Magiczna podróż, część druga


Wulkaniczna
,
w której przemierzamy najpiękniejszy jednodniowy szlak w Nowej Zelandii, a zachwytom nie ma końca.


   Kiedy spoglądam w górę, odnoszę wrażenie, że szczyt tuż tuż. Niestety, to tylko złudzenie jakie daje bardzo strome zbocze. Za domniemanym szczytem jest następny, potem kolejny i jeszcze jeden. Ręce słabną, nogi odmawiają posłuszeństwa, lecz nie wypada wymięknąć, gdy jest się bacznie obserwowanym przez kilkanaście par oczu. To, że te oczy są zapewne tak samo przysłonięte mgłą z wysiłku, jak i moje, jest mało pocieszające. Nikt już nie ma siły zachwycać się krajobrazem.


    Z Rotorua wyjeżdżamy z dobrą wróżbą. Przed tutejszym muzeum zakwitła pōhutukawa, nowozelandzkie drzewo bożonarodzeniowe i to sporo przed świętami, co, jak twierdzi przewodniczka z tegoż muzeum, zwiastuje pogodne i ciepłe lato. Cieszymy się bardzo, bo zimna mamy już serdecznie dość. Może jednak zrobimy użytek z namiotu i reszty biwakowego sprzętu, który do tej pory większość czasu spędził w luku bagażowym? Dziś bierzemy kurs na Taupo, skąd planujemy na jeden dzień wyprawić się do Narodowego Parku Tongariro, miejsca, które ma być kulminacyjnym punktem naszej podróży po Północnej Wyspie.

   Na pożegnanie z Rotorua zajeżdżamy jeszcze do rezerwatu Wai-O-Tapu i  odwiedzamy Lady Knox – gejzer, który spektakularnie wybucha po wsypaniu do niego... proszku do prania. Kto ma dość bulgoczących błot i siarkowych oparów, może w tym czasie zjeść śniadanie. Dziś naszym kierowcą jest Shawn, który bardzo stara się nas rozruszać i wprawić w dobry nastrój. W czasie postojów gramy w rugby, kilku śmiałków próbuje skoków z dziesięciometrowego pala, akrobacji na trapezie i bujania się na gigantycznej huśtawce. Może to ci, którzy przegapili zorbing w Rotorua? Nowa Zelandia to idealne miejsce dla uzależnionych od dużych dawek adrenaliny.

gejzer Lady Knox
(kliknij, aby powiększyć)

   Po przyjeździe do Taupo meldujemy się w YHA Action Downunder i od razu rezerwujemy miejsca w jutrzejszym autobusie do Tongariro. Nie ma co zwlekać, na następny dzień zapowiadają piękną pogodę, a kto wie, jak długo ona potrwa. Zapisujemy się na kurs o 6:20, za szaleńczy uznając pomysł wyruszenia o piątej rano. Wystarczy, że do przejścia będziemy mieć 17 kilometrów nienajłatwiejszej podobno trasy. Recepcjonista w YHA przypomina nam o odpowiednim ubraniu, zabraniu dużej ilości wody i pożywnego prowiantu. I o zrobieniu kanapek wieczorem, bo z rana kuchnia będzie zamknięta.

   Następnego dnia opuszczamy schronisko o 6:15, głośno szczękając z zimna zębami. Autobus Tongariro Expedition już stoi i natychmiast zostajemy wpuszczeni do środka, gdzie cierpliwie czekamy na resztę z zapisanych na dziś ponad trzydziestu miłośników górskich wędrówek. Josh, kierowca, daje nam do wypełnienia formularz – mamy wpisać swoje dane, by po zakończeniu wyprawy można było sprawdzić, czy ktoś nie zaginął. Górom należy się respekt, szczególnie jeśli wśród szczytów znajduje się kilka teoretycznie ciągle aktywnych wulkanów. Każdy z nas dostaje kartkę ze szczegółowym opisem trasy, folder z mapą i listą rzeczy, które powinniśmy mieć przy sobie. Zapominalscy mogą wypożyczyć u kierowcy niezbędny osprzęt z butami włącznie. Wszystko po 5 nowozelandzkich dolarów za sztukę. Za tyle samo można zakupić butelkę wody, czekoladę albo małą tubkę kremu z filtrem. O, to ostatnie przyda się zdecydowanie – poranek jest zimny, ale słoneczny. Pogody może nam pozazdrościć każdy, kto kiedykolwiek wybrał się na przejście Tongariro.

   Do Parku jedziemy prawie dwie godziny. W tym czasie Josh stara się rozgrzać nas i atmosferę, a to dowcipkując, a to opowiadając ciekawe historie o wędrówkach po Tongariro, które sam przemierzył wzdłuż i wszerz podobno kilkanaście razy. Jego wysiłki idą na marne, o tak wczesnej porze większość przyszłych zdobywców wulkanicznych szczytów jeszcze drzemie. Budzimy się, gdy Josh zarządza otwarcie wszystkich okien w autobusie, jakieś dziesięć minut przed dotarciem na parking Mangatepopo. Szyby w autobusie są całkowicie zaparowane, przyda nam się łyknięcie odrobiny tlenu i zahartowanie organizmu przed opuszczeniem ciepłego schronienia.
   Przed wyruszeniem na szlak dostajemy jeszcze parę rad i wskazówek, m. in. zakaz wyrzucania nawet ogryzków od jabłek. W surowym mikroklimacie nie mają szans się rozłożyć i będą straszyć następnych turystów przez długie lata.

początek trasy

   Początek trasy jest całkiem przyjemny. Idziemy szeroką doliną, porośniętą puchatymi kępami żółtawych traw, po prawie płaskim terenie. Część ścieżki została nawet wyłożona drewnianymi deskami i aż nie chce się wierzyć, że jesteśmy na jednym z trudniejszych szlaków w Nowej Zelandii. Możemy sobie pozwolić na całkiem dziarski krok i przyzwoite tempo. Pierwszy odcinek trasy pokonujemy w niecałą godzinę, szybciej niż zakłada to rozpiska w przewodniku. Przystajemy tylko by napawać się niesamowitymi widokami i robić zdjęcia. Dużo zdjęć. Niebo jest tak błękitne, że oczy bolą, a powietrze krystalicznie czyste.

Diabelskie Schody

   Po pierwszej godzinie marszu zaczynają się schody. I to dosłownie. Pierwsze strome podejście na szlaku nosi nazwę Devil's Staircase – zapewniam, że w pełni na nią zasługuje. Nasza grupa, która rozproszyła się zaraz po opuszczeniu autobusu, ponownie zagęszcza się na diabelskim urwisku. Przydają się rękawiczki – czasem trzeba się podciągnąć na rękach, przytrzymać ostrych skał, a raczej olbrzymich, podobnych do koksu  brył, wypluwanych niegdyś przez wulkan Ngauruhoe. Mało komu starcza sił na pogawędki, słychać sapanie, rzężące płuca, czasem ktoś jęknie z wysiłku, ale wszyscy, wytrwale choć powoli, wchodzimy wyżej i wyżej. Tylko przystanki są coraz częstsze – dobrym pretekstem do zatrzymania się jest konieczność zaspokajania pragnienia.
   Przystajemy więc, przy okazji pociągając kilka łyków z butelki, pogryzając energetyczne batoniki i zastanawiając się, gdzie koniec tej męczarni?! Kiedy spoglądam w górę, odnoszę wrażenie, że szczyt tuż tuż. Niestety, to tylko złudzenie jakie daje bardzo strome zbocze. Za domniemanym szczytem jest następny, potem kolejny i jeszcze jeden. Ręce słabną, nogi odmawiają posłuszeństwa lecz nie wypada wymięknąć, gdy jest się bacznie obserwowanym przez kilkanaście par oczu. To, że te oczy są zapewne tak samo przysłonięte mgłą z wysiłku, jak i moje, jest mało pocieszające. Nikt już nie ma siły zachwycać się krajobrazem. Pstrykamy tylko fotki, mając nadzieję, że wyjdą ostre pomimo drżących rąk.

Krater Południowy

   W końcu nasz wysiłek zostaje nagrodzony – docieramy do szczytu Schodów, a przed nami rozpościera się olbrzymi Krater Południowy. Jak przyjemnie jest popatrzeć na kawałek płaskiego terenu! A z jaką dumą spogląda się na już pokonany odcinek! Ściana, na którą się wspięliśmy jest tak stroma, że w ogóle nie widać jej podnóża, dostrzec można za to kolejnych nieszczęśników, maleńkich jak mrówki, zmierzających w jej stronę wąską ścieżynką. A w dali góry, pola i niebo. I, zaraz, zaraz, morze? Może...

wulkan Ngauruhoe

   Chwila na złapanie oddechu, rozluźnienie mięśni i można ruszać w dalszą drogę. Przed nami nie tylko przyjemnie płaskie dno krateru, ale i początek bocznego szlaku, wiodącego na Mt Ngauruhoe. Skorzystać? Ech, niestety, jedno zerknięcie do mini-przewodnika, który dostaliśmy w autobusie sprowadza mnie na ziemię. Ten szlak polecany jest tylko dla tych, którzy Schody Diabła pokonali w trzech podskokach i do tego pogwizdując wesoło. Ja na ich przejście potrzebowałam półtorej godziny, zamiast zakładanych 45 minut. Majestatyczny wulkan, ubrany dziś w wianek puszystych białych obłoków, pozostanie nam podziwiać z perspektywy żabiej. Przynajmniej tym razem.

brzegiem Czerwonego Krateru

   Południowy Krater przemierzamy w spokojnym, równym tempie. Już wiemy, że nie warto niepotrzebnie tracić sił, trzeba nieco energii zachować na następną wspinaczkę. Rozkoszujemy się niespiesznym marszem, praktycznie w samotności – odległości między poszczególnymi wędrowcami znacznie się wydłużyły. Dochodzimy do kolejnej ściany. Podejście na brzeg Czerwonego Krateru nie jest łatwe, ale trwa krócej i nie jest tak męczące jak poprzednie. Już po 40 minutach znajdujemy się na krawędzi wulkanu, którego wnętrze ma rzeczywiście czerwonawy odcień. Kusi ciekawość, by zajrzeć jak najdalej w głąb, ale pomni przestróg trzymamy się wyznaczonej ścieżki – ten, kto wpadnie do krateru, raczej nie ma szans na samodzielne wyjście. Podobno czasem, z powodu wiatru wiejącego z prędkością ponad 60 kilometrów na godzinę, ten kawałek szlaku trzeba pokonywać na czworaka. Nam na szczęście aura sprzyja. Co prawda czapka na głowie i szczelnie zaciśnięty kaptur są koniecznością, ale do padnięcia na kolana jeszcze daleko. Idziemy dumnie wyprostowani. Przed nami jeszcze jakieś pół godziny wędrówki w górę po krawędzi krateru i będzie można zrobić przerwę obiadową.

   Na szczycie – 1886 metrów n.p.m., ponad 700 metrów wyżej w stosunku do punktu wyjściowego –  jest w miarę płasko, kamienisto i bardzo wietrznie. Można by się całkiem wygodnie usadowić i zająć konsumpcją oraz podziwianiem widoków po horyzont, gdyby nie wiatr wciskający się jakoś nawet pod szczelnie zapiętą kurtkę. W utrzymaniu właściwej temperatury ciała nie pomaga nawet ciepły miejscami grunt – wulkan jest jak najbardziej aktywny! Zjadamy kanapki i tak szybko jak się da ruszamy w dalszą drogę. To koniec trudnej wspinaczki, od tej pory będziemy już schodzić w dół. Możemy jeszcze, co prawda, poświęcić półtorej godziny i zaryzykować wejście na górę Tongariro, ale bardziej nęcą nas pobłyskujące w dole Szmaragdowe Jeziora.

Emerald Lakes - Szmaragdowe Jeziora

   To, że nie musimy już wchodzić pod górę nie znaczy, że od tej pory będzie już lekko, łatwo i przyjemnie. Co to, to nie! Zejście do Szmaragdowych Jezior jest nie tylko ostre, ale i mało stabilne. Spod nóg uciekają drobne kamyki, a na luźnym gruncie bardzo łatwo stracić równowagę. Do tego wiatr przybiera na sile i nie ma jak się osłonić przed zawiewającymi z coraz to innej strony tumanami drobnego piasku.
   Wszystkie te niedogodności wynagradza nam widok przepięknych niebieskozielonych jeziorek, lśniących niczym osadzone w górskim zboczu klejnoty. Jednak im do nich bliżej, tym jaśniejszym się staje, że i po tej stronie góry diabeł maczał swe palce – jeziora niesamowicie śmierdzą siarką. Za nimi czeka na nas jednak nagrzana słońcem równina i kilka przyjemnych miejsc na odpoczynek. Siadamy na ciepłym piasku, opierając się plecami o wielki głaz i dajemy odpocząć nadwyrężonym ostrym zejściem mięśniom. Pora też na ponowną aplikację filtrów – znajdujemy się na sporej wysokości, niedawno minęło południe i słońce przygrzewa z pełną mocą.

   Z nieco podreperowanymi siłami ruszamy w dalszą drogę przez Krater Centralny w kierunku jeziora Błękitnego. Nie dorównuje ono urodą swym szmaragdowym sąsiadom, jest za to dużo większe. Idziemy dalej w dół Doliną Rotopaunga, gdzie wulkaniczny krajobraz zaczyna ustępować miejsca alpejskiemu. Pojawiają się pierwsze delikatne kwiatki, karłowate drzewka i trawy. Tu i ówdzie leży śnieg, co grupa małolatów wykorzystuje do bitwy na śniegowe kule. Przy okazji nie mogę nie zauważyć, że bardzo popularnym męskim strojem na szlaku są w tym roku krótkie spodenki założone na wszelkiej maści kalesony. Widok jest uroczy, szczególnie pomnożony przez kilkanaście par chudych nastoletnich kończyn dolnych.

   Po dwóch godzinach schodzenia zygzakiem docieramy do Ketetahi Hut, otoczonej morzem wysokich traw, niczym mały domek na prerii. W drewnianej chatce w razie potrzeby można przenocować i ugotować sobie coś do jedzenia. My potrzebujemy tylko chwili odpoczynku, niewielkiej przegryzki i czegoś do picia. Po pół godzinie doganiają nas hałaśliwi małoletni w kalesonach, więc postanawiamy się zbierać. Do końca szlaku już tylko dwie godziny marszu, ale sił coraz mniej i mięśnie jakby z waty. Lepiej nie ryzykować, że ucieknie nam ostatni autobus.

ścieżka wiodąca z chatki Ketetahi

   Zanurzamy się w żółtą trawę, przeskakujemy po kamieniach nad gorącym, woniejącym siarką strumieniem. Dotkliwie czuję przebyte kilometry. Boli mnie naciągnięte ścięgno i stłuczona kostka w lewej nodze. Nawet puste butelki po wodzie zdają się ciążyć w plecaku.
   Najpierw cieszymy się, że zrobiło się cieplej i można zdjąć kurtki, a wełnianą czapkę zastąpić kapeluszem. Ale już po kilkunastu minutach robi się gorąco. Ulgę odczuwamy dopiero po wejściu do lasu, przez który biegnie ostatni odcinek siedemnastokilometrowego szlaku. Idziemy powoli, ostrożnie stawiając kroki po wilgotnej ścieżce. Uważnie patrzymy pod nogi, starając się nie potknąć o wystające korzenie. Wysokie drzewa dają przyjemnie chłodny cień, szumią paprocie, ćwierkają ptaki, brzęczą owady. Aż trudno uwierzyć, że kilkaset metrów wyżej zimny wiatr hula po wulkanicznej pustyni.

   Na parking docieramy jakieś półtorej godziny przed planowanym odjazdem autobusu. Nie jest źle, czasu spokojnie starczyłoby na wejście na Mt Ngauruhoe albo Tongariro. Dobrze jednak, że się na to nie porwaliśmy, bo sił mamy tylko tyle, by doczłapać do Josha, zameldować, że ukończyliśmy szlak i lec na trawie. Z drzemki wybudza nas dopiero głośny klakson, ogłaszający gotowość do odjazdu. W drodze powrotnej atmosfera w autobusie jest zupełnie inna od porannej. Zmęczeni, ale szczęśliwi wędrowcy głośno wymieniają wrażenia, porównują zdjęcia, a wszystkich rozpiera duma z powodu dokonania takiego wyczynu!

   Następny dzień przeznaczamy na relaks. W celu rozruszania zesztywniałych mięśni udajemy się jedynie na krótki, dwugodzinny spacer (cóż to jest w porównaniu z wczorajszą wyprawą) trasą wzdłuż rzeki Waikato, prowadzącą do wodospadu Hukka. Nacieszywszy oczy niezwykłym błękitem, prawie głusi od huku przelewającej się z ogromnym impetem wody, idziemy przyjrzeć się śmiałkom skaczącym na bungy z platformy wybudowanej nad jeziorem Taupo. Jutro obierzemy kurs na Wellington, a potem – witaj Południowa Wyspo!

wodospad Hukka

cdn

Zdjęcia autory

Zajrzyj do części pierwszej magicznej podróży, zobacz jak się podróżuje autostopem po Nowej Zelandii oraz jak się tam mieszka.

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl