Opowiem wam trochę o Birmie... (cz. 2)


Część 2W chacie - trekking w Kalaw

    Pierwszy raz byłam w tak biednym kraju. W tak biednym, że tę biedę było widać wszędzie wokół. Naprawdę nie wiem, czy umiem wam o tym opowiedzieć.
   Bo nigdy wcześniej nie widziałam ludzi mieszkających w rozpadających się chatach, ze stertami śmieci przed domami, które topiły się w kałużach.
   Bo do tej pory nie spotkałam nikogo, kto przez miesiąc zarabia tyle, ile we cztery wydawałyśmy na zwykły (i dosyć tani dla nas) obiad w restauracji.



O alkoholu słów parę…

   W zasadzie nie mam pojęcia, dlaczego swoich opisów nie zaczęłam od tego, jakże istotnego, tematu. Niektórzy podróżnicy twierdzą, że należy pić dla zdrowia – no wiecie… bo flora bakteryjna inna, żeby nie zachorować, etc. Być może niektórzy w to faktycznie wierzą, ale podejrzewam, że dla większości to zwykła wymówka, żeby pić, pić i pić.
   Nam w zasadzie od początku towarzyszył  R U M. Myanmar Rum lub Mandalay Rum. Do tego miejscowa Star Cola i pól kilo limonek, których prawie nie dało się wycisnąć, i impreza trwała do późnych godzin nocnych… czyli do jakiejś 22, kiedy to padałyśmy zmęczone. Myanmar Rum był lepszy, bo nierozwodniony, ale z drugiej strony Mandalay Rum też... był lepszy, bo można go było pić bez coli. Kiedy drugi raz trafiła nam się wersja rozwodniona, postanowiłyśmy przy kolejnych zakupach próbować na miejscu – trzeba było widzieć zdziwienie sprzedającej dziewczyny, kiedy na miejscu otworzyłyśmy butelkę i po kolei każda z czterech osób sobie pociągnęła z gwinta. Próba udała się, kupiłyśmy więc kolejną butelkę. Chociaż… gdyby się nie udała… pewnie i tak nie kłóciłybyśmy się. W końcu było to tylko 1 złoty 60 groszy za butelkę…
   Kiedyś w Mandalay weszłyśmy do baru czekając na występ Moustache Brothers. Nikt nie mówił po angielsku. Nie było tam żadnych turystów. Nie było tam też żadnych kobiet (z wyjątkiem kelnerki). Zamówiłyśmy piwo. No i się na nas patrzyli, i patrzyli, i patrzyli – dwóch mężczyzn sobie nawet krzesła przestawiło, żeby mieć lepszy widok… Myanmar Beer – wcale nie gorsze od polskiego.
   Albo pizzeria w Inle – pizza była rewelacyjna, ale jeszcze lepsze były drinki – Caiphirinia, Mojito, Pinacolada – 2 złote za DUŻEGO drinka – czy można się dziwić, że trzeciego dnia kelner wołał do nas na ulicy Hello?
Etykieta lokalnego piwa   "Niewielki" jackfruit
kliknij, aby powiększyć

O jedzeniu

   Wszyscy moi znajomi wiedzą, że w Azji w zasadzie nie podoba mi się jedna rzecz – jedzenie. I zdaję sobie sprawę, że jestem dla nich jakimś kuriozum, bo zwykle oni zachwycają się kuchnią azjatycką. Z drugiej strony – muszę spróbować absolutnie wszystkiego, więc pisać mogłabym długo, ale w skrócie to tak:

– sałatka z zielonej herbaty z orzeszkami: smak dziwny, lecz interesujący, choć konsystencja mało zachęcająca. Zostałyśmy nią poczęstowane w trakcie trekkingu;
– durian: kolejna próba przekonania się. Kolejna nieudana próba. Co prawda zapach (czy raczej smród) nie powstrzymuje mnie przed jedzeniem, chociaż faktycznie należy do mało przyjemnych, ale konsystencja przypominająca banany też mnie jakoś specjalnie nie przekonuje;
– jackfruit: który po raz pierwszy widziałam na drzewie i był OGROMNY! Czytałam, że może ważyć nawet do 35 kilogramów – nasz nie ważył nawet połowy, ale i tak był dla mnie wielki. I o wiele lepszy od duriana – bardziej orzeźwiający.
– naleśnik z jajkiem sadzonym: nie jest to co prawda typowa potrawa, ale… przepyszna;
– mohingar: dziwna rybna zupa, którą jadłyśmy na śniadanie, z makaronem ryżowym. Ciekawe doświadczenie – ale jedna próba naprawdę wystarczyła. Poza tym, co to za pomysł, żeby jeść zupę na śniadanie?
– chapati (czyli płaski typowy chlebek – w różnych wersjach spotykany w różnych krajach) z ciecierzycą: moje ulubione śniadanie;
– sałatka z ziemniaków: nie spodziewałam się, że będę tam jeść cokolwiek innego niż ryż i makaron, więc jak tylko zobaczyłam w menu sałatkę z ziemniaków, nie mogłam jej nie zamówić. I była to najlepsza sałatka z ziemniaków, jaką kiedykolwiek jadłam! Z sokiem z limonki i z olejem sezamowym – próbowałam odtworzyć ten smak tutaj, ale, niestety, bez powodzenia;
– curry z wołowiny z pastą sojową i liśćmi limonki: niebo w gębie! Spróbowałyśmy, bo było wymienione w przewodniku, i… wspominałyśmy to danie jeszcze dwa tygodnie później. Jeśli kiedyś traficie do Mandalay, KONIECZNIE idźcie do Green Elephanta i spróbujcie!
Sałatka z zielonej herbaty z orzeszkami  Chapati na śniadanie
   Jak na osobę, która nie lubi azjatyckiej kuchni, to trochę dziwnie się rozpisałam. Szczerze mówiąc to mogłabym tak pisać i pisać, bo jedzenie i picie to naprawdę fascynująca część moich podróży.


O dziwnych, ciekawych i miłych (lub nie) przypadkach…

    Four Sisters to pensjonat, który nam polecono. Nie udało nam się jednak tam zatrzymać, więc postanowiłyśmy chociaż wybrać się na kolację. Nieduży, niepozorny budynek, przed którym spotkałyśmy jedną z czterech sióstr.
   Zaczęła wymieniać nazwy jakichś dań i tak naprawdę nie było wiadomo, o co chodzi. Lekko zdezorientowane weszłyśmy do środka, siadłyśmy w pustym pokoju z kilkoma stołami i czekamy. Czekamy, czekamy… w sumie już nas to nie dziwi, bo wszędzie na jedzenie trzeba czekać. Jednak po pewnym czasie zaczynamy się niepokoić, bo nikt nie przychodzi zapytać, CO chciałybyśmy zjeść.
   Potem pojawia się siostra nr 2. Pyta się, czego chcemy się napić.
   A o jedzeniu dalej nic nie słychać…
   Aż w końcu przynoszą… Jedno danie, drugie, trzecie, czwarte, piąte… Ach! Więc to, co siostra nr 1 wymieniała przed drzwiami, to było wszystko, co mają tego dnia! Jemy więc – jedną z lepszych kolacji w ciągu całego naszego pobytu. Nawet ja musiałam przyznać, że dania były rewelacyjne.
– Ile płacimy?
– Star Cola kosztuje 300 kyatów za butelkę.
– A dania?
– Ile chcecie. To zależy jak bardzo wam smakowały...

    Ostatnia kolacja to ważna rzecz. Nie mogłam więc pozwolić, żeby ktoś inny decydował o tym, gdzie jeść. Na szczęście dziewczyny zgodziły się, że trzeba jakoś uczcić ostatni dzień pobytu w Birmie – poszłyśmy więc do Singapore’s Kitchen, gdzie, jak twierdził przewodnik Lonely Planet, były jedne z lepszych chińskich dań w mieście.
   Czekałyśmy na zamówienie, więc Asia poszła do łazienki.
– I jak tam łazienka?
– Aaaa…w porządku. Drzwi się nie zamykają, kibel azjatycki. Spoko.
   Czyli wszystko w normie. Więc Sylwia też poszła.
– Zapomniałaś powiedzieć, że jest decha zamiast okna i że myszy biegają…
   No tak. Czyli faktycznie wszystko w normie. I tak, prowadząc rozmowę, czekamy dalej. Aż w pewnym momencie Asia się schyla i przygląda czemuś koło stołu:
– Czy myślicie, że to karaluch?
– Nie, chyba za duży.
– Ale przecież karaluchy są takie wielkie.
– Aaaaaaa! On idzie do mnie!!!
   Słysząc krzyk, siedzący w drugim rogu sali kelnerzy nadbiegli z pomocą i jeden z nich uratował nas z opresji, wykopując karalucha na drugi koniec sali. I może wcale nie zaczęłybyśmy się śmiać, gdyby Elwira nagle nie spojrzała w górę na okno:
– Ooo… zobaczcie jaki wielki pająk!

   A jedzenie, które zaraz przynieśli, było naprawdę smaczne. Zwłaszcza że żadne inne zwierzęta już nam nie zakłócały posiłku.

Tea shop  Przy ulicy...


O życiu…

   Pierwszy raz byłam w tak biednym kraju. W tak biednym, że tę biedę było widać wszędzie wokół. Naprawdę nie wiem, czy umiem wam o tym opowiedzieć.
   Bo nigdy wcześniej nie widziałam ludzi mieszkających w rozpadających się chatach, ze stertami śmieci przed domami, które topiły się w kałużach.
   Bo do tej pory nie spotkałam nikogo, kto przez miesiąc zarabia tyle, ile we cztery wydawałyśmy na zwykły (i dosyć tani dla nas) obiad w restauracji.
   I kiedy w Polsce podchodzi do kogoś żebrzące dziecko, to chce pieniędzy, a nie rzuca się na banana, którego dostanie.
   Nie wiadomo też, jak odpowiedzieć na pytanie: "Ile lat musiałaś oszczędzać, żeby tu przyjechać?" – zadane przez sympatyczną dziewczynę na Wzgórzu Mandalay, która opowiada, jak co tydzień przychodzi na schody, żeby porozmawiać z cudzoziemcami i poćwiczyć swój angielski.
   I nie potrafię też sobie wyobrazić, jak to jest ciągnąć wóz, bo się nie ma wołu.
    Każdy turysta postrzegany jest jak ktoś, kto ma pieniądze. Bo nawet jeśli ja mam ich niewiele, to i tak dla tych ludzi to dużo. I tak naprawdę, to ja jestem tylko turystą.
Fryzjer nad brzegiem jeziora   Wieczorna toaleta

Przy wozie   Dziecko w Kalaw


O polityce…

   Jak już wspomniałam, każdy turysta w Birmie sam musi sobie odpowiedzieć na pytanie, gdzie wydaje swoje pieniądze, bo część z nich zawsze i tak trafi do rządu – można się jedynie starać, żeby trafiło ich tam jak najmniej.
   Jechać czy nie jechać? Jedni mówią że nie – tak na przykład twierdzi Aung San Suu Kyi – birmańska laureatka pokojowej nagrody Nobla, od wielu lat znajdująca się w areszcie domowym. Inni twierdzą, że turyści są potrzebni krajowi i zwykłym ludziom, którzy tam mieszkają – wśród nich są na przykład Moustache Brothers, z których jeden, Par Par Lay (wspomniał o nim nawet Hugh Grant w filmie Był sobie chłopiec), spędził kilka lat w więzieniu za opowiadanie dowcipów.
Par Par Lay podczas występu z Moustache Brothers

   Junta kontroluje wszystko. Turysta jest bezpieczny i traktowany dobrze, ale w wiele miejsc po prostu nie jest w stanie się dostać, a tam, gdzie chce jechać, często musi podać dane z paszportu. Turysta widzi tylko to, co mu się pokazuje – a skoro to, co widzi, jest przerażające, jakie musi być to, czego nie widzi? W czasie mojego pobytu w wiadomościach pojawiła się informacja o konferencji ASEAN (Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej) – w telewizji mówiono o niemożliwości porozumienia się z powodu łamania praw człowieka w Birmie, a w birmańskiej anglojęzycznej gazecie pojawiła się informacja o "pewnych" trudnościach.
Ulica w Rangunie   Żołnierze

    Im więcej ludzi odwiedzi Birmę, tym więcej ludzi ją pozna, opowie innym. Tym więcej będzie wiadomo o tym, co się tam dzieje. Może wtedy będzie trudniej zagłuszać ludzi, blokować Internet, ograniczać, uciskać, podporządkowywać? Bo na razie dla wielu osób Birma jest jakimś tam krajem, gdzieś tam daleko – w zasadzie to nawet nie za bardzo wiadomo gdzie. Wielu moich znajomych, którzy wcześniej nawet nie mieli pojęcia gdzie leży Birma – teraz już coś o niej wie. Z moich opowiadań, zdjęć. I wiem, że słysząc wiadomości o Birmie, już nie puszczają ich mimo uszu, tylko słuchają. Wiem, bo potem pytają: A czy słyszałaś, że….?
    Cieszę się, że mogłam poznać Birmę – żaden kraj do tej pory nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Mam tylko nadzieję, że kiedy pojadę tam po raz kolejny, będzie to już lepszy, inny kraj.

Na targu  Uliczka w Nyaungshwe


Zdjęcia autory
Więcej zdjęć z Birmy autorstwa amused.to death można obejrzeć tutaj

Zajrzyj do części pierwszej

Komentarze (3)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl