona resztką obronnych murów, była jeszcze w czasach przedrozbiorowych nazywana druga Częstochową.


 
W klasztornej celi

   W klasztorze w Podkamieniu zamieszkiwałem przestrzeń "pomiędzy". Korytarz rozciągał się pomiędzy surowymi murami a oknami osadzonymi głęboko, niczym oczodoły schorowanego starca. Drewniana, chwiejna posadzka odwzorowywała każdy krok niepowtarzalnym dźwiękiem, skrzypieniem, które przeradzało się w dudnienie, okrążając cały długi korytarz i powracając do moich nawykłych do hałasu uszu, zaskakującą mieszaniną ciszy i dawnych kroków. Cele mnichów, przed laty umarłych, ziały pustką, drzwi do nich były niskie, między górną framugą, a ginącym w mroku sufitem hulał czas, pachniał stęchlizną. Z jednej strony korytarza były drzwi, starannie zamknięte na klucz, za którymi znajdował się szpital dla umysłowo chorych kobiet. Z drugiej strony było brudne okno z widokiem na ruiny pięknego niegdyś dominikańskiego kościoła. Za załomem jeszcze jedne skrupulatnie zamykane, drewniane  odrzwia, oddzielające mnie od czterech rzuconych tu przez Boga mnichów. "Jesteśmy tu, w tym pięknym miejscu i staramy się je utrzymać, odbudowywać, ale to tak, jakbyśmy we czterech stawiali piramidę" mówi brat Igor.
   Więc jestem tu pomiędzy. Chore kobiety snują się po swoim korytarzu, wykrzywiają twarze w uśmiechu, ni to do mnie, ni to do własnego zamkniętego świata. Mój świat jest równie zamknięty przed nimi, co ich przede mną. Mój świat jest także zamknięty przed bratem Igorem i jego świat jest niedostępny dla mnie, choć obaj potrafimy zrozumieć, co to znaczy głodny, życzliwy, chory i podać sobie ręce. Jestem tu jak zjawa, zamieszkuję opuszczony korytarz, gdzie mam do wyboru jedną z wielu starych, monaszych cel, aby przespać noc i zniknąć. Brak mi odwagi i siły woli, by przekroczyć którykolwiek próg. Dla człowieka posiadającego odwagę i silną wolę, zdecydowanego iść do końca, są te tylko dwie drogi: świętość, lub szaleństwo. Cóż pozostanie po mnie, skoro po dominikanach zostały tylko ledwo dosłyszalne w nocy szepty, dawno wystygłe oddechy i kamienie, które uparcie milczą, powoli przeistaczając się, zmieniając kształt kościoła, na bezkształt ruin, aż do trwania w postaci wzgórza, grudy ziemi, wzniesienia terenu na jakiejś mapie, dużo dokładniejszej niż popularna mapa samochodowa? 
   I jestem tu z dala zarówno od szaleństwa, jak i od Boga. Zamykam za sobą drzwi na klucz, by nie patrzeć na obłąkane kobiety. Ich twarze są nieodgadnione, zaskakująco zwykłe, jednak podświadomie budzą lęk, nie widzę w ich oczach głupoty, ale samotne cierpienie. Z drugiej strony korytarza drzwi do świata mnichów są zamykane przede mną.
   Jutro mnie tu nie będzie. Jeszcze przez jedną noc na łóżku, w którym spałem, położy się klasztorny kot, wyczuwając niewyczuwalne dla człowieka ciepło. Mój oddech dołączy do wszystkich innych, mój nocny strach pozostanie za mną w korytarzu pomiędzy szaleństwem a Bogiem, moje nocne westchnienie zmiesza się z powietrzem, popłynie pod okryty mrokiem sufit, gdzie ponad framugami smutnie pustych, mniszych cel hula czas, pachnący stęchlizną, jak stary, splądrowany grobowiec na opuszczonym cmentarzu.

 
Zakarpacie

   Urokliwe są te stare drewniane świątynie, taka była i ta we wsi Gwoździec. Nic jednak specjalnego w niej nie było. Pochodziła z XVIII wieku, dębowa z wieżyczką nad babińcem. Portal naznaczony wyrytymi po bokach rozetami, krzyżem nad wejściem, które, by przekroczyć, trzeba się lekko pochylić, jakby oddając pokłon temu miejscu. Była pierwszą, którą zobaczyłem na zakarpackim szlaku i dzięki Bogu, że właśnie ta, że szła noc, że kropił deszcz.
   Są momenty, które pozwalają w jasny sposób zrozumieć miejsce, jego przeznaczenie, to znaczy zarówno cel trwania jak i losy. Bo też i po cóż stoi tu, na pagórku ta drewniana bryła, mieszcząca w sobie pracę budowniczych, natchnienie ikonopisów, czas, ciszę, wreszcie nas, ludzi?
   Przyćmione świtało, ulotny zapach palonego od wieków kadzidła, wywołają w każdym choć odrobinę skupienia, niemal każdy w pierwszej chwili zniży głos, stłumi go aż do szeptu, by nie niweczyć delikatnego, a jednak trwającego tu schronienia.
   Wielki dąb, którego górne konary giną w ciemnym niebie, stojący na przycerkiewnym cmentarzyku, przygląda się dziełu człowieka. Która z was, dębie, cerkiewko, która z was, świątynie nieba, była tu pierwsza? Czemu nie ścięto cię, potężne drzewo, by zbudować tę dębową łupinkę, kryjącą w sobie, niczym w dłoniach światło, ciszę i ciepło, wiarę, nadzieję i miłość? 
   Czyż piękny śpiew w cerkwi nie jest po prostu odmianą ciszy? Ten śpiew, który snuł się za mną, wraz z tchnącym w ciemność, ciepłym światełkiem, przeciekającym przez małe okienko, niczym przez palce chroniącej świeczkę dłoni, gdy już odwrócony tyłem szedłem do czekającego autokaru.

* * *

   Drewniana XVIII-wieczna cerkiewka w Użoku usadowiła się na wzgórzu, przy drodze, otoczona cmentarzem, który wznosi się za nią, zalewając falą krzyży nieduże wzniesienie, wdzierając się powoli za szczyt. Wejście do niej jest odświętnie przystrojone na Wielkanoc, zabytkowy portal u góry ginie w sztucznych, pstrokatych kwiatach, po bokach powieszone są niewielkie ikony Matki Boskiej i Chrystusa.
   Za chwilę pop ubrany w białe szaty liturgiczne będzie dokonywał święcenia pożywienia. Przed świątynią i obok niej na trawie stoją ludzie. Tworzą krąg, koszami pełnymi chleba, kiełbas, tanich ukraińskich win, odgrodzeni niczym barykadą od duchownego, który obchodząc z procesją krąg wiernych, kropi ich wielka włochatą kropielnicą, maczając ją w czerwonym kuble ze święconą wodą. Procesja podąża za nim. Młodzi ludzie trzymają chorągwie, ubrani przeważnie w materiałowe czarne spodnie, białe koszule i czarne, skórzane kurtki. Czarna skórzana kurtka na białą koszulę do czarnych, garniturowych spodni to odzienie świąteczne bardzo popularne na wsi, lecz także i w miastach, w Użhorodzie, w Berehowe. Młode dziewczyny są nierzadko niemożebnie wypindrzone. Tylko starsze babuszki nałożyły na siebie piękne, ludowe spódnice i kwieciste, świeżutkie chusty na posiwiałe głowiny. Dziarskie staruszki wszędzie, także i tu śpiewają hymny pochwalne na cześć Zmartwychwstałego. "Christos woskriesen! Woistinno woskriesen!" Wzywa kapłan i odpowiada lud po trzykroć.

* * *

   Wioska Nowosełycja rozciągająca się od podnóża cerkwi w dół, wzdłuż wyboistej drogi jest niewielka, ale malownicza. Słońce kładzie cienie obok chat, gdy napawam wzrok widokiem pięknej drewnianej świątyni o dwuspadowym dachu pokrytym nie gontem, lecz drobniejszymi dębowymi deseczkami. Przypomina to nieco rybią łuskę. Strzelista wieża nad babińcem wskazuje kierunek modłów.

* * *

– Padażdi, Padażdi – kiwa na mnie miejscowy, jednocześnie pokazując stojącą obok świątyni dzwonnicę, stanowiącą integralną, architektoniczną całość ze swoją sąsiadką.
– Tam niedawno jacyś turyści znaleźli napisy na dzwonach. Wiem, że was wszystko interesuje, wy turisty z Polszy. Pokażę, gdzie wejść do dzwonnicy.
   Przez następnych 15 minut wdrapywałem się do dzwonów, wewnątrz dusznej dzwonnicy, czepiając się drewnianej konstrukcji i kalecząc o wystające tu i ówdzie gwoździe, które w zamyśle miały wzmacniać zabytek. Dysząc dopadłem wzrokiem pierścieni dzwonu, zwisając z belki niczym orangutan i szukając napisów, dat.
– Proszę pana – mówię ukraińskiemu pomocnikowi – Tu są napisy po węgiersku, ja tego nie odczytam.
– Ja wiem, tamci też to mówili – odpowiada uczynny starszy człowiek. Gdyby to nie groziło upadkiem i złamaniem karku, to ręce by mi opadły.

* * *

   Patrząc na niektóre z drewnianych cerkwi na Zakarpaciu dziwię się w jaki sposób za pomocą dębowych bali, kawałeczków drewna, klinów, kołków, bez użycia jakichkolwiek innych materiałów, służących chociażby do łączenia konstrukcji, budowniczy uzyskiwali taki harmonijny kształt bryły kościoła, dachu nad prezbiterium, tak wysmukłą, pełną entuzjazmu wieżę nad babińcem, prowadzącą wzrok gładko, po rybich łuskach poszycia ku niebu. XVIII-wieczna cerkiewka w Nowosełycji należała właśnie do takich zjawiskowych budowli.
   Po chwili otworzono cerkiew i przechodząc przez bogato zdobiony rozetami portal, schylając się przy tym jak do pokłonu, weszliśmy do chłodnego pomieszczenia, w którym panował półmrok zmieszany z zapachem drewna i kadzidła. Zapach ten wydaje się być tak swoisty i nierozłączny z cerkiewką jak belki konstrukcyjne, a jednocześnie nieuchwytny, dostępny nam tylko poprzez spokojne, miarowe oddychanie tym miejscem.
   Czekał tu na nas piękny ikonostas. Choć bryła cerkwi była warta tego, by ją zapamiętać, to jednak właśnie jej wnętrze, a właściwie ściana ikonostasu, sprawiła, że świątynia utkwiła w mojej pamięci jako wyjątkowa. Na dodatek po bokach zachowały się mocno wprawdzie podniszczone, ale interesujące malowidła.
   Kameralność owego pomieszczenia, wyciąganego z mroku przez strugi światła z okien, znajdujących się naprzeciwko siebie w nawach, podkreślana była przez niesymetryczność ikonostasu, posiadającego tylko jedne wrota diakońskie na prawo od carskich wrót. Względy praktyczne zwyciężyły tu z estetyką, cerkiewka była po prostu zbyt wąska na drugie wrota diakońskie. W istocie do liturgii potrzebne są tylko jedne. Uboga świątynia miała wszystko, co potrzeba, ani mniej, ani więcej.
   Trudno opisywać zachwyt w ogóle, łatwo popaść w sztampę. Jeszcze trudniej opisać spotkanie twarzą w twarz z postacią na starej ikonie, która zachwyca. Przyznam się, że mój wzrok spotyka się najczęściej z Chrystusem Nauczającym, która to ikona znajduje się według tradycji na prawo od carskich wrót. Tu było jednak inaczej. Najwspanialszą wydała mi się ta górująca nad ikonostasem, przedstawienie Jezusa Królującego – Pantokratora. Mimo całej prostoty malowidła można było czytać rysy twarzy, odebrać błogosławieństwo ze skrzyżowanych w geście palców, podziwiać dumę i majestat kryjące się w namalowanej postaci, w jej bogatym ubiorze.
   Jednak cały ikonostas wzbudził podziw wszystkich ludzi, z którymi podróżowałem po Zakarpaciu. Aż wstyd się przyznać: przez chwilę zachowywaliśmy się jak japońscy turyści, pstrykając migawkami aparatów z płonną nadzieją, że coś z tego dostojeństwa XVII-wiecznych ikon uda się uszczknąć i zawieść do domu. Czy jest to jednak możliwe?
   Daleko od głównej szosy, przy wyboistej, szutrowej drodze, w zabitej dechami ukraińskiej wiosce, stoi sobie stara cerkiewka.
 

Mrówki i słomka (Ruiny zamku w Kwasowie)

   Ukraiński autobus, który już na dobrym asfalcie charczał przy większych prędkościach, walcząc ze swoją masą, z ciężarem podróżujących ludzi i pakunków zrzuconych na tylnych siedzeniach, przy dojeździe do Kwasowa dziurawą, gruntową drogą, sprawiał wrażenie rozpadającego się na części wraku, cudem brnącego wciąż przed siebie. Wreszcie stanął w środku miejscowości. Rozklekotane vibrato motoru ucichło i uszom naszym ukazała się wieś równie malownicza, jak ta oglądana oczami z okien pojazdu. Szczekanie psów podwórzowych za przechylonymi płotami, szum wiatru, odgłos kroków, ciekawski wzrok ludzi śledzących nas zza odchylonych firanek w zaniedbanych chałupach, drzewa, chroniące w swoich gałęziach niewidzialne ptaki, zdradzające swoją obecność melodyjnym świergotem, a na wzgórzu, zarośnięte bujną zielenią ruiny XIII-wiecznego zamku.
   Niewiele z niego zostało: kilka postrzępionych murów, wzniesienie, strategiczne miejsce, z którego widać okolicę i dolinę rzeki. Jasnym jest, że niektóre z domów we wsi są zbudowane z materiałów zamkowych. Ludzie rozbierają ruinę i w ten sposób węgierski zamek sprzed wielu wieków trwa w ukraińskich chałupach. Cyrkulacja materii naznaczona czasem, niczym piętnem, rozmywa starą budowlę, rękami niczego nieświadomych ludzi, pogrążając historię w niepamięci.
   Stanąłem na wzniesieniu zamkowym, na tym kurhanie, grobie bezimiennych budowniczych i zapomnianych mieszkańców. Podszedł do mnie nieduży mężczyzna o pooranej zmarszczkami twarzy, był opalony tym wiosennym, mocnym, południowym słońcem, niemal śniady. Wyglądał  jak człowiek, który cały swój czas spędza w polu lub krzątając się na podwórzu przy gospodarstwie, wieczorem natomiast przesiaduje gdzieś na wioskowej ławce, lub pod tym samym drzewem co zwykle, popijając gorzałkę ze znajomymi gospodarzami.
   Schylił się, podniósł źdźbło suchej trawy, podał mi pokazując palcem mrowisko i głosem przyjaznym, lecz nieznoszącym sprzeciwu powiedział:
– Pośliń.
   Spojrzałem na niego zdziwiony, ale on uśmiechnął się do mnie pod wąsem z miną, która świadczyła o tym, iż żadne wyjaśnienia nie są potrzebne. Podniosłem słomkę do ust i dotknąłem językiem.
– Mocniej, mocniej – niecierpliwił się.
Włożyłem źdźbło w poprzek do ust i przeciągnąłem od prawej do lewej, czując na języku ziemisty smak wyschłej trawy.
– Jeszcze raz, jeszcze raz – gestykulował rękami przy swoich czarnych wąsiskach Ukrainiec.
– No dobrze. Daj!
   Delikatnie położył patyczek na wierzchu mrowiska. Owady obstąpiły słomkę, kłębiły się w wielkim pośpiechu po całym usypanym tuż przy murze zamku kurchaniku, nie traktując mojego źdźbła w żaden specjalny sposób.
– Co się stanie? – spytałem, lecz chłop już spoglądał w stronę doliny rzeki.
– W zeszłym roku powódź była – zaczął mówić – Wielka powódź, wszystkich zalało. Kiedyś tu się chrześcijanie zarzynali. O głupstwo poszło i całe wsie, wszystkie chłopy się biły jeden z drugim. Z kalwinami się bili. O co poszło, nie wiadomo. Którejś nocy wykradli obraz Matki Boskiej z cerkwi i do rzeki wrzucili. Kto? To nie wiadomo, pewnie kalwini. Od tamtej pory rzeka strasznie wylewa w tych stronach. Ojciec mi opowiadał – Odwrócił się i  skierował wzrok na mrowisko.
– Popatrz, popatrz.
   Mrówki kłębiły się pracowicie, żywy kobierzec mienił się w słońcu rachitynowymi pancerzykami drobnicy, biegającej w tę i z powrotem. Owady miały swój udział w podmywaniu ruiny zamku, wydeptując własne, mozolne, owadzie ścieżki, żłobiąc korytarze w murach siedzib dawnych możnowładców. Wokół mojej słomki nie działo się nic specjalnego, leżała jakby nieco niżej, jakby tysiące przebiegających po niej mrówek, milionem kroków wbiły ją o milimetr w ziemię, jakby suche źdźbło trawy było powoli wdeptywane w grunt.
– Nic nie widzę.
– Popatrz! Popatrz!
   Wpatrywałem się w mrowisko mocno, próbując dostrzec coś niezwykłego, aż zaczęło mi się słonecznie mienić w oczach tysiącem błysków, niczym tajemnicza ruchoma mozaika. A może wcale nie trzeba było dostrzec tam niczego niezwykłego.
 – Daniel! Wracamy do autokaru – odezwał się ktoś z boku. Wąsaty chłop z Kwasowa odprowadził nas wąską ścieżką między drapiącymi krzakami z górki zamkowej, aż do autobusu. Gdy spojrzałem na niego przez szybę pojazdu, machał swoją wielką, spracowaną łapą, wykrzywiając twarz w smutnym uśmiechu. W warkocie maszyny zniknęły szum drzew, ptaki, nawet szczekanie przebudzonych nagle z drzemki wiejskich psów.
 
Gilgamesz w Krynicy Górskiej

   Czy nie jest zaiste cudownym zrządzeniem, że księga, która powstawała przez półtora tysiąca lat, szlifowana między XXIV a XXIII w. przed Chrystusem w przekazie ustnym na dyjament i spisana wreszcie z ust niejakiego zaklinacza Sinlikiunninni, na polecenie króla Asyrii-bezlitosnego tyrana rozkochanego w literaturze, zwanego Aszurbanipal, na potrzeby biblioteki tablic klinowych w Niniwie, otóż ta książka trafia w roku pańskim 2004, w czerwcu do księgarni w Krynicy, jakimś cudem w języku polskim. I siedzę sobie w domu na wzgórzu, w domu Pana Adama i Pani Ewy (kolejny, tym razem biblijny, zbieg okoliczności), która smaży równie cudowne naleśniki z kapustą (bo dziś piątek), za oknem skrzeczy krajzęga i wre robota przy remoncie, w radiu pieje jakiś Garou, czy inny poetycki niedorozwój, a ja siedzę i śledzę historię Gilgamesza.
   Kiedy on żył, a były to czasy i okolice nieuchronnie tonące w oparach mitu, nikt nie jadł bezmięsnych potraw w piątek (nie wiem, czy w ogóle były piątki), a Chrystus miał się narodzić dopiero za jakieś 3 tysiące lat. Być może Gilgamesz to opowieść o człowieku, który szukał Chrystusa w świecie, w którym On się jeszcze nie narodził. Błądził bardzo, jak my wszyscy, ale jakże okrutne miał zadanie. Z pewnością jest to historia przyjaźni i walki ze śmiercią, historia o poszukiwaniu sensu, która kończy się tak jak pisał Herbert: "nagrodą jest złote runo nicości".
   Ciało Przyjaciela Gilgamesza Enkidu zmieniło się w glinę. Sześć dni czekał i wołał do niego: Czyż nie usłyszy go przyjaciel jego? Aż w nosie umarłego zalęgły się czerwie i kazał go pochować. Ciało, którego dotykał, człowiek, z którym rozmawiał, zmienił się w ziemię, przeistoczył się w kamień, drzewo, cień przedmiotu. To nie jest ważne? I nigdy już słońca nie będzie oglądać.
   Szukał odpowiedzi na tę śmierć, szukał długo i wytrwale tajemnicy życia i chyba ją znalazł, ale był bardzo zmęczony, nie zdradził nam jej, za to napisał, wyrył w kamiennych tablicach powieść o trudach: "I takoż był trud Gilgamesza, władcy, który wszystko widział a przejrzał, widział rzeczy zakryte, widział tajemne, przyniósł wieści sprzed wielkiego potopu. Wyruszył Gilgamesz w daleką drogę, zmęczył się ogromnie, przyszedł z powrotem. Na kamieniu wyrył powieść o trudach.”*
   Jestem zmęczony i radosny dziwną mieszaniną spokojnego buntu, nadziei i jednocześnie pogodzenia z rzeczami na pozór martwymi, które wszak ożywają w naszej wyobraźni, igrają z naszą głową tysiącami dziwacznych skojarzeń. Jest noc i trochę boję się nocy. Na szczęście jakaś zbłąkana, krynicka żaba drze mordę na całą okolicę, ogłaszając wszem i wobec swoje istnienie. Dzień odsłoni kurtynę i karuzela cudownej różnorodności świata pójdzie w ruch.
   Potem wrócę do Warszawy i będę się zmagał ze swoją życiową niezaradnością. Gubił i znajdował dokumenty, tłumaczył się, tłumaczył innym, tłumaczył siebie, popadał w konformizmy, te małe, niegroźne, służące do współżycia z ludźmi i większe, fałszujące rzeczywistość doszczętnie. Będę zapominał, że żyję z czarnym ziarenkiem nicości w sercu, że są bezwzględnie dobre i bezwzględnie złe rzeczy, że prześladuje nas głos z tak zwanych mroków dziejów, zew barbarzyńcy, że obudzę się kiedyś i odkryję, że nie żyłem.
   Chwile takie jak ta są powodem do wstydu, bo nie mają nic wspólnego z życiem, ni odpowiedzialnością, nie da się w nich trwać, a przecież czuję ciążący na mnie obowiązek trwania, chcąc czy nie chcąc. Są też miejscami w czasie i przestrzeni, z których czerpiemy siłę i dumę, bo nie mają nic wspólnego ze śmiercią, a przecież umrzemy, chcąc czy nie chcąc. I jeden i drugi punkt widzenia jest mi bliski. Nigdy nie potrafiłem znaleźć równowagi.


Odcinek poprzedni
Odcinek następny