Raj zwany Anatolką

Polskie dróżki

Asia vel Pobudka
   Z Kielc to tylko jeden krok. Wystarczy kierować się na wzgórze Telegraf, znane narciarzom z najdłuższego wyciągu, jaki istnieje między Warszawą, a Krakowem, potem skręcić na Bukówkę, która wielu żołnierskim rodzinom kojarzy się z łzami pożegnań na terenie Ośrodka Szkolenia na Potrzeby Sił Pokojowych, i już prosta droga, z której zjeżdżamy dopiero we wsi Kranów. Tam właśnie, na brzegu sosnowego lasu, znajduje się ten raj, czyli gospodarstwo agroturystyczne pani Anny Struszyńskiej.



   Nie tylko wilka natura ciągnie do lasu, przedstawicieli homo sapiens również. Nawet tych, którym przyszło mieszkać w wielkich blokowiskach miast, a może właśnie ich szczególnie? Bo wciąż zamknięci w ciasnych klatkach mieszkań, biur i samochodów, w końcu czują się lekko przyduszeni i zaczynają tęsknić za żywicznym powietrzem zamiast spalin, za trawą i miękkim piaskiem zamiast asfaltu, za szerszą perspektywą dla oczu, niż ściana za oknem i za ciszą, ciszą, ciszą... Przerywaną jednie śpiewem ptaków. Niektórym udaje się porzucić miasto na zawsze, innym tylko na chwilę, od święta, ale powód zwykle jest ten sam – specyficzny rodzaj zmęczenia, na które jest tylko jedno lekarstwo: zanurzyć się w przyrodzie, jak w odprężającej kąpieli.

   Nie mogąc zaliczyć się do grona posiadaczy własnego jej kawałka, długo nosiło nas po różnych kompleksach leśnych, których w świętokrzyskim na szczęście nie brakuje. W poszukiwaniu jednego, idealnego miejsca odpoczynku – zwiedziliśmy ich setki. Wiele nocy przespaliśmy w namiocie, rozbitym na różnych polanach biwakowych, zeszliśmy chyba wszystkie leśne szlaki, nauczyliśmy się rozpoznawać głosy ptaków, zebraliśmy tony grzybów i podobało nam się wszędzie. Dopóki nie poznaliśmy Anatolki.

Anatolka - brama wjazdowa

    Po raz pierwszy opowiedział nam o niej znajomy, również należący do grona złaknionych kontaktów z przyrodą, który trafił tam przypadkiem i w sposób, można rzec, nieco szokujący.

   Otóż, pewnego razu, wykorzystując wolną chwilę i piękną pogodę, postanowił zabrać rodzinę na piknik do lasu. Niedaleko i szybko, byle tylko łyknąć trochę świeżego powietrza i zjeść podwieczorek w przyjemnym entourage’u. Jednak długo nie zdążyli się nim poupajać, gdyż nagle zza krzaków dobiegło ich charakterystyczne chrumkanie, które wywołało panikę i pośpieszną ewakuację rodziny z koca do samochodu. Dziki! Ruszając z miejsca, zobaczyli wynurzające się z listowia dwa czarne łby...
   Nie ujechali daleko, gdy na leśnym dukcie, tuż przed maską samochodu, wyrosło coś kudłatego w kolorze rudym, co zmusiło kierowcę do zatrzymania pojazdu. Stworzenie przyjrzało mu się spod długich rzęs, a potem go opluło. Pojazd, nie kierowcę. I na pewno nie była to wiewiórka, bo było o wiele większe. Poza tym wiewiórki nie plują. Podobno starsze dziecko szepnęło, że to lama, ale nikt mu nie uwierzył. Głowie rodziny, który ukradkiem szczypał się w rękę, jakoś udało się wyminąć to dziwne zwierzę, ale chyba z wrażenia pomylił drogi w lesie, bowiem zamiast z niego wyjechać, nagle znalazł się przed drewnianą, gościnnie otwartą bramą z napisem: Anatolka. Nie miał odwrotu, bo tuż za nim zmierzał ten rudy stwór, a z tyłu dreptały dwa czarne...
   Potem okazało się, że to tutejsze, oswojone zwierzątka, które czasem lubią sobie pospacerować po okolicznym lesie, a świnki wietnamskie i lamy, to już pasjami. Podobnie, jak kogut Kuba, który codziennie wyprowadza swoje kury na dalekie piesze wycieczki. Dla zdrowia i smaczniejszych jaj.

   Zachwyceni tym opowiadaniem, musieliśmy zobaczyć to wszystko na własne oczy, po prostu – musieliśmy! I tak trafiliśmy do raju...

   Z Kielc to tylko jeden krok. Wystarczy kierować się na wzgórze Telegraf, znane narciarzom z najdłuższego wyciągu, jaki istnieje między Warszawą, a Krakowem, potem skręcić na Bukówkę, która wielu żołnierskim rodzinom kojarzy się z łzami pożegnań na terenie Ośrodka Szkolenia na Potrzeby Sił Pokojowych, i już prosta droga, z której zjeżdżamy dopiero we wsi Kranów. Tam właśnie, na brzegu sosnowego lasu, znajduje się ten raj, czyli gospodarstwo agroturystyczne pani Anny Struszyńskiej.

Bayker   Wszystko zaczęło się od dwóch koni, Ballady i Baykera, dla których pani Anna wraz z córką Igą, instruktorką jazdy konnej, porzuciły miasto i osiadły w małym domku pod lasem. Z zamiarem oderwania się od zgiełku, nadmiaru obowiązków i ludzi, rzecz jasna. I na początku nawet się to udawało. Najpierw przyjeżdżali tylko znajomi, by pojeździć konno, porozkoszować się balsamicznym powietrzem i posiedzieć przy ognisku. Potem – znajomi znajomych i tak zaczęła się prawdziwa agroturystyka. Przybywało także zwierząt, aż powstało mini ZOO, decydujące o niezwykłej atmosferze tego miejsca. Na pierwszy rzut oka widać, że są to najłagodniejsze, najbardziej przyjaźnie nastawione i najszczęśliwsze zwierzęta, za wprawdzie symbolicznym, ale jednak ogrodzeniem. Pewnie dlatego, że wszystkie są jednakowo kochane, otoczone troską i tak samo ważne; od największych koni, do najmniejszych kurek egzotycznych. Jak w wielkiej rodzinie. To się czuje od razu i pewnie dlatego tak wielu ludzi tam ciągnie. Bo tam, gdzie są szczęśliwe zwierzęta, tam też i my...

   Pierwsze witają nas psy: czarny, jak smoła Cygan, znaleziony na drodze pod Kielcami i piękna, złotowłosa Goldie, rasowa psia panienka po przejściach. Za nimi, już całkiem śmiało, przybiega staruszek Mimi, chociaż jeszcze niedawno leżał pod drzewem w lesie, skazany przez poprzedniego właściciela-barbarzyńcę na śmierć głodową, ale już został odchuchany i nie widać po nim żadnej traumy. W Anatolce szybko dochodzi się do siebie i zapomina o wszystkich złych przeżyciach.

kucyk Toffi   lamy
Kucyk Toffi i lamy, Jaś i Małgosia

  A więc, pierwsze witają nas psy. Każdego tak samo radośnie, bez szczekania, za to z ogromną ciekawością, która cechuje wszystkie udomowione zwierzęta: co mamy w torbach, lub w kieszeniach i czy aby nie są puste. Nie ukrywam, że naszą przyjaźń z lamami: Jasiem (to ten rudy i kudłaty) i białą Małgosią oraz z osłami: Malwiną, Luisem i ich córką, a moją ulubienicą – malutką Pobudką, wydatnie wzmacnia surowa marchew, a z końmi: Balladą i Baykerem oraz z kucykami szetlandzkimi: Lolkiem, Mary i ich dziećmi – rocznym Lampim i kilkumiesięcznym Toffi – suszony chleb. Kozy: Balbina, Brydzia i Koziołek lubią zieleninę, a świnki: Jacek i Agatka wszystko. Jedynie koty nie oczekują żadnego gościńca, bo wskakują na kolana i mruczą kiedy same chcą, a chcą często, zwykle wystarczy na chwilę usiąść. Przoduje w tym czarno-biały Boruta, ale i pozostałe garną się do ludzi: prześliczna, półperska Mamuśka, urocza Brzeszczotka z białymi wąsami na czarnym pyszczku, i dwa buraski: Piszczyk i Skrzypek. W tym całym towarzystwie, najmniej zainteresowania ludźmi wydaje się wykazywać dumny kogut Kuba w pierzastych kapciach, ale trudno mu się dziwić, ma przecież do pilnowania spore stadko przystojnych i ruchliwych kurek.

osioł Luis   W Anatolce pięknie jest o każdej porze roku i każda z nich oferuje atrakcje: wiosną, latem i jesienią – przejażdżki konno i bryczką, ogniska, jagody i grzyby w lesie, wszystkie zwierzęta na wybiegu, a zimą: kuligi, ciepłe miejsce przy kominku, pachnąca sianem stajnia, cichy las dookoła... No i przez cały rok - pyszne pierogi pani Anny w razie głodu i nocleg w razie potrzeby. Z niezawodnym budzikiem w postaci piania Kuby i ryku Luisa wraz ze wschodem słońca.

   Ale najpiękniej jest wtedy, gdy na świat przychodzą małe zwierzęta. A ile radości i wzruszeń! Tak, jak w czerwcu, gdy urodził się kucyk Toffi, prześliczne, brązowo-białe maleństwo, o chrapkach delikatnych, jak najdelikatniejszy aksamit, a potem, w sierpniu - długo oczekiwana Pobudka. Długo, bo grubo po spodziewanym terminie i po kilku fałszywych alarmach stawiających wszystkich na nogi, po których zaczęto żartobliwie się zastanawiać, czy aby oślica Malwina nie przyzwyczaiła do błogosławionego stanu tak, że już w nim pozostanie na zawsze. Ciąża u osłów trwa 12 miesięcy, więc miała prawo... W końcu, pewnego poranka urodziła maleńką ośliczkę, którą ze względu na porę dnia od razu nazwano Pobudką. Drugie imię – Asia, otrzymała od Towarzystwa Wszystko Chmielewskie, które po wizycie w Anatolce, wprost oszalało na jej punkcie. Bo też nikt wcześniej nie miał okazji się przekonać, jak zachwycającym i uroczym stworzeniem jest mały osiołek i mało kto potrafił sobie wyobrazić miękkości puszystego bereciku między wielkimi uszami. Trzeba własnoręcznie pogłaskać, by uwierzyć. A odpowiedni dokument wręczony po fakcie, czyli Certyfikat Myziania Pobudki, ma na celu przypominać te niezwykle miłe doznania. Na przykład w trudniejszych chwilach życia.

Malwina z Pobudką
Malwina z małą Pobudką

   W ten właśnie sposób przestaliśmy się włóczyć po lasach, bowiem wreszcie znaleźliśmy swój ulubiony kawałek świata. Anatolka stała się najczęściej przez nas odwiedzanym miejscem, do którego wciąż nas ciągnie z jednakowym zapałem. Wiemy, że zawsze tam na nas czekają las, ukochane zwierzęta i ludzie. Dobrzy, sympatyczni, wrażliwi. I bardzo pracowici, skoro chciało im się stworzyć tak niezwykłe miejsce dla mieszczuchów – małą namiastkę prawdziwego raju...


Zdjęcia z archiwum autory

Anatolka w sieci


{jos_sb_discuss:19}

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl