Czysta żywa Nowa Zelandia

paproć - symbol Nowej Zelandii
Część trzecia,
w której płyniemy na Południową Wyspę i chudniemy w oczach, dziarsko maszerując Szlakiem Królowej Charlotty.  


   Góry na Szlaku Królowej Charlotte nie imponują wielkością, najwyższe wzniesienie ma zaledwie 407 m n.p.m., ale ze względu na długość – 71 kilometrów – szlak ten stanowi nie lada wyzwanie. Na szczęście można go sobie podzielić na odcinki dostosowane do własnych możliwości.


   Taupo opuszczamy w strugach deszczu i taka pogoda towarzyszy nam przez całą drogę do Wellington. Można się zdrzemnąć bez wyrzutów sumienia – największa z atrakcji zaplanowanych na tym odcinku magicznej podróży to przerwa na kawę. Chyba że uwzględnimy prowadzącą dziś nasz pojazd Lisę, która potwierdza pogłoski o Nowozelandkach-chłopczycach, lekką ręką wrzucając do bagażnika kilkanaście wypchanych plecaków i jedną monstrualną walizkę.
Sweet ass! – woła do właścicielki walizy, eterycznej, długowłosej blondynki – Przeprowadzasz się do nas na stałe?!

   Do Wellington docieramy późnym popołudniem i na zwiedzanie jest już za późno, ale restauracje, kawiarnie i bary są jeszcze otwarte. W końcu jesteśmy w stolicy. Następnego dnia odwiedzamy Parlament, ogród botaniczny i Te Papa – muzeum narodowe. Na zwiedzanie tego muzeum można spokojnie przeznaczyć cały dzień. To fantastyczne miejsce, pełne ciekawych ekspozycji ilustrujących historię Nowej Zelandii od czasów prehistorycznych, poprzez przybycie Maorysów aż po współczesne dzieje białych imigrantów. A najbardziej interesujący jest fakt, że wstęp to tego niezwykłego muzeum jest wolny.

Wellington  Ship Cove - przystań
kliknij, aby powiększyć

  W wietrznym Wellington nie zabawiamy długo. Spieszno nam się na Południową Wyspę. Posmakowawszy pieszej wędrówki na przejściu Tongariro postanawiamy przemierzyć jeszcze jeden z nowozelandzkich szlaków. W północnej części Wyspy Południowej do wyboru mamy dwie trasy – Park Abla Tasmana i Szlak Królowej Charlotty. Na Park Abla Tasmana ostrzyliśmy sobie zęby od dawna. Na miejscu okazuje się, że w sezonie, z powodu dużej ilości chętnych, trzeba rezerwować wejściówki. Nie jest to duży problem, bilety wykupić można w dowolnym w punkcie informacji turystycznej (i-SITE), ale wizja hord turystów zadeptujących ścieżki tegoż parku skutecznie nas odstrasza. Wybieramy więc drugą opcję – nie tak popularny, a podobno wcale nie mniej urokliwy Szlak Królowej Charlotty.

   Natychmiast po przybyciu do Picton, w tamtejszym  i-SITE kupujemy bilety na statek, który dowiezie nas do Ship Cove, gdzie szlak ma swój początek. Uzupełniamy też ekwipunek, szczególną uwagę poświęcając produktom spożywczym. Możemy sobie pofolgować, gdyż nasz główny bagaż przewożony będzie łodzią. Nabywamy więc zapas wody, konserw, pieczywa i słodyczy, który wystarczyć ma na najbliższe 4 dni, i ruszamy w drogę.  

   Do Ship Cove płyniemy w towarzystwie niewielkiej grupy turystów, kilkudziesięciu kur i paru skrzynek z warzywami. Półwysep jest tak długi i kręty, że taniej i szybciej jest przesłać wiktuały łodzią, niż przewozić biegnącą wzdłuż brzegu drogą. My pokonamy przybliżony dystans maszerując po górskich grzbietach, przy okazji oglądając od strony lądu te same zatoczki i wysepki, które podziwialiśmy płynąc tu promem z Wellington.

   Góry na Szlaku Królowej Charlotte nie imponują wielkością, najwyższe wzniesienie ma zaledwie 407 m n.p.m., ale ze względu na długość – 71 kilometrów – szlak ten stanowi nie lada wyzwanie. Na szczęście można go sobie podzielić na odcinki dostosowane do własnych możliwości. Pierwszego dnia odważnie przemierzamy całkiem spory kawałek drogi – prawie 17 kilometrów od przystani w Ship Cove do Miners Camp. Po drodze zaliczamy kilka ostrych podejść, ale piękne widoki z nawiązką rekompensują zmęczenie. Wreszcie napotykamy też jednego z endemicznych mieszkańców Nowej Zelandii – już na pierwszym postoju podchodzi do nas weka, nieduży nielot wyglądający jak skrzyżowanie kiwi z kurą, i bezczelnie dopomina się o jedzenie! Po kilku następnych postojach będziemy wiedzieć, że ptaki te przybiegają natychmiast, gdy tylko usłyszą odgłosy odpakowywanego prowiantu. Bywają natrętne, ale ignorowane wracają do lasu szukać pożywienia na własną rękę, czy też raczej dziób.

początek szlaku  weka

   Na pierwszy nocleg upatrzyliśmy sobie Miners Camp, prywatny kemping. Po drodze mijamy kilka resortów, ale przecież nie po to ciągniemy ze sobą namiot, żeby się wylegiwać w mięciutkim łóżku. Choć przyznam, że domki w Resolution Bay wyglądały zachęcająco. Kiedyś mieściła się tu szkoła, do której dzieci z okolicznych farm dojeżdżały na kucykach. Jeszcze ładniejszy jest pensjonat Furneaux Lodge, wybudowany w 1904 roku przez Patricka Howdena, którego syn pół wieku później przekazał dom i większość rodzinnej posiadłości rządowi.

   Noclegi pod dachem mają tu jedną wadę – są bardzo drogie. Natomiast rozbicie namiotu kosztuje grosze, przynajmniej jak na warunki nowozelandzkie. Tajemniczy prywatny kemping, który okazuje się być po prostu sadem z postawioną na uboczu wygódką, wynosi nas 10 dolarów od osoby. W koszt wliczone są też dojrzewające akurat cytryny i grapefruity. Grapefruitów, niestety, nie lubię, ale sok z cytryny znakomicie komponuje się z tuńczykiem z puszki. Po kolacji błyskawicznie zasypiamy, pilnowani przez stadko owiec.

na straży  przydrożny sklepik

   Rankiem szybko zwijamy namiot i pakujemy duży plecak, który przed dziewiątą musimy odstawić na pobliską przystań. Zostanie z niej odebrany i przewieziony do miejsca naszego następnego noclegu. Śniadanie – tym razem pajda chleba i suszone kiełbaski o swojsko brzmiącej nazwie Cabanossy Sticks – jemy już bez pośpiechu. Przejście zaplanowanego na dziś odcinka nie powinno nam zająć więcej niż 4 godziny. Przed wyruszeniem w drogę robimy zakupy w przydrożnym sklepiku, stosującym system honorowy: właściciel wystawia towar, ufając, że klient wrzuci należność do puszki. Dzisiejsza marszruta jest łatwa i przyjemna, z wyjątkiem ostatniego fragmentu nie ma na niej ostrych podejść. Możemy delektować się świeżym powietrzem, ptasimi trelami i widokami, które nie zmieniły się wiele od czasów, gdy 200 lat temu zarzucał tu kotwicę kapitan Cook. Założę się, że niektóre z rosnących tu drzew dobrze go pamiętają. Dzięki rozmieszczonym wzdłuż szlaku tablicom informacyjnym łączymy przyjemne z pożytecznym i zapoznajemy się z egzotycznymi dla nas okazami fauny i flory. To stąd wiemy, że wczorajszy natręt to weka i potrafimy odróżnić drzewo kamahi od rimu.

   Do Camp Bay, kempingu zarządzanego przez DOC (Department of Conservation) docieramy wczesnym popołudniem, jako pierwsi, więc korzystając z wolności wyboru namiot rozstawiamy w zacisznym kącie na tyłach kempingu. Należność za nocleg – 6 dolarów od osoby – wrzucamy do przeznaczonej do tego drewnianej skrzynki. Ta skromna kwota pokrywa koszty utrzymania kempingu i dwóch znajdujących się na nim toalet (spuszczana woda i papier toaletowy w środku buszu!).

   Pod wieczór pole namiotowe zapełnia się do ostatniego miejsca. Spać kładziemy się wcześnie, chcemy zebrać siły przed trzecim, najtrudniejszym dniem marszu. Poza tym musimy się schować przed chmarami muszek piaskowych (sandflies), krwiożerczych małych potworów, których bolesne ugryzienia będą się jątrzyć i swędzieć przez następne dwa tygodnie. Pięć minut po zamknięciu wejścia do namiotu i tak zaczyna padać.

   Rano budzą nas przeraźliwe wrzaski odważniaków, którzy zdecydowali się na kąpiel w morzu. Woda jest lodowata, ale tylko w ten sposób można tu zmyć z siebie brud i pot wyciśnięty na szlaku. Co zrobić, gdy woda o temperaturze, w najlepszym wypadku, kilkunastu stopni nie budzi jednak entuzjazmu? W tym wypadku przydają się pielęgnacyjne chusteczki dla niemowląt. W najbardziej komfortowej sytuacji znajdują się ci, którzy wybrali wygodny pokój hotelowy – w resorcie można nawet skorzystać z pralki. Zwijamy namiot, jeszcze mokry po nocnej ulewie. Śniadanie pochłaniamy bez entuzjazmu – puszki i suchy chleb trzeci dzień z rzędu nie pobudzają apetytu – i ruszamy w drogę. Przed nami 23 kilometry marszu i wspinaczka na najwyższe wzniesienie na szlaku.

w drodze do Portage Bay  most na szlaku

   Przez pierwsze dwie godziny droga prowadzi cały czas pod górę, ale porządnie wyspani i najedzeni, pokonujemy ten odcinek bez trudu. Dalsza część szlaku mogłaby być całkiem przyjemna – ścieżka biegnie raz pod górę, raz w dół, ale różnice poziomu są niewielkie, a z puntów widokowych rozpościera się panorama na całą Cieśninę Królowej Charlotty. Niestety, z każdym przebytym kilometrem przyjemna na początku wędrówka zaczyna coraz bardziej przypominać test na wytrzymałość. Po szóstej godzinie marszu, oczy rejestrują już tylko ścieżkę, a nogi przejmują kontrolę nad resztą ciała. Choć każde stąpnięcie sprawia ból, liczy się fakt, że każdy krok przybliża nas do końca. Naszym celem nie jest już kolejny szczyt czy punkt widokowy, zależy nam tylko na ukończeniu trasy. Ostatni odcinek biegnie wąską dróżka w dół po skalistym zboczu. Trzeba na niej bardzo uważać na kamienie, które spadły tu z lawiną.

   Wreszcie wracamy do cywilizacji. Do Portage Bay, gdzie w miejscowym sklepie czekać ma nasz plecak, prowadzi prostopadła do szlaku, asfaltowa droga. Plecak stoi oparty o schody prowadzące do drewnianego budynku, który pełni jednocześnie funkcję sklepu, restauracji i recepcji hotelowej. A w środku – w środku za ladą stoi Anioł, żywa kopia Ruth-Anne z Przystanku Alaska. Powinniśmy zabrać plecak i pomaszerować jeszcze pół kilometra do następnego kempingu DOC, ale wyczerpani pytamy, czy w hotelu przypadkiem nie ma wolnych pokoi. Hotel jest pełen – mówi Anioł – ale ona może nam dać klucze do nowiutkiego domku z kuchnią i łazienką. Właśnie skończyli kłaść wykładzinę. Domek jest blisko, kawałeczek w górę drogą za sklepem, ale jeśli poczekamy 10 minut, to nas podrzuci, bo kończy już pracę. Zapłacimy jutro.

   Łazienka? Ciepła woda? Kuchnia? Teraz jesteśmy już pewni, że trafiliśmy do nieba. Z półki sklepowej zdejmujemy pierwszy lepszy makaron z sosem – będzie ciepła kolacja. Herbata i cukier są w domku, dokupujemy tylko cytrynę. Godzinę później, wykąpani i najedzeni, zasypiamy sprawiedliwym snem bardzo zmęczonych, ale szczęśliwych piechurów.

   Anioł nie byłby aniołem, gdyby następnego ranka nie przyjechał po nasz plecak. Starsza pani jest bardzo zdziwiona, że zamknęliśmy drzwi wejściowe na klucz. Przecież jakiś spóźniony wędrowiec mógłby trafić tu nocą i jakbyż on, biedny, dostał się do środka? Obiecujemy nigdy więcej nie popełnić takiego faux pas.

zatoczka w Cieśninie Królowej Charlotty  Portage Bay z góry

   Przed nami ostatnie dziesięć kilometrów. Szlak kończy się co prawda dopiero w Anakiwa, ale nie czujemy się na siłach, by przejść dziś kolejne 20 kilometrów. Skracamy więc dystans o połowę. Decyzja okazuje się słuszna, do Mistletoe Bay docieramy przed czasem – łódź firmy Endevour Express ma tu przypłynąć dopiero o czwartej – ale kompletnie wyczerpani. Czas oczekiwania na transport uprzyjemniamy sobie dokarmiając dzikie kaczki. Najwyraźniej smakują im resztki chleba z ziarnami, nam zbrzydł on już po drugim dniu wędrówki. Nauczka na przyszłość – trzeba zabierać bardziej urozmaicony prowiant.

   Po powrocie do Picton najpierw rozkładamy namiot, by wreszcie dosuszyć go po przedwczorajszej ulewie, a następnie potwierdzamy rezerwację na słynny TransScenic. Już nie możemy się doczekać przejażdżki pociągiem i niesamowitych widoków, jakimi kuszą nas foldery.

cdn.

-------
*100% pure New Zealand – nawiązujący do hasła "100% pure new wool" (czysta żywa wełna), wielce udany, moim zdaniem, slogan promujący Nową Zelandię; na oficjalnej stronie akcji znajdziecie mnóstwo praktycznych informacji.

Zdjęcia autory

Poprzednie odcinki: Magiczna podróż, część pierwsza i druga.
Odcinek następny: Dziki Zachód


Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl