Misja w Kamerunie cz.2.

Misja w Kamerunie, cz. 2

Jazda do Bertoua 
 



   Łapię się za przednie oparcie, zamykam oczy i głośno odmawiam "Pod Twoją obronę". Wierzę, że Pan Bóg nie pozwoli mi tak głupio umrzeć w rowie, w dżungli. Mam nadzieję, że te góry się skończą i na płaskim w razie wypadku mamy większą szanse na przeżycie! Ale na takie rozmyślania nie mam za wiele czasu, bo wyminięta ciężarówka zostawia taki tuman kurzu, że kaszlemy i krztusimy się wspólnie.


   No to jedziemy! Mamy przed sobą najpierw 150 km asfaltowej drogi. Busik MKNIE jak zwariowany, kolebie się na boki, trzeszczy, wydaje dziwne dźwięki, powiew wiatru z otwartych okien omiata nas przyjemnie. Bierzemy zakręty na złamanie karku, dziko wyprzedzamy inne pojazdy przy dźwiękach klaksonu, a ja w swojej naiwności myślę o tym, że w końcu asfalt mógłby się skończyć, to kierowca zwolni!
   Co jakiś czas zatrzymujemy się na posterunkach kontrolnych. Stadko dzieciaków nadbiega w tym samym momencie, trzymając obrane i poporcjowane części ananasa w woreczkach, prażone orzeszki ziemne. Tysiące rączek wciska się przez okna busa i proponuje posiłek. Kierowca decyduje się na ananasa i ruszamy dalej. Jest bardzo gorąco i każdy postój to tragedia! Bus nagrzewa się błyskawicznie, nie ma czym oddychać. Jesteśmy upchnięci jak sardynki, każdy oddycha ciężko. Wypacam resztki wody w organiźmie. Pociągam małymi łykami wodę z butli. Nie muszę się martwić o niemożliwość skorzystania z toalety. Wszystko wypocę. Mamy przed sobą daleką drogę i staram się pić dużo, bo krążenie i tak mi strajkuje.

   Po prawie trzech godzinach wariackiej jazdy z klaksonem dojeżdżamy do miasteczka Ayos. Kierowca zjeżdża na bok, wszyscy wychodzą, leniwie przeciągają się w upale i kurzu, jedynie muzułmanin bez nóg zostaje w pojeździe. Ludzie z wioski zbiegli się, stoją i patrzą na nas. Jestem znów w centrum uwagi, więc biorę Yvette pod rękę. Chcę należeć do ich wspólnoty. Cholera! Nie chcę być biała! Nie chcę aż tak się odróżniać!
   Dziewczyny prowadza mnie pod wiatę, która służy za restaurację. W garnkach, różnych kotłach gotują się potrawy. Marianne zagląda to tu, to tam, w końcu zamawia porcję. Nie wygląda to zachęcająco, ale pachnie smakowicie. Wielkie kawałki ryby w sosie własnym z cząstkami papryki. Kręcę głową na nie, ale dosiadam się i przyglądam jak ludzie się posilają. Podłoże usiane jest ośćmi. Ludzie wypluwają je po prostu pod nogi.
   Pod stołami koczuje mnóstwo strasznie chudych kotów, które polują na lepsze kąski. Ich cierpliwość jest rzadko nagradzana. Ości są wycackane do białości, dopiero po tym lądują na ziemi. Proszę Marianne, aby kupiła mi banany. Nie chcę ryzykować rozwolnienia w podroży. Nie wiem jak długo będziemy jechać, więc banany wydają mi się najlepszym rozwiązaniem. Marianne krzyczy na chłopca, który nieśmiało podchodzi, ale szczęśliwy i stremowany ofiarowuje mi do wyboru różne kiście. Uśmiecham się, aby go trochę ośmielić, wybieram, co ładniejsze. Mały dostaje pieniążek i w podskokach leci do mamy, ciesząc się i głośno coś opowiadając. Sprzedał banany białej! Będzie miał czym szpanować przed kolegami! Nie przepadam za tym owocem, ale te są słodkie, dojrzałe, no i prosto z drzewa. PYCHA!!!

   Idziemy w kierunku busa, są już wszyscy – możemy jechać. Cieszę się na dalszą jazdę. Byle do przodu!

   Zaraz za zakrętem oczy stają mi w słupki!! TO NIEMOŻLIWE! PO TYM??? Po czymś takim będziemy dalej jechać??? Wertepy, wąska polna droga, po bokach głębokie rowy, bez żadnego pobocza. Nie chcę myśleć co będzie, gdy kierowcy omsknie się koło. Przecież się zabijemy!!! Co gorsza, droga idzie ostro pod górę!
   Tylko ja wydaję się być zszokowana. Yvette mówi spokojnie: "schlechte strasse" i patrzy spokojnie przed siebie. W krótkim momencie paniki chce mi się płakać. Siedem godzin jazdy po takiej drodze? Mam cały czas nadzieję, że coś źle zrozumiałam. W buszu nie mamy zasięgu, nie można nigdzie zadzwonić, jakby co.

   Staram się nie dopuszczać złych emocji, ale właśnie jedziemy z góry!!! Kierowca pędzi na złamanie karku! Jestem przerażona, a jeszcze z naprzeciwka nadjeżdża ciężarówka wyładowana drzewem! Łapię się za przednie oparcie, zamykam oczy i głośno odmawiam "Pod Twoją obronę". Wierzę, że Pan Bóg nie pozwoli mi tak głupio umrzeć w rowie, w dżungli. Mam nadzieję, że te góry się skończą i na płaskim w razie wypadku mamy większą szansę na przeżycie! Ale na takie rozmyślania nie mam za wiele czasu, bo minięta ciężarówka zostawia taki tuman kurzu, że kaszlemy i krztusimy się wspólnie. Przykładam do ust chusteczkę, która momentalnie robi się czerwona. Jestem już dokładnie pokryta czerwonym pyłem! Przecieram okulary z kurzu, aby coś widzieć i kolebiemy się dalej!
   Wyjeżdżamy wreszcie na "prostą" drogę, jedziemy bardziej po płaskim, od czasu do czasu kontrole. Kierowca uiszcza opłaty, do okien pchają się rączki z ananasami, wokół gliniane chatki, śmieszne, małe świnie biegające w obejściach, machające do nas nagie dzieci. Wrosłam już w krajobraz. Mam wrażenie, że znam to wszystko!

   Nagle, w głębokim lesie, STOP! Na drodze stoi bus podobny do naszego i równie jak nasz wyładowany! Pękła mu ośka i stoi rozkraczony. Zatrzymujemy się i musimy zabrać wszystkich ludzi i bagaże. W dżungli nie zostawia się nikogo, a ja zastanawiam się, w jaki sposób ludzi z dwóch załadowanych busikow uda się upchnąć do jednego!!! Jako pierwsze zostają przeładowane bagaże.
   Korzystam z okazji i wskakuję między drzewa. Jestem zachwycona ciszą i różnymi nieznanymi dźwiękami. Fruwają wielkie kolorowe motyle, bzykają owady. Jak ślicznie! Tylko muszę chować się do cienia. Słońce jest niemiłosierne!


   Marianne zorientowała się, że brakuje jej torebki! Robi głośną awanturę. Kierowca twierdzi, że na pewno jest gdzieś na dachu pomiędzy bagażami. W końcu możemy wsiadać... Mam plecak między nogami, jestem ściśnięta. Dobrze, że siedzę przy oknie, wiec łapię powietrze jak ryba wyrzucona na piach. Mogę poruszać jedynie palcami w czubkach buta. Znów nachodzą mnie czarne myśli. W razie wywrotki zadusimy się jak nic... Bus trzeszczy bardzo niebezpiecznie. Myślę, że do pęknięcia naszej ośki też niedaleko. Wielkim plusem całej sytuacji jest to, że kierowca zdecydowanie zwolnił tempo. Przy każdym najmniejszym dole auto robi "quik quik" i tracę nadzieję, że dojedziemy przed zapadnięciem zmroku... że w ogóle dojedziemy!
   Jedziemy dosyć wolno, wyprzedzają nas teraz busy, auta, wzniecając potworne tumany kurzu. Nie widzimy nic, machamy rękoma, a w kierowcy obudziła się ambicja i zaczął ścigać pojazd, który właśnie nas wyprzedził!! Jedziemy więc non stop w tumanie potwornego kurzu i dopiero dosyć spore wzniesienie przychodzi nam na ratunek. Kierowca stwierdza, że nie ma żadnych szans pod górę... Oddycham z ulgą. Parę kilometrów dalej w rowie leży ścigany pojazd. Kierowca mija ich z satysfakcją. Nie zabieramy już nikogo, ale w następnej wiosce informujemy o wypadku...

   Za każdym razem, gdy się zatrzymujemy na posterunkach, dopadają mnie ataki klaustrofobii. Na szczęście wszyscy chcą choć na chwilę rozprostować nogi, więc każdy przystanek się przedłuża. Stoimy, przeciągamy się. Słońce już zachodzi, więc nie przygrzewa tak mocno. Jest mi absolutnie obojętne, na którą zajedziemy. Czas PRZYSZŁY przestał dla mnie istnieć. Ważne jest TERAZ!
   Zaczynam rozumieć mentalność tubylczą... Co im po domach, "posiadłościach", dobrach doczesnych, gdy w każdej chwili tak łatwo można stracić życie! Jestem przepełniona podziwem dla tych prostych ludzi, którzy żyją i radzą sobie w tak ekstremalnych, z mojego punktu widzenia, warunkach. Zapada zmrok i mijając wioski widzimy tylko gdzieniegdzie palące się ogniska. Bez prądu, bez wody radzą sobie i żyją z pokolenia na pokolenia. Ba! Na swój sposób są na pewno szczęśliwi. Dużo się śmieją. Mam wrażenie, że żyję we wspólnocie. Dosłownie i w przenośni jedziemy na jednym wózku. Jestem pod wrażeniem i pełna wdzięczności, że mogę brać udział w ich życiu.

   Niestety, często robi mi się słabo i wreszcie pytam Yvette jak długo jeszcze będziemy jechać. "Ile kilometrów czy ile godzin?" pyta rezolutnie, po czym dodaje: "Co najmniej cztery godziny". Nie wierzę w to! Jesteśmy cały dzień w drodze i końca nie widać!
   W następnej wiosce dosiada się starsza, biała kobieta i dwóch jej towarzyszy. Wymaga to niemałej akrobacji, bo miejsca naprawdę już nie ma! Część ludzi stoi zgarbiona, jedna kobieta siada na siedzeniu obok kierowcy i jedziemy dalej! Leje się z nas w dalszym ciągu, dzieci biednej kobiety wybuchają głośnym płaczem. Dziewczynka aż się zanosi. Ma na pewno malarię.
   Ludzie są wkurzeni. Mówią coś do niej niemiłym tonem. W busie słychać tylko głośny, rozpaczliwy płacz dziecka. Wypakowuję z kieszeni glukozę, którą zawsze noszę na wszelki wypadek, ściągam z niej folię, łamię na pół tabletkę i podaję w kierunku maluchów. FOR BABY! mówię groźnie, bo mężczyzna już wkładał sobie cukier do buzi. Niechętnie podaje  dalej białe kawałki dzieciom, które natychmiast milkną i z namaszczeniem liżą kostkę... Wszyscy patrzą na mnie z wielką sympatią i uśmiechają się. "Nareszcie słychać radio, a nie ryk dzieci" – komentują.
   Wyciągam z torby paczuszkę cukru. Wymaga to nie lada wysiłku w tym ścisku. Wciskam ją kobiecie, która błyskawicznie ukrywa prezent w fałdach sukni. Kiwa mi głową w podziękowaniu i uśmiecha się nieznacznie. Głaszczę spoconą dziewczynkę, która wniebowzięta ssie cukier. Kolebiemy się dalej, radio głośno gra, śpiewam razem ze wszystkimi "mama lecki". Nie mam pojęcia, co to znaczy, ale pasuje mi rytm. Na zewnątrz od dłuższego czasu jest ciemno, jestem przepocona i mokra, nic w tym klimacie nie schnie, wiec wkładam kurtkę. I tak już mnie gardło boli. Jest podrażnione wiatrem, różnicą temperatur i pyłem. O nim nie da się zapomnieć. Co jakiś czas systematycznie muszę przecierać szkła okularów. Nawet teraz, gdy słońce zaszło, mam je na nosie. Zawsze to jakaś ochrona...
   Jedziemy przez busz, widzę, że padał deszcz. Powietrze przez to jest lepsze, ale nagle wjeżdżamy w kałużę! Czujemy się jak na lodzie. Mokra, ubita glina jest bardzo niebezpieczna. Auto wykonuje karkołomne manewry, staje lekko w poprzek, kierowca zdecydowanie skręca i wyjeżdżamy na drogę! Uff! 

   Zatrzymujemy się w wioskach. Bus stopniowo się opróżnia. Bagażu też już mniej, auto już nie kwiczy, a tylko trzeszczy. Robi się luźniej. Jest nawet przyjemnie. Nawet droga jakby się poszerzyła i wreszcie po wielu godzinach, wyjeżdżamy na ASFALT! Cieszę się jak wariatka, śpiewam z innymi już w głos, teraz możemy jechać nawet na koniec świata! Do Bertoua już niedaleko, czuję wielką ulgę!
   Wjeżdżamy na rogatki miasta i stop – kontrola. Tym razem żołnierze zaglądają do środka. Przyczepiają się do starszego białego mężczyzny i chcą zobaczyć jego książeczkę szczepień. Pechowo Belg nie ma jej przy sobie. Żołnierz stwierdza, że w takim razie musi go zabrać na posterunek! W tym momencie siedzący pasażerowie nie wytrzymują nerwowo i zaczynają krzyczeć, że Kamerun potrzebuje turystów! Jeśli będzie się ich tak traktowało, nikt nie będzie chciał tu przyjeżdżać! Żołnierz spłoszony wycofuje się i... możemy jechać dalej.
   Wjeżdżamy do miasta, a ja myślę tylko: NARESZCIE!!! Teraz (sic!) zaczynam się zastanawiać nad tym, jak będzie w misji, jaki będzie Ojciec Darek. W końcu poznałam go przez internet. Może to jakiś "ortodoks" i po dwóch dniach będę chciała uciekać?

   Do busika podbiegają ludzie, jest tłoczno, już ktoś siedzi na dachu i podaje bagaż. Marianne ciągnie mnie za rękaw i nagle staję twarz w twarz z Ojcem Darkiem. "Witamy! Nareszcie! Ale masz przygody!" Padamy sobie w objęcia. "Wytrzymasz jeszcze trochę?" pyta Darek i leci załatwiać formalności związane z kradzieżą torebki Marianne.
   Stoję przed pick-upem misyjnym, na pace siedzą dzieci, które teraz zeskakują, podchodzą do mnie i podając rękę przedstawiają się grzecznie. Dzieciaki wypychają Nelly, która uczy się niemieckiego i zamieniamy kilka zdań. Dziewczynka bardzo się wstydzi, wybuchamy śmiechem. Staram się zapamiętać, jak kto ma na imię. Mylą mi się czarne twarze, wiec staram się zapamiętać po włosach. Jednak wszyscy są jednakowi, więc patrzę na ubrania. Dzieci odpytują mnie co chwila. Dobrze, że pamiętam trochę twarzyczek ze zdjęć. Wybuchamy często śmiechem. Wszystkie obawy, co do tego jak będę przyjęta, jak się z nimi dogadam, pryskają jak bańka mydlana. Wiem, że będzie wszystko dobrze! Dzieci są bardzo ciekawe, miłe i bardzo dobrze ułożone. To wielka zasługa Ojca Darka. Inaczej wałęsałyby się po ulicach a co starsze dziewczyny niańczyłyby już potomstwo...

   W końcu Darek przychodzi, ładujemy się wszyscy do samochodu i ruszamy! Jeszcze jakieś 10 minut jazdy i stoję przed celem: POLSKA KATOLICKA MISJA W KAMERUNIE.


Zapraszamy do poprzedniego odcinka

Zdjęcia z archiwum autory

{jos_sb_discuss:19} 

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl