Opowieści o Tajwanie - Pośród gór


Opowieści z Tajwanu, część 5

   Wraz z nadejściem kwietnia, gdy na Tajwanie przypada "święto zmarłych", a ludzie tłumnie idą do świątyń, by pomodlić się za przodków oraz złożyć im ofiary z owoców, kwiatów i rozmaitych potraw, następuje kilkudniowy zastój w pracy i nauce. W tym właśnie czasie, korzystając skwapliwie z nadarzających się wakacji, odwiedziłam dwa miejsca. Pierwszym był Narodowy Park Yushan (nazwa pochodzi od najwyższego szczytu Tajwanu – góry Yushan 3952 m n.p.m.) położony na południowy wschód od Sun Moon Lake w hrabstwie Taitung, drugim – Narodowy Park Taroko znajdujący się po wschodniej stronie wyspy w hrabstwie Hualien. 

   Do Parku Yushan zabrali mnie znajomi, znający tamtejsze górskie szlaki. Zapakowani w kilka samochodów, przejechaliśmy trzy czwarte wyspy z północy na południe, a następnie nieznośnie krętymi drogami prowadzącymi na wschód, dotarliśmy na wysokość około 2000 m n.p.m. Im bardziej zbliżaliśmy się do bram Parku, tym większych dostawałam zawrotów głowy. Wąskie drogi, miejscami na wpół oberwane za przyczyną schodzących tu lawin, wiły się niemiłosiernie, doprowadzając mój żołądek do ostateczności. Na dodatek zaczęły kłębić się deszczowe chmury przemieszane z mgłą, co ograniczyło widoczność do kilku fragmentów ścian skalnych, jakby zawieszonych w przestrzeni, bez wierzchołków i bez podnóża.

   Naszym celem był szlak prowadzący do Jia Ming Hu, niewielkiego jeziorka zwanego też "Łzą Anioła" (Tear of Angel) położonego na wysokości 3310 m n.p.m. Aby tam dotrzeć, należało najpierw dojechać do bramy wejściowej otwierającej trasę, a stamtąd rozpocząć wędrówkę, której najwyższym punktem była wysokość 3 500 m n.p.m.  
   Wspinaczka okazała się być dość łagodna. Pierwszy odcinek, prowadzący do drewnianego schroniska, przypominał spacer pośród ogromnych drzew. Mając dookoła ścianę ciemnego lasu (ciągnącego się niemal do wysokości 3000 m n.p.m.), spowitego na dodatek mgłą, trudno mi było uwierzyć, że znajduję się wyżej niż na Rysach. Był to dopiero pierwszy odcinek trasy, następny bowiem dostarczył znacznie bogatszych widoków.
   Zanim jednak wyszliśmy na otwartą przestrzeń, pełną ciągnących się po horyzont pasm górskich, przyszedł wieczór, a z nim wspaniała pogoda. Niebo eksplodowało wówczas tysiącem szklistych i wielkich gwiazd, a oczy, choć bolały, gdy się nań zbyt długo patrzyło, ciągle nie mogły nacieszyć się tym przepięknym zjawiskiem. Fakt, że przestało mżyć, nie sprawił, że zrobiło się cieplej. Wręcz przeciwnie, temperatura spadła znacznie i nawet puchowy śpiwór, jak i drewniane ściany budynku nie uchroniły przed dreszczami, skręcającymi ciało w pozycję embriona.

   Noc nie należała do spokojnych jeszcze z innego powodu. Spora ilość tajwańskich wędrowców, zgromadzonych w owej sosnowej chacie,  wyruszała w dalszą drogę, i to w odstępach kilkunastominutowych, poczynając już od godziny drugiej! Szelest plastikowych woreczków, światła latarek, oraz szepty, urastające w tej górskiej ciszy do dźwięków lawiny sprawiały, że noc zamiast zesłać wytchnienie, przyniosła nerwowe oczekiwanie na generalną pobudkę. Ta z kolei nastąpiła na szczęście dość wcześnie, bo około godziny czwartej. Taki zryw poranny podyktowany był długą trasą, którą należało przejść owego dnia. Mimo tego, zupełnie nie rozumiałam dlaczego inni wstawali już o godzinie drugiej! Argument, że również z obawy przed długą drogą i zapadnięciem zmroku, w ogóle do mnie nie trafiał, jako że tak czy siak musieli iść po ciemku. Ale nie dyskutowałam na ten temat, zadowalając się faktem, że nasza ekipa zaczęła wspinaczkę wraz z wschodem słońca.

   Po kilku godzinach wędrówki las ustąpił miejsca nisko rosnącym bambusom, wyglądającym z oddali niczym wypalona trawa. Krajobraz przypominał niemal karpackie połoniny. Gorące promienie słońca chłodził wiatr, który z każdą godziną stawał się silniejszy. Idąc wąskimi ścieżkami, odsłoniętymi z obu stron na dalekie przepaście, coraz trudniej było utrzymać równowagę. Dłonie i policzki narażone na tnący wicher robiły się coraz bardziej spuchnięte i czerwone. Po południu zaś cały błękit nieba zamienił się w chmurno-mgliste szarości. Dochodząc do jeziorka, położonego nieco w dole po lewej stronie zbocza, musieliśmy zaczekać aż wiatr przegna na ułamek sekundy chmury i odsłoni taflę oczka wodnego.

Łza Anioła - Jia Ming Hu

   Pierwotne plany, aby rozbić namioty nad stawem i spędzić tam nocleg uległy weryfikacji. Część naszej dziewięcioosobowej grupy już wcześniej postanowiła zatrzymać się w przydrożnej chacie i tam czekać na tych, którzy pomaszerowali przez mgłę, by przy odrobinie szczęścia zobaczyć "Łzę Anioła". Kiedy więc już napatrzyliśmy się, a właściwie spojrzeli na Jia Ming Hu, zawróciliśmy do schroniska, w którym czekała ciepła zielona herbata i gorąca "chińska zupka" instant, a jakże...

   Dnia następnego, po przebudzeniu i przyjęciu do wiadomości, że ciągle nic nie widać i ciągle wieje, chcąc nie chcąc trzeba było ruszyć się z miejsca. Jakoś nikt nie liczył na to, że pojawi się słońce, a niebo ponownie ukaże swój cudowny błękit. Wystarczyło jednak zejść jakieś 400 metrów w dół, by nagle wyjść spoza mgielnej osłony i zobaczyć rozmaitą ilość kolorów oraz poczuć gorące promienie słońca. Wracając do głównego wejścia na szlak, wędrowaliśmy niemal w ciszy, każdy z osobna kontemplując piękno przyrody. Ocknięcie z tego melancholijnego odrętwienia nastąpiło dopiero po ponownym przekroczeniu ściany lasu. Wówczas każdy zaczynał sobie coś przypominać, opowiadać, dopytywać, mając świadomość, że lada chwila wędrówka się zakończy, i trzeba będzie się pożegnać. Wszyscy bowiem rozjeżdżaliśmy się w rozmaitych kierunkach.

powrót z Jia Ming Hu

   Moja przygoda z górami tajwańskimi jednak nie skończyła się tak szybko. Wróciwszy na kilka godzin do Tajpei, przepakowałam rzeczy i ruszyłam wraz przyjaciółką z Belize w kolejne miejsce. Tym razem był to Wąwóz Taroko (inaczej Tailuge).

   Już sama podróż pociągiem wzdłuż wschodniego wybrzeża wyspy była fascynująca. Wydawało się, że niemal na wyciągnięcie ręki dostępny był Pacyfik, podczas gdy po drugiej stronie pociągu wyrastała zielona zapora wzgórz.
   Wysiadłyśmy na maleńkiej stacji w miejscowości Xincheng, skąd, jak sądziłyśmy, powinien był kursować autobus do Tienhsiang – jeszcze mniejszej miejscowości położonej w kierunku zachodnim, wewnątrz wąwozu. Odnalazłyśmy przystanek, a właściwie miejsce nieopodal sklepu spożywczego, które według zapewnień miejscowych było przystankiem, po czym przez pół godziny wypatrywałyśmy autobusu. Jak się wkrótce okazało – nadaremnie, bo według kolejnych informacji miejscowych, autobus do Tienhsiang kursował tylko do godziny siedemnastej, a właśnie zbliżała się osiemnasta. W tej sytuacji nie pozostało nam nic innego jak tylko łapać stopa, bo taksówkarz, po wcześniejszym wywiadzie, zażyczył sobie sumę znacznie przekraczającą nasz podróżniczy budżet!
   Ale i autostop okazał się usługą płatną, chociaż nie aż tak horrendalnie wielką jak taksówka. Marie zasiadła z przodu starej furgonetki, ja zaś z braku miejsca władowałam się "na pakę", zajmując plastykowe krzesełko, jakby specjalnie przygotowane dla niecodziennych podróżnych. Zapadał powoli zmrok. Mgła schodziła coraz niżej i niżej, zakrywając wierzchołki pionowych ścian górskich zanurzonych w płytkim korycie rzeki. Zdawało się mi, że przekroczyłyśmy granicę baśni, a raczej snu, co było wywołane niezwykle długim wrażeniem déjà vu, jakie mnie wówczas ogarnęło. Droga ciągnęła się przez kilkanaście kilometrów, prowadząc przez szereg tuneli, niebezpiecznych zwężeń i setki zakrętów. Gdy dotarłyśmy na miejsce, dookoła panował mrok rozświetlony nielicznymi lampami znajdującymi się w centrum miasteczka.

   Miejscowość składała się zaledwie z kilku sklepów, tyluż domków, poczty, jednego niepozornie wyglądającego z zewnątrz hotelu, świątyni buddyjskiej wraz z klasztorem, kościoła katolickiego i młodzieżowego schroniska, prowadzonego przez tę ostatnią instytucję. Tam też skierowałyśmy swoje kroki, słuchając po drodze tysiąca odgłosów rozmaitych żab, cykad i innych niezidentyfikowanych owadów. Mieszczące się na wzgórzu schronisko było pełne uroku i sielskiej atmosfery. Po ulokowaniu się w jednym z wieloosobowych pokoi, jeszcze tego samego wieczora poszłyśmy z Marie na spacer. Chciałyśmy dostać się do buddyjskiej pagody położonej na niewielkim wzniesieniu, jednakże po przekroczeniu jednego z wiszących mostów prowadzących do drewnianej bramy, zauważyłyśmy, że wejście jest już zamknięte. Pozostało nam więc podziwianie ogromnych głazów tkwiących w płytkiej rzeczce.

głazy w wąwozie

   Następnego dnia, po przebudzeniu się i wyjściu ze schroniska, ujrzałam niebotyczne ściany gór, których wierzchołki tym razem ginęły w czystym błękicie. Do wąwozu powoli wdzierało się słońce, zapowiadając spory upał. Zostawiwszy ciągle jeszcze śpiącą Marie, pomaszerowałam do tej samej pagody, którą chciałyśmy odwiedzić dnia wczorajszego. Tym razem brama była już otwarta, a do świątyni prowadziły liczne schody poprzecinane tarasami widokowymi. Sama budowla była, jak głosił napis, najwyżej położoną buddyjską pagodą na świecie. Szczerze mówiąc, miałam co do treści tego napisu spore wątpliwości, ale nie zmieniało to faktu, że widok, który rozpościerał się z najwyższego piętra budowli był po prostu fenomenalny. Wróciwszy i zostawszy przyjaciółkę w stanie pełnej gotowości, naciągnęłam swój kapelusz, zapakowałam prowiant na drogę i tak ruszyłyśmy na zwiedzanie wąwozu.

   Pierwszy szlak, który obrałyśmy nazywał się Paiyang, i wiódł drogą "wyciętą" w jednej ze ścian zbocza, wzdłuż rzeki Tatzuchili. Szlak ów urozmaicało kilka tuneli, w większości wykutych ręcznie. Wchodząc raz za razem w każdy z nich, ogarniała nas lekka panika, bo, gapy jedne, nie zabrałyśmy ze sobą latarek. Na szczęście owe skalne korytarze okazały się być w miarę krótkie, choć niemal całkowicie mroczne. Wielokrotnie miałyśmy wrażenie, że droga albo dziwnie opada, albo też że się wznosi, co było jedynie wytworem wyobraźni. Po wyjściu z każdego tunelu witał nas nowy fragment bajecznego pejzażu.
   Szłyśmy tak, mając po lewej stronie setki metrów przepaści. Na końcu szlaku znajdował się wodospad, którego nie mogłyśmy dojrzeć w całości, jako że był on pod nami! Stałyśmy więc w tunelu wieńczącym trasę i wpatrywałyśmy się na przemian, a to w wypadającą nie wiadomo skąd z wielkim hukiem wodę, a to na drewniany most wiszący, do którego dostęp tym razem był wzbroniony, ze względu na trwające przy nim prace konserwacyjne.

jeden z linowych mostów

   Ale emocje przeprawiania się przez linowe mosty nadrobiłyśmy już wkrótce, wybierając kolejny szlak prowadzący do Lotosowego Jeziorka położonego na wysokości 1200 m. n.p.m. Tym razem droga okazała się jeszcze węższa, a na dodatek urozmaicona atrakcjami przyprawiającymi o natychmiastowy wzrost adrenaliny. Wszelkie osuwiska, czy też lawinowe pozostałości traciły na znaczeniu wobec co najmniej kilkudziesięcioletnich mostów zawieszonych nad zawrotnymi przepaściami. Przechodząc przez drewniane kładki połączone linami, obie z Marie mruczałyśmy coś do siebie, uspokajając się wzajemnie. Marie mówiła od rzeczy i ja plotłam jakieś głupoty, ale po którejś z kolei przeprawie rozładowałyśmy swój stres do tego stopnia, że odważyłyśmy zatrzymać się na środku jednego z mostów, by popatrzeć w dół. Wrażenie było porywające, i to niemal dosłownie, więc na wszelki wypadek kurczowo zaciskałam dłonie na jednej z grubych lin.

pagoda    Pod wieczór wróciłyśmy do schroniska i pomimo zmęczenia pomaszerowałyśmy jeszcze do pagody, którą odwiedziłam tego samego dnia, tyle że o wschodzie słońca. Tym razem słońce już się chowało, a my, stojąc na wąskim balkonie ostatniego piętra świątyni, myślami uciekałyśmy do naszych rodzin i przyjaciół, oddalonych o tysiące kilometrów. Nawet wiatr wówczas wiał na zachód, choć dla Marie to pewnie i tak było bez znaczenia...

   W wąwozie pozostałyśmy jeszcze całe przedpołudnie następnego dnia, po czym zapakowałyśmy się w autobus jadący do Xincheng, a stamtąd już pociągiem powróciłyśmy do Tajpej. Wielkiego, tłocznego i głośnego Tajpej, który w porównaniu z Wąwozem Taroko zdawał się być zupełnie innym światem.

   Zakończyły się ferie i zakończył się czas sielanki, nastąpił za to okres intensywnej pracy i wyczekiwania na powrót do domu. A ten zbliżał się już wielkimi krokami.


Zdjęcia autory


Odcinek poprzedni: W głąb wyspy
Odcinek następny: Tainan - miasto świątyń

Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl