Nie ma jak w domu - Magicznej podróży cz. V


Magicznej podróży część V, ostatnia
Frankton - góry The Remarkables
w której dowiadujemy się, jak zachować się w nowozelandzkim domu, gdy nie ma w nim gospodarzy, i stwierdzamy, że tutejsze owce są nie tylko sympatyczne, ale i smaczne. Oszałamia nas wielki błękit, owiewa arktyczny sztorm, a na koniec poznajemy Elvisa.

   Naszego przyjaciela, tak jak zapowiadał, nie ma w domu. W skrzynce pocztowej znajdujemy klucze i długi list z instrukcjami. Dowiadujemy się z niego m.in., że w garażu czeka na nas auto z zatankowanym do pełna bakiem i drewno do piecyka-kozy, a czystą pościel i ręczniki znajdziemy w szafie na dole.


   Dotarcie do domu Karla zajmuje nam więcej czasu niż się spodziewaliśmy, bo choć Queenstown nie jest dużą miejscowością, my musimy udać się aż na przedmieścia, do Frankton. Po drodze dwie starsze panie, całe w kaszmirach i perłach – ubiorze nieczęsto widzianym na lubiących prostotę Nowozelandczykach – proponują nam podwiezienie autem, równie stylowym, jak one same. Jaka szkoda, że idziemy w przeciwnym kierunku!

   Naszego przyjaciela, tak jak zapowiadał, nie ma w domu. W skrzynce pocztowej znajdujemy klucze i długi list z instrukcjami. Dowiadujemy się z niego m.in., że w garażu czeka na nas auto z zatankowanym do pełna bakiem i drewno do piecyka-kozy, a czystą pościel i ręczniki znajdziemy w szafie na dole. Do wyboru mamy trzy sypialnie – właściciel poleca górną, najcieplejszą. Możemy też korzystać ze wszystkich artykułów spożywczych, jakie znajdziemy w lodówce i spiżarni, która, jak się później okazuje, jest nieźle zaopatrzona w wyśmienite wina, oczywiście lokalne. I absolutnie, pod żadnym pozorem nie wolno nam wyjechać nie wpisawszy się uprzednio do Księgi Gości.

   Księgę znajdujemy na stole w kuchni. Zapisanych ma dopiero kilka kartek. Nic dziwnego – dom jest nowiuteńki. Po kilku tygodniach pomieszkiwania w schroniskach i pod namiotem, czujemy się w nim jak w pałacu. Tyle przestrzeni na nas dwoje! Nasz wzrok natychmiast przyciągają panoramiczne okna w pokoju dziennym i niesamowity widok za nimi – łańcuch górski o nazwie w pełni oddającej jego urok: The Remarkables  i rozciągające się u jego stóp jezioro Wakatipu. Powierzchnia tego polodowcowego jeziora wznosi się i opada o kilkanaście centymetrów co pięć minut. Maoryska legenda mówi, że to bije serce potwora mieszkającego w jego głębi. Warto było wspinać się tu stromą i krętą ulicą w ten najbardziej upalny ze wszystkich spędzonych przez nas w Nowej Zelandii dni, choćby dla samego tylko widoku. Cieszymy się jak dzieci, traktując go jako swego rodzaju zadośćuczynienie za niemożność wejścia na znajdujący się przecież całkiem niedaleko Milford Track, obwołany najpiękniejszym szlakiem na świecie. Taki tytuł przyciąga rzesze chętnych, ale na szlak wpuszczanych jest dziennie zaledwie kilkadziesiąt osób. Dzięki temu maszerować nim można w ciszy i spokoju, nie spotkawszy po drodze żywego ducha. Bilety rezerwować trzeba jednak z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Na kilka tygodni przed dostępne są już tylko bardzo drogie (ok. 1500 NZ$) bilety na zorganizowane wycieczki z przewodnikiem. Żałujemy straconej okazji, ale może uda się nam następnym razem.

Frankton-panorama jeziora Wakatipu
(kliknij, aby powiększyć)

   Następnego dnia wyprawiamy się po świąteczne zakupy – zapasy z lodówki trzeba uzupełnić o kilka świeżych produktów.
   "Pomidory dojrzewające w nowozelandzkim słońcu są smaczniejsze od importowanych" – głosi napis nad stoiskiem z jędrnymi czerwonymi kulkami. Reklama nie kłamie, te pomidory można zjadać kilogramami i nie mieć dosyć. Nowa Zelandia słynie z wysokiej jakości produktów rolniczych, czyżby dlatego, że sektor ten nie jest dotowany? Mamy już w koszyku kilka butelek wina z pobliskich winnic, lokalne pomidory zachęciły nas do kupna wyglądem i aromatem, postanawiamy więc pójść za ciosem i na jutrzejszego grilla kupić soczyste kotleciki jagnięce. Okazuje się, że z tym menu doskonale wkomponowaliśmy się w nowozelandzki świąteczny krajobraz. Nasi sąsiedzi – czwórka dwudziestokilkulatków i jedno niemowlę – już zapamiętale grillują na tarasie.
Merry Christmas! – wznoszą toast w naszym kierunku.
Merry Christmas! – odpowiadamy popijając wyśmienite Pinot Noir. Podobają nam się te ciepłe, słoneczne Święta w szortach i krótkim rękawku.

   Tydzień świąteczno-noworoczny upływa nam bardzo przyjemnie – na wędrówkach po okolicznych szlakach, przechadzkach nad jeziorem, wieczorach przy rozpalonej kozie i testowaniu menu tutejszych restauracji. Jeśli kiedykolwiek traficie do Queenstown, zajrzyjcie do The Cow (przy, a jakże, Cow Lane), choćby po to, by posiedzieć przy olbrzymim kamiennym kominku w starym, pieczołowicie odrestaurowanym budynku gospodarczym – tak, tak, niegdyś trzymano w nim krowy. Nawet w południe panuje tam nastrojowy półmrok, a poza tym dają bardzo dobrze zjeść.

   Czas upływa nam przyjemnie, ale zdecydowanie za szybko. Ani się obejrzeliśmy, a tu znowu trzeba się pakować i wyruszyć w dalszą drogę. To najtrudniejsze chwile w naszej magicznej podróży. W każdym z miejsc, w którym się zatrzymywaliśmy, chcieliśmy zostać o wiele, wiele dłużej. Pozostaje nam tylko uzupełnić braki w spiżarni (bak ciągle pełen, bo samochodu nie używaliśmy), posprzątać, wyprać pościel i rozwiesić ją w garażu, skąd zostanie zebrana i włożona do szafy przez następnych gości. Hmmm, doskonały system i dla gości, i dla gospodarzy. Na do widzenia wrzucamy śmieci do specjalnych niebieskich worków i wystawiamy je przed dom.

   Przed nami jeszcze kilka dni w Nowej Zelandii.

   Po opuszczeniu Queenstown szybko zmienia się krajobraz. Magiczny autobus przejeżdża przez centralne Otago, najsuchszy i najbardziej słoneczny region w Nowej Zelandii. Zmierzamy do Dunedin – miasta założonego przez szkockich osiedleńców (Dunedin znaczy podobno "Edynburg południa"). Dziś miasto to, ciągle najbardziej szkockie ze wszystkich w tym kraju, opanowane jest przez studentów University of Otago. Nazywane też bywa stolicą piwa i czekolady. Właśnie zwiedzanie fabryki czekolady zaplanowaliśmy sobie jako atrakcję na dzisiejsze popołudnie.

   Nocujemy w DCB – Dunedin Central Backpackers – ulokowanym w samym środku miasta, przy ulicy obiegającej plac w kształcie ośmiokątu (The Octagon). Stałym rezydentem w tym przytulnym schronisku jest wielki szary kocur, Gizmo. Zwykle wyleguje się na kanapie w pokoju telewizyjnym, ale nie zdziwcie się, jeśli znajdziecie go w swoim łóżku. I znów czujemy się jak w domu – właściciel DCB zapewnia swoim gościom maksimum prywatności, nawet recepcja mieści się w sąsiednim budynku.

   Szybko zrzucamy plecaki, zmieniamy ciężkie trapery na przewiewne japonki i udajemy się do fabryki czekolady Cadbury. Nie będę ukrywać, że zwabiła nas tam m.in. możliwość przetestowania niektórych wyrobów i zakupy w sklepie fabrycznym. Wycieczka ta, smaczna i pouczająca jednocześnie, to jednak temat na oddzielną opowieść. Obładowani słodkościami, objedzeni i w doskonałych humorach postanawiamy pospacerować i pozwiedzać trochę miasto, by nabrać apetytu. Pomimo to na kolację dajemy radę zjeść tylko po talerzu nowozelandzkich małży o pięknych zielonkawych skorupkach.

   Następnego ranka, jeszcze nieco śpiący zostajemy zawiezieni na najbardziej stromą ulicę na świecie, która znajduje się nie w San Francisco, a na przedmieściach Dunedin. Autobus na pół godziny parkuje u stóp Baldwin Street, a my mamy okazję sprawdzić, czy jesteśmy choć w części tak sprawni, jak Rodrick McLay, który w latach 2000-2005 wspiął się na nią ponad 500 razy, a był już wtedy grubo po osiemdziesiątce. Uff, wszyscy przechodzimy ten test pozytywnie.

Baldwin Street Moeraki boulders

   Kolejny przystanek robimy przy plaży Koekohe. Raz-dwa zjadamy śniadanie i pędzimy nad  morze podziwiać Moeraki boulders – tkwiące w piasku kuliste głazy. Maoryska legenda mówi, że są to kosze na jedzenie, które niegdyś dopłynęły do brzegu z rozbitego statku. Naukowcy nadmieniają coś o trwającym miliony lat stopniowym narastaniu minerałów wokół wapiennego jądra. Ale czy oni mogą być pewni, co tak naprawdę działo się wieki temu? A przodkowie Maorysów widzieli to na własne oczy.

   W drodze do Tekapo przejeżdżamy przez zaporę Benmore – największą zaporę ziemną na południowej półkuli. Zatrzymujemy się też w Oamaru po wielkie zakupy – kierowca Richard i jego pomocnik Peter organizują dziś grilla dla całej grupy, z której większość podróżowała razem od początku, a w Tekapo spędzi ostatni wspólny wieczór.

jezioro Tekapo  jezioro Tekapo

   Przez całą podróż po Nowej Zelandii wiele widzieliśmy niezwykłości i nie raz, nie dwa zapierało nam dech w piersiach z wrażenia, ale stojąc nad jeziorem Tekapo po prostu nie mogliśmy uwierzyć, że to, na co patrzymy, istnieje naprawdę. Podobno wody tego jeziora zawdzięczają swój unikalny kolor minerałom ze skał położonych płytko pod powierzchnią. Ciężko jest jednak uwierzyć, że ktoś nie dolał do niego milionów litrów jasnoniebieskiej farby, chyba że owe skały są gęsto nadziane turkusami. Nad brzegiem jeziora Tekapo stoi wzniesiony w 1935 roku Kościół Dobrego Pasterza (Church of the Good Shepherd) – uroczy kamienny kościółek, który dziś jest jednym z najczęściej fotografowanych obiektów w Nowej Zelandii.

kościół Dobrego Pasterza

   W Tailor-Made Tekapo Backpackers   zastajemy szeroko otwarte drzwi i ani żywego ducha. W recepcji leży tylko odręcznie napisana karteczka, by nowoprzybyli zadzwonili pod podany numer i wcześniej, czy później ktoś się zjawi. Ponieważ telefonu jednak nikt nie odbiera, postanawiamy się rozgościć, ugotować sobie obiad i spróbować jeszcze raz nieco później. Po jakiejś godzinie, gdy najedzeni leżymy na trawie w ogrodzie, zjawia się właściciel, Michael, i przepraszając za brak właściwego powitania wyjaśnia, że on i jego towarzyszka życia mieszkają po drugiej stronie ulicy, ale choć bardzo starają się mieć na wszystko oko, będąc rodzicami trójki dzieci nie zawsze mogą być na miejscu. Z uśmiechem odpowiadamy, że już przywykliśmy do takiej formy gościny i brak gospodarzy wcale nam nie przeszkadza czuć się mile widzianym.

   Wieczorem udajemy się na pożegnalny wieczór przy grillu. Prawie jak za starych harcerskich czasów – wcinamy kiełbaski, tym razem pieczone na ruszcie, nie na kiju nad ogniskiem, i w oparach dymu snujemy opowieści o życiu i podróżach. Richard i Peter nie są może najlepszymi kucharzami, ich twarde jak podeszwa steki nie za bardzo nadają się dla najstarszego uczestnika wycieczki, siedemdziesięciolatka Olego z Danii, ale za to znakomici z nich gawędziarze. Kierowca to nie jest ich pierwszy i zapewne nie ostatni zawód. Jak większość młodych Nowozelandczyków imali się najprzeróżniejszych zajęć – od strzyżenia owiec poczynając na pomocniku kuchennym na Antarktydzie kończąc. Nic dziwnego, że ich opowieści słuchamy z przyjemnością do późnej nocy.

   Wczesnym rankiem dnia następnego rozpoczynamy ostatni etap naszej podróży. Machamy do Olego, który zaspany wychyla siwą głowę ze swojego jednoosobowego namiotu. Chętnie byśmy z nim zostali, bo wokół jeziora znajduje się wiele malowniczych tras do wędrówek, ale czas goni. Jutro wieczorem musimy być na lotnisku w Christchurch.

   Dunedin było najbardziej szkockim miastem w Nowej Zelandii, Christchurch określa się jako najbardziej angielskie. Ze wszystkich miast na ziemi, to leży najbliżej Antarktydy. To stąd na wyprawy polarne wyruszał m. in. Robert Scott. Tu znajduje się International Antarctic Centre, w którym zatrzymujemy się, by przez dwie godziny zasmakować białego szaleństwa podczas przejażdżki pojazdem Hägglund, takim samym, jakiego używa się na Antarktydzie, i sprawdzić, czy jesteśmy w stanie przeżyć arktyczny sztorm. Nieco zesztywniali od ostrych powiewów mroźnego wiatru udajemy się do części zamieszkanej przez stadko sympatycznych, mierzących zaledwie 40 cm, pingwinków małych (Little Blue Penguin) – najmniejszych ze wszystkich  pingwinów. Do Centrum trafiają tylko te ptaki, które ze względu na różne fizyczne ułomności nie miałyby szans na przeżycie w środowisku naturalnym. Tutaj złamane skrzydełka czy kulawe łapki nie przeszkadzają im w cieszeniu się życiem ani w znalezieniu partnera – pingwinki małe łączą się w stałe pary i są bardzo uczuciowe, co mieliśmy okazję zaobserwować na przykładzie ślepego na jedno oko Elvisa i jego partnerki.
– No i srają gdzie popadnie – mówi ich opiekun, ale po błysku w jego oku widać, że uwielbia swoich małych podopiecznych.

pingwinki małe /Little Blue Penguin/ tramwaj w Christchurch

   Z Antarktydą i wyprawami polarnymi stykamy się również następnego dnia w Canterbury Museum, następnym z interesujących nowozelandzkich muzeów, do których wstęp nie kosztuje ani centa, a ciekawych wiadomości można wynieść bez liku. Resztę dnia w angielskim mieście spędzamy leniwie i z flegmą – na zwiedzaniu katedry, przejażdżce historycznym tramwajem, karmieniu ptaków w ogrodzie botanicznym. Chcielibyśmy rozciągnąć czas w nieskończoność, tak niewiele go nam tu już zostało.

   Do Auckland przylatujemy wieczorem i mamy jeszcze do dyspozycji cały następny dzień, nasz powrotny samolot wylatuje bowiem na minutę przed północą. Postanawiamy odwiedzić Victoria Park Market i poszukać tam pamiątek z Nowej Zelandii, pojechać do Kelly Tarlton’s Underwater World, by spotkać się oko w oko z rekinem, płaszczką, mureną i innymi przedstawicielami morskiej fauny, a na koniec wejść na wieżę telewizyjną i ostatni raz rzucić okiem na miasto.

   Na lotnisku szukam czegoś do poczytania w podróży.
– Ładna okładka – szpakowaty sprzedawca gazet krótko komentuje wybrany przeze mnie magazyn. Grudniowy numer Vanity Fair zdobi moknący w deszczu Brad Pitt w białych bokserkach. – Taka, hm... błękitna – dodaje z szelmowskim uśmiechem.

***

    I już po wszystkim. Z niechęcią biorę się za rozpakowywanie bagażu, nie z lenistwa, ale dlatego, że puste plecaki i czyste, wyprasowane i ułożone w szafie ubrania znaczyć będą definitywny koniec naszej podróży. Zanim wyschnie pierwsza tura prania trzeba koniecznie posegregować i podpisać wszystkie zdjęcia, by za dzień, dwa wszystkie widziane po drodze jeziora, rzeki i wodospady nie zlały się w jeden wielki błękit, by góra Ngaruhoe nie znalazła się nagle w Alpach Południowych, a paproć z parku Tongariro nie wyrosła w Marlborough. Powoli wyjmuję z placaka polarową bluzę, tabliczkę czekolady Cadbury z miętowym nadzieniem, prawie nieruszoną Rozrywkę - jolki, z przewodnika wypadają bilety na kolejkę linową w Queenstown...


Zdjęcia autory

Poprzedni odcinek: Dziki Zachód


Komentarze (2)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl