Xian - w poszukiwaniu miejsc z baśni


edna z bocznych uliczek w wielkim Meczecie w Xianie
   W trakcie mojej tegorocznej wrześniowej podróży na Daleki Wschód trafiłam w wiele rozmaitych miejsc. Niektóre z nich owiane były atmosferą legendy, a dotarcie do nich wydawało mi się wprost niewiarygodne. No bo jak można dotrzeć do miejsc z baśni…? Tak też i było z Xi’anem (niegdyś Changanem) w centralnej części Chin (prowincja Shaanxi).

   Naczytawszy się wcześniej o tym niezwykłym miejscu , gorąco chciałam wierzyć, że od czasów jego starożytnej świetności po dziś dzień nic się nie zmieniło. Niestety, po wyjściu z pociągu mój entuzjazm nieco opadł – zobaczyłam, że nie jestem w mitycznej krainie, ale w kolejnym wielkim, zatłoczonym mieście. Wiedząc jednak, że przedmieścia są zazwyczaj mało reprezentatywnym obrazem miasta, nabrałam mimo wszystko nadziei, że nie wszystko stracone. Mój wymarzony Xi’an musi istnieć!
   I rzeczywiście, gdy tylko dotarłam do potężnych murów obronnych okalających najstarszą część miasta, moje rozczarowanie zmieniło się w uniesienie. A jednak, pomyślałam w duchu, warto było się przetelepać tylachny kawałek świata, żeby znaleźć się w tym właśnie miejscu!

Xian - mury obronne

   Jakkolwiek dzisiejszy Xi’an został zmodernizowany do potrzeb obecnych czasów, ten dawny ciągle istnieje. Tam, gdzie szerokie ulice przechodzą w wąskie niemal korytarze zapchane rozmaitym towarem. Tam, gdzie świątynie schowane przed światem oszałamiają zapachem kadzideł, śpiewem mantr lub muzułmańskich modlitw. Tam, gdzie wielkie mury obronne mówią o zamierzchłej potędze i bogactwie. Tam, gdzie wspaniałe, majestatyczne wieże Bębna i Dzwonów przypominają o rytmie dnia, niegdyś wyznaczanym przez ich dźwięki. Tam właśnie jest dawny Xi’an.
   Jego siła promienieje również dzięki znajdującej się około trzydziestu kilometrów na wschód od miasta tzw. Terakotowej Armii, stworzonej z polecenia Qin Shi Huangdi (221 – 207 p.n.e.) – I Cesarza zjednoczonych Chin.

Główny pokład z żolnierzami Terakotowej Armii

   Żeby uniknąć turystów, wybrałam się tam wczesnym rankiem. Dotarłszy na miejsce ujrzałam górzysty krajobraz w oddali, a na niewielkim wzniesieniu kompleks trzech pokładów (odpowiednio obudowanych i zadaszonych), zawierających tysiące starożytnych rycerzy wykonanych z terakoty. Dwutysiącletnie figury chińskich wojowników sprawiały wrażenie, jakby ktoś za pomocą magii zamienił dawno, dawno temu żywych ludzi w nieruchome posągi.
 
Jeden z żołnierzy Terakotowej Armii   Wrażenie to wynikało stąd, że owym terakotowym rzeźbom, uzbrojonym niegdyś w prawdziwą broń, nadano niezwykle zróżnicowane fizjonomie. Przypuszczalnie były to portrety samych rzemieślników, którzy wykonali cały ten gigantyczny "trójwymiarowy obraz". Spoglądając nań zadawałam sobie pytanie o cel i powód tego rodzaju przedsięwzięcia. Odpowiedź, jak sądzę, znalazłam w starożytnych wierzeniach Chińczyków. Uważali oni bowiem, iż jedyną szansą na osiągnięcie nieśmiertelności w Królestwie Wieczności jest zabranie z sobą do grobu przedmiotów nawiązujących do życia ziemskiego. Cesarz Shi Huangdi najwidoczniej zadecydował, że "kopia" jego potężnej armii, jaką miał za życia, przyda mu się najlepiej w osiągnięciu nieśmiertelności. Chyba się nie pomylił – jakkolwiek nieznana jest mi pozaziemska podróż Cesarza, to jestem pewna, że jego nieśmiertelny duch unosi się nad szeregami terakotowych wojowników. Co więcej, myślę, że los "przywrócił życie" również anonimowym autorom tychże figur. Ich dzieła bowiem, będące przypuszczalnymi portretami samych artystów, nie zniknęły pod ziemią, ale stały się namacalnym dowodem istnienia tych ludzi.

   Dawny Xi’an, choć już nie starożytny, bo XVIII-wieczny, jednakże ze średniowieczną tradycją, odnalazłam również w okolicach Wielkiego Meczetu.
   W czasach Dynastii Tang (618 – 907) Chiny były bardzo otwarte na rozmaite idee, religie i filozofie, a to za sprawą rozwijającego się handlu. W dawnym Changanie, a obecnie Xi’anie, znajdującym się na szlaku jedwabnym, życie kwitło w spokoju dając szanse na rozwój religii buddyjskiej, muzułmańskiej, a nawet i chrześcijańskiej (kamienna tablica z nestoriańskim zapisem z 635 r., obecnie w Muzeum Lasu Stelli w Xi’anie jest namacalnym tego dowodem). Do dziś jednak Wnętrze Wielkiego Meczetu w Xianieprzetrwały przede wszystkim religie buddyjska i muzułmańska, żyjące z sobą w zgodzie, czego wyrazem są ich świątynie mieszczące się obok siebie. 

   Moją wyobraźnię pobudzał przede wszystkim Wielki Meczet, o którym wyrażano się w różnych źrodłach, jako o czymś niezwykłym ze względu na specyficzny klimat i piękne ogrody. Gdy w końcu znalazłam to miejsce (pobłądziwszy przedtem wśród wąskich uliczek), moim oczom ukazał się niebywały widok. Wchodząc boczną bramą po prawej ręce zauważyłam w oddali świątynię (o typowej chińskiej architekturze), zaś po lewej, na osi kilka bram dzielących wspomniany ogród na odcinki.

   Zaczynał padać deszcz, cykady uznały, że należy wzmocnić głośność, ziemia parowała ciepłem, turyści zniknęli z pola widzenia, a do tego doszedł melodyjny dźwięk męskich głosów odmawiających wieczorną modlitwę. Podeszłam bliżej, by przyjrzeć się kobietom stojącym w niewielkiej odległości za mężczyznami. Moją uwagę przyciągnęła szczególnie jedna – malutka staruszka, kołysząca się w jakimś swoim rytmie. Wszystko to było zadziwiające, mając cały czas świadomość, że jestem w Chinach, czułam jednocześnie intensywną atmosferę Bliskiego Wschodu. Tak jakbym odbywała jakąś podróż w czasie i przestrzeni.  
 
Jeden z budynków w kompleksie świątynnym Opiekuńczego Bóstwa   Włócząc się po kolejnych uliczkach Xi’anu w poszukiwaniu miejsc z jego bogatej historii, trafiłam przypadkiem na świątynię "Chenghuang Miao" (Opiekuńczego Bóstwa Miasta). Idąc przez zadaszony przyciemnionym szkłem długi targ zobaczyłam, że na jego końcu znajduje się jakaś staro wyglądająca budowla. Zbliżywszy się do niej, rozpoznałam świątynię, jeszcze do niedawna funkcjonującą jako część targu! Po przekroczeniu wysokiego progu bramy weszłam na dziedziniec otoczony rozpadającymi się budynkami, pamiętającymi najprawdopodobniej połowę XVII w. W pobliżu świątyni siedziało dwóch mnichów. Z początku czułam się nieco zakłopotana, tak jakbym wtargnęła na prywatny teren, ale po chwili poczułam ciepłą atmosferę tego miejsca. Rozmawiający ze sobą mnisi uśmiechnęli się do mnie, nie przerywając cichej dyskusji.   

   Powoli zachodziło słońce, na terenie kompleksu było pusto, nie licząc wcześniej wymienionych mnichów i jeszcze jednego wewnątrz świątyni. Zaglądając w rozmaite miejsca zastanawiałam się, czemu nikogo tu nie ma. Po chwili zrozumiałam, że kompleks świątynny dopiero co odzyskuje swoją dawną świetność po latach zaniedbania. Pozostawione gdzieniegdzie narzędzia i drabiny wskazywały na restauracje. Pewnie za niedługi czas miejsce to zacznie przyciągać turystów, ale ja cieszę się, że zobaczyłam je właśnie takim, a nie innym. Nie znam odpowiednich słów określających tego rodzaju obrazy, może słowo magia byłoby najbliższym...

Dwaj mnisi przed Świątynią Opiekuńczego Bóstwa w Xianie

   Opuszczając Xi’an czułam się szczęśliwa, bo odnalazłam moje baśniowe królestwo, ale również i smutna, bo musiałam je opuścić. Każdy bowiem, komu dane było znaleźć się w baśni, chce pozostać tam najdłużej.

Zdjęcia autory 

Zobacz też:
Beata Szczechura – W czerwieni, złocie i tumanach kurzu
Bogna Łakomska – Ponad chmurami - życie w Zakazanym Mieście


Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl