Wakacje u Fulvia


fot. Yaca 
   Jest takie miejsce, gdzie – wierzę w to święcie – z rzuconego na ziemię peta w ciągu dwóch dni wyrośnie rozłożyste drzewo, a człowiek zgubiony w dżungli porośnie mchem najdalej po tygodniu. Miejsce, w którym w pół godziny można przemieścić się w inną strefę klimatyczną, a spacerując po lesie turysta, chcąc nie chcąc, rozgląda się ukradkiem za dinozaurem, bo za drzewem niewątpliwie czai się przynajmniej jeden. To miejsce to Kostaryka.


   Leci się długo i to jest jedyny mankament. Z międzylądowaniem w Hawanie trzeba liczyć około piętnastu godzin spędzonych w samolocie. Zważywszy siedmiogodzinną różnicę czasu, turystów na samym wstępie czeka naprawdę długi dzień, chociaż niewątpliwą zaletą jest to, że z samolotu wysiadamy o 1/3 doby młodsi, aczkolwiek lekko wymięci.
   Kostaryka jest bardzo bezpiecznym i cywilizowanym krajem, ze świetnie rozwiniętą infrastrukturą turystyczną. Bez obaw można zdecydować się na zwiedzanie na własną rękę, wynajętym samochodem. Nie grozi nam głód – przy drogach jest wiele knajpek i nawet jeśli spłoszymy się niezbyt wyrafinowanym wystrojem (dominują plastikowe krzesełka na świeżym powietrzu), to jedzenie w nich jest bez zarzutu, przerazić się można jedynie gargantuicznymi porcjami. Nie grozi nam brak benzyny – stacje benzynowe są gęsto rozsiane i zawsze znajdzie się ktoś, z kim można porozumieć się po angielsku. Nie grozi nam utrata dobytku – mieszkańcy Kostaryki świetnie wiedzą, jakie mają zyski z turystów i dbają o nich, jak mogą. Nie grozi nam też nocleg pod gołym niebem – zajazdy i pensjonaty znajdują się niemal co krok, wiele z nich jest prowadzonych przez Europejczyków, którym się tu spodobało i zostali. Więc jeśli nie możecie się obejść bez niemieckich frankfurterek, francuskiego sera, hiszpańskiej paelli i czekolady Rittersport, to na pewno w końcu je znajdziecie, jak nie w tym zajeździe, to w następnym. Jedynym problemem są kiepskie drogi, gdyż nawet główna arteria, Panamericana, ma niestety dziury.

   Kostarykańczycy żyją tak jak my – chodzą do pracy, pakują dzieci do szkolnych autobusów, robią zakupy w supermarketach, rozmawiają przez telefony komórkowe, z tą różnicą, że my czasem odstawiamy telefony od ucha, a oni robią tylko przerwy na sen. Urządzili swój kraj głównie dla amerykańskich turystów, stąd stylistyka najpopularniejszych miejsc do zwiedzania, przypominająca nieco miasteczko Flintstonów.
 
   My wybraliśmy zwiedzanie zorganizowane, więc wyruszyliśmy w trasę z ośmioosobową grupą Niemców oraz naszym przewodnikiem o imieniu Fulvio. Bardzo szybko okazało się, że właściwie to przyjechaliśmy w odwiedziny do niego i jego licznej rodziny. Już na samym wstępie kierowca naszego busa został nam przedstawiony jako mąż ciotecznej siostry pierwszej żony Fulvia, więc – rzecz jasna – bardzo bliski krewny. A potem stopniowo poznawaliśmy całe drzewo genealogiczne fulviowej rodziny.
fot. Yaca 

   Wycieczkę zaczęliśmy od wyjazdu ze stolicy kraju, San Jose, w góry, w kierunku wulkanu Poas. Położony na wysokości 2700 m n.p.m. wulkan jest ciągle czynny, dreszczyk emocji polega na tym, że teoretycznie w każdej chwili może się zdenerwować, ale na oko wygląda całkiem poczciwie. Można do niego podejść, obwąchać siarkowe wyziewy, obejrzeć krater, przespacerować się do pobliskiej laguny. Sprzedawcą w sklepie z pamiątkami jest bratanek Fulvia.
   W drodze do następnego wulkanu można odwiedzić fermę motyli i kolibrów. Motyle mają zbudowaną specjalną rozległą altanę z przezroczystej siatki, a jeśli ktoś odczuwa motylowstręt, nie powinien tam wchodzić, ponieważ motyli jest naprawdę zatrzęsienie, nad głowami szybują całe stada. Obok zbierają się kolibry i ptaszki zwane papagayo, zwabiane specjalnymi karmnikami, na których leżą banany. No cóż, co ptak to inny gust kulinarny, nasze sikorki na przykład preferują słoninę. Potem koleżanka córki Fulvia (z drugiego małżeństwa) wręcza nam kije do wędrowania i maszerujemy stromymi drewnianymi galeryjkami wiszącymi na zboczach gór, w kierunku wodospadu La Paz. Wodospad daje czadu nawet z daleka, więc jesteśmy cokolwiek mokrzy, ale wokół panuje temperatura ponad 30 stopni, więc nie jest źle.
 fot. Yaca

   Po południu docieramy do miasteczka położonego u stóp wulkanu Arenal, który również miewa humory. W nocy wokół wulkanu zbiera się kawalkada samochodów z tłumem ludzi siedzących na dachach i wszyscy wpatrują się na wypływającą z wulkanu czerwoną lawę i lecące snopy iskier. Wulkan prowadzi także własny dochodowy biznes, zaopatrując w gorącą wulkaniczną wodę centrum termalne, złożone z kilkunastu basenów na świeżym powietrzu, w których pławią się turyści, nie mający problemów z wysiedzeniem w wodzie cieplejszej niż ta, którą zwykle wlewamy do wanny. Faktem jest, że ta woda potrafi doskonale zregenerować łydki, zmasakrowane łażeniem po galeryjkach wokół wodospadu.

   Kolację jemy u brata pierwszego teścia Fulvia, w knajpce na świeżym powietrzu, z widokiem na wylewającą się lawę.
 
   Następnego dnia jedziemy do parku narodowego Cano Negro, w rozlewisku rzeki Rio Frio. Park składa się głównie z mokradeł, więc ogląda się go z łódki, sterowanej przez kumpla jednego z fulviowych synów. Mokradła okazują się być zamieszkane przez wiele gatunków zwierząt, którym najwyraźniej nie przeszkadza tłok. Współlokatorem stada małp jest kajman, z tym, że one rezydują na piętrach, a kajman raczej preferuje parter. Na półpiętrze rozlokował się boa, a na mansardzie kiwa się tukan. Na wystających z wody pniach siedzą ptaki z rozłożonymi skrzydłami – robią cień, żeby lepiej widzieć rybę przewidzianą na śniadanie. Najprawdopodobniej za splątanym gąszczem przybrzeżnych zarośli mieszkają tapiry, pumy i jaguary, ale musimy uwierzyć przewodnikowi na słowo, bo te zwierzęta są dość nieśmiałe i nie lubią akcentować swojej obecności.
fot. Yaca   W drodze powrotnej z parku zatrzymujemy się, żeby obejrzeć leniwca, który zawisł na drzewie tuż przy szosie, ale w końcu, wkurzony wlepionymi w siebie przyjezdnymi gałami, postanawia przemieścić się w bardziej zaciszne rejony, co czyni niespiesznie, ale stanowczo. W zastępstwie pojawiają się coati – długonose miśki z długimi puszystymi ogonami, absolutnie wszystkożerne i bezkompromisowe w zdobywaniu smakołyków. Jedzą z ręki, ale potrafią się zdenerwować opieszałością w częstowaniu i wtedy poganiają częstowacza łapką zbrojną w długie, ostre pazurki. Dalej natykamy się na stado sępów, konsumujących martwego pancernika, a ta cała menażeria trafia nam się nie dalej niż na poboczu głównej kostarykańskiej autostrady!
 
   Przemieszczamy się w inną strefę klimatyczną, do Monteverde – krainy lasów deszczowych położonych w chmurze, na wysokości 1440 m n.p.m. Zaledwie pięćdziesiąt kilometrów od słonecznej i upalnej prowincji Arenal musimy przeprosić się z polarem i długimi spodniami, bo temperatura jest nie wyższa niż 18 stopni, a na dodatek leje deszcz. Przy wjeździe do prowincji stoi wielki bilboard Welcome to paradise. Wokół puszyste wzgórza o trudnej do zweryfikowania palecie zieleni. Sielsko i rajsko; Fulvio mówi, że większość mieszkających tu ludzi o niczym innym nie marzy, jak tylko wyrwać się z tego raju. Fakt, do cywilizacji wydaje się tu dalej niż skądkolwiek, bo rząd czyni wszystko, żeby utrzymać ten region w jak najbardziej nieskalanym stanie. Monteverde jest miejscem badań różnych firm farmaceutycznych, których pracownicy węszą po lesie w poszukiwaniu roślin, które można wykorzystać do leczenia. I tam właśnie za każdym drzewem czają się dinozaury. Osobiście nie widziałam ani jednego, ale z krajobrazu sądząc, muszą ich tam być tabuny, a ja ich nie widziałam pewnie wyłącznie dlatego, że w takim gąszczu trudno spojrzeć dalej, niż na pień najbliższego drzewa.

fot. Yaca

   Lasy deszczowe oferują specyficzną atrakcję turystyczną, która nazywa się canopi i polega na lataniu po linie nad wąwozami na wysokości mniej więcej 50 metrów. Większość przyjezdnych, w tym mój mąż, są przekonani, że czeka ich przejażdżka kajakami, a obsługa canopi twierdzi, że bez przerwy przywożą im całe autokary ludzi w klapkach, wysmarowanych blokerami.

   Wieczór upływa nam na biesiadzie w rybnej restauracji, prowadzonej przez bliską rodzinę Fulvia, konkretnie przez męża rodzonej siostry jego trzeciej żony, ale w biesiadzie uczestniczy także syn z pierwszego małżeństwa, oraz siostrzenica pierwszej żony. Atmosfera jest niezwykle rodzinna także dlatego, że akurat dowiadujemy się, że my, Niemcy i Kostarykańczycy zagramy w tej samej grupie na piłkarskich mistrzostwach świata, a nie ma przecież lepszej okazji, żeby się urżnąć i odśpiewać po kolei wszystkie trzy narodowe hymny.
 
   Pół godziny drogi od chłodnego i wilgotnego Monteverde, leży tropikalna prowincja Guanacaste, której granicę wyznacza Ocean Spokojny. W pośpiechu ściągamy z grzbietów polary, a chętnie zdjęlibyśmy także skórę, bo upał jest nie do wytrzymania i słońce pali żywym ogniem. Nieopodal stolicy prowincji, Liberii, znajduje się kolejny park narodowy, Rincon de la Vieja, czyli zakątek staruchy. Faktycznie wygląda dość nobliwie. Na parkingu kilka coati toczy zawziętą walkę o to, któremu przypadnie wyglądająca bardziej smakowicie grupa turystów. Po krótkiej walce, w trakcie której sierść fruwa w powietrzu, a piski świdrują w uszach, wygrany coati dołącza do naszej grupy, zdecydowany towarzyszyć nam, w nadziei jakiegoś poczęstunku, na całym szlaku turystycznym i dzielnie przedziera się wraz z nami przez wiszące mosty, gotujące się i plujące kratery, zwalone drzewa i skalne rumowiska.
   Na drzewach nad naszymi głowami bujają się małpy, między skałami wygrzewa się gigantyczna iguana, kameleony obserwują nas z pni drzew, jaszczurki pryskają spod nóg, a wierny coati, pazurzastą łapką zachęca do sięgnięcia do kieszeni, bo na pewno przemycamy mnóstwo żarcia, tylko jesteśmy zwyczajne sknery.

   Po takiej trzygodzinnej przechadzce mamy znów nogi do wymiany, a kiedy dowlekamy się w końcu do hotelu, pan z recepcji dopada nas i zachęca do skorzystania z rekreacyjnej oferty, którą może być przejażdżka konna, spływ kajakowy. Nieeeee? No to może w takim razie canopi?
   Jakoś nie czujemy werwy do takiego relaksu, więc jedziemy do hotelu nad ocean, leczyć nogi. Tam już nie musimy się przedzierać przez chaszcze, nie narzekamy na brak zimnych drinków, tylko trzeba pilnować leżaka, bo chwila nieuwagi, a już może się okazać zajęty. Przez wielką, ospałą iguanę.

fot. Yaca


Zdjęcia: Yaca


{jos_sb_discuss:19}

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl