Afryka dla początkujących?

Spis treści
Afryka dla początkujących?
strona 2
Wszystkie strony

kobieta z doliny Tamberma

Pewnego dnia pomyślałam, że w końcu przyszedł czas na Afrykę. Przedstawiłam propozycję trzem osobom i…
Pierwsza powiedziała, że ona do Afryki to absolutnie nie. Ona wyłącznie do Azji. Jak nam się nie podoba, to pojedzie sama.
Druga powiedziała, że też chce do Azji. Afryka???
Trzecia stwierdziła, że jej wszystko jedno i że na wszystko się zgadza. W sumie chętnie pojechałaby do Azji, chociaż Afryki nie wyklucza.
Co robić? Zmieniać plany? Jechać bez nich?

Kilka miesięcy później wszystkie trzy wylądowałyśmy na lotnisku w stolicy Ghany – Akrze. Ghanę wybrałyśmy, żeby przygodę z Afryką zacząć możliwie łagodnie. Zazwyczaj przewodniki prezentują ją jako "Afrykę dla początkujących", jeden z szybciej rozwijających się krajów Afryki Zachodniej, gdzie angielski jest językiem urzędowym, a ludzie bardzo przyjaźni.

A więc wylądowałyśmy w Akrze – jak zwykle pierwszy hotel i taksówka zamówione przez internet, żeby się nie stresować na samym początku. Jedziemy, a w zasadzie to przesuwamy się powoli w korku, rozglądając się z zaciekawieniem na wszystkie strony. I wtedy chyba po raz pierwszy (i wcale nie ostatni) przychodzi nam do głowy, że to wszystko wokół, to w sumie taka wielka wiocha. Fascynująca, gwarna, kolorowa, ale jednak wiocha – z tymi ulicami bez asfaltu, barwnym tłumem ludzi, domami i sklepami w różnym stanie budowy i rozpadu oraz stertami śmieci walającymi się wszędzie. I choć Europa czasami wydaje się nudna przez swoją przewidywalność – w miasteczku obowiązkowo musi znaleźć się rynek, kościół etc. – to jednak okazuje się, że za tą przewidywalnością można zatęsknić.
   Wielokrotnie potem wjeżdżałyśmy do miasteczek – a mówiąc "miasteczko" mam na myśli takie niewielkie, spokojne, prowincjonalne miasteczko – i ze zdziwieniem czytałyśmy w przewodniku, że mieszka tam nie kilka czy kilkanaście, ale kilkadziesiąt lub nawet więcej osób. 

Afrykańskie miasteczka po południu nabierają szczególnego uroku. Ale musi świecić słońce. Wtedy czerwone piaszczyste drogi wydają się jeszcze bardziej czerwone. Domy, które w zwykły pochmurny dzień są tylko zniszczonymi domami, nagle nabierają życia. A ludzie, którym tak trudno zrobić zdjęcia – nie tylko dlatego, że nie chcą, ale również dlatego, że różnica pomiędzy czarną twarzą, a jasnym tłem jest ogromna – wydają się bardziej przyjaźni. A może to po prostu na nas to słońce tak działa? Najlepiej usiąść gdzieś z boku z zimnym piwem i patrzeć na to, co się dzieje wokół.

Ouidah - Benin   Abomey w popołudniowym słońcu
kliknij, aby powiększyć

A miało być tak łatwo...

W Ghanie spędziłyśmy zaledwie dwa dni. Jedna z koleżanek miała nas opuścić już po miesiącu, dlatego zdecydowałyśmy się zacząć od krajów sąsiednich.
   Postanowiłyśmy pojechać do Togo i Beninu, naiwnie nie spodziewając się, że będzie trudniej. Wydawało nam się, że jedynym problemem będzie nasza taka-sobie-znajomość-francuskiego. Właściwie nie wiem dlaczego nam się wydawało, że cokolwiek się zdarzy, i tak będzie łatwo i przyjemnie – w końcu przed wyjazdem wszyscy słysząc np. "Benin", mówili: "Tak, tak… A gdzie to w ogóle jest?"

Pierwsze było Togo. Zabawne jest, że stolica tego kraju, Lome, znajduje się zaraz za granicą z Ghaną. I to jaką granicą – praktycznie prawie na plaży, gdzie celnik oglądający nasze paszporty siedzi sobie przy stoliku na zewnątrz i ma widok na ocean. To się nazywa praca z niezłymi widokami.

na granicy Ghana - Togo

Przez ten kraj miałyśmy w zasadzie tylko przejechać, zatrzymując się ewentualnie na chwilę w jakimś miejscu. Głównie dlatego, że forumowicze z forów podróżniczych (ci nieliczni, którzy się tam znaleźli) opisywali nam kraj jako niebezpieczny, nieprzyjazny i nieciekawy.

Dzień pierwszy w Lome:
– znajdujemy hotel (mimo, że taksówkarz, jak każdy afrykański taksówkarz ma problemy ze znalezieniem czegokolwiek);
– właściciel hotelu mówi nam, że miasto bywa niebezpieczne i żeby, broń Boże, nie chodzić wieczorami (ciemno jest już o 18.00);
– idziemy do centrum, gdzie okazuje się, że to wcale nie jest tak, że niewiele osób mówi po angielsku − NIKT nie mówi po angielsku;
– robi się ciemno – wracamy taksówką, po raz kolejny przekonując się, że adres to za mało, trzeba taksówkarza pilotować;
– udaje nam się odnaleźć nasz hotel – na ulicy pogrążonej w ciemnościach zauważamy (z trudem i pewną niepewnością) budynek, który też jest pogrążony w ciemnościach.
   Podsumowanie dnia: o kurde….. i my mamy w tej Afryce spędzić SZEŚĆ TYGODNI????

Jednak, jak to w podróży bywa, okazuje się, że tak naprawdę wszystko zależy od ludzi. I dzięki synowi właściciela, Libańczykowi o imieniu Jad, spędzamy w Lome i okolicach aż pięć dni. Przede wszystkim załatwienie wizy do Beninu zajmuje trochę czasu, ale tak naprawdę nie przeszkadza nam to, bo jest fajnie.
   Lome jest nazwane przez nasz przewodnik "Paryżem Afryki", ale mimo najszczerszych chęci nie udaje nam się odkryć dlaczego. Pewna Ukrainka pracująca w sklepie (która słysząc, że podróżujemy razem we cztery, nazywa nas "żeńskij kolektiv") twierdzi, że kilka lat temu, przed zamachami stanu i przed tym, jak wszyscy cudzoziemcy musieli uciekać za granicę, było tu zupełnie inaczej. Trudno nam to sobie wyobrazić.

plaża w Lome - rybacy wyciągają sieci    plaża w Lome po południu

Plaża i toalety

Jednego dnia wybieramy się na płatną plażę – i jest to więcej niż odrobina luksusu. Fale co prawda tak samo wielkie, jak w innych miejscach, ale plaża jest czysta. Piękna odmiana. Bo w każdym innym miejscu plaża służy za wysypisko śmieci i toaletę – to naprawdę przykry widok, bo plaże są piaszczyste, szerokie, pod palmami. Wiszą co prawda gdzieniegdzie tablice z rysunkami i podpisami "Nie sikać, nie robić kupy, nie śmiecić" ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje.
– O, to ludzie traktują tu ulicę jak toaletę – mówię, kiedy jadąc taksówką mijamy kolejnego sikającego faceta.
– Nie, oni traktują toaletę jak ulicę – odpowiada Jad i jest to chyba najlepszy opis toaletowych zwyczajów.

Co by tu jeszcze zobaczyć?

Odwiedzamy Togoville, miasto nad jeziorem Togo, od którego kraj wziął swoją obecną nazwę. Miasto nazywało się Togo, a w 1884 roku Niemcy podpisali tam układ z ówczesnym szefem wioski Mlapą III i w rezultacie Togo stało się kolonią niemiecką. Można zobaczyć tam jednoizbowe muzeum oraz kościół – miejsce to odwiedził w 1985 roku papież Jan Paweł II. Wracamy tą samą łódką co wcześniej – tą, z której trzeba wylewać wodę….

Togoville - przystań   w Togoville

Odwiedzamy też Kpalime, gdzie są wodospady. Wodospady są co prawda średnie, ale spacer bardzo fajny. Interesująca jest też krótka wizyta w wiosce w poszukiwaniu jej szefa, którego Jad podobno zna. Szefa wioski nie ma, ale wysłuchujemy jakiejś dyskusji na temat Francuzów i życia – chyba, bo nasz francuski jest bardziej niż średni.

Po kilku dniach ruszamy dalej do Beninu, który jest krajem mało znanym, ale naprawdę fascynującym. Być może autor przewodnika trochę przesadził zachwycając się niemal każdym kamieniem, ale to naprawdę niezwykłe miejsce.
 
Miasteczko Ouidah było kiedyś jedynym portem kraju, który wcześniej (do 1975 roku) był zwany Królestwem Dahomeju. Królestwo było silnym zachodnioafrykańskim państwem i jednym z głównych miejsc, skąd brano niewolników, a król Dahomeju zarabiał ogromne pieniądze na handlu żywym towarem.
   Zwiedzanie miasta zaczęłyśmy od placu, gdzie znajdował się dom Francisco Felixa da Souzy – brazylijskiego handlarza, którego liczni potomkowie wciąż żyja w Beninie. Z tego miejsca ruszyłyśmy na czterokilometrowy spacer Drogą Niewolników. Ten długi spacer był dla nas pierwszą lekcją o historii niewolnictwa w Afryce. Nie przetrwały żadne budynki, w których niewolnicy byli trzymani, więzieni i torturowani – te wydarzenia są upamiętniane jedynie przez stojące na drodze pomniki. Cieszę się, że miałam okazję dowiedzieć się czegoś więcej o tej części historii Afryki; do tej pory wszystkie moje wiadomości – książki i filmy – obejmowały wydarzenia "po": wiedziałam sporo o transporcie, o życiu niewolników w obu Amerykach, ale brakowało tej wiedzy, jak to wyglądało na początku na Czarnym Lądzie.

  Jeden z pomników na Drodze Niewolników   Pomnik na końcu Drogi Niewolników - stąd nie było już odwrotu...

W Beninie odwiedziłyśmy jeszcze kilka miejsc:
– Ganvie – wioskę zbudowaną w XVII wieku na jeziorze, gdzie żyje ponad 20 tys. ludzi;

Ganvie    Ganvie

– Abomey – dawną stolicę królestwa z dawnym pałacem królewskim, który −choć wart wizyty − bardziej przypominał folwark niż pałac. Samo miasto urocze, choć miałyśmy problemy z wydostaniem się z niego;
– wioski Taneka niedaleko Djougou, gdzie można było obejrzeć tradycyjne chaty i styl życia miejscowej ludności. Wiosek jest wiele, ale niewiele z nich jest łaskawych turystom.
   My, po ciężkich negocjacjach finansowych związanych z taksówką, trafiłyśmy do tej, która turystów lubi i chętnie wita. Ale zanim ktoś wzruszy ramionami i powie "eee... turystyczne miejsce", chciałabym dodać, że to turystyczne miejsce oznaczało, że tłukliśmy się przez ileś tam kilometrów taksówką po wertepach, aby dotrzeć do wioski, po której zostałyśmy oprowadzone nie tylko przez przewodnika, ale i dużą grupę dzieci i młodzieży.

w Taneka   sympatyczna afrykańska młodzież

Jakoś sobie radzimy, coraz bardziej przyzwyczajając się do czasu afrykańskiego, czyli do czekania na wszystko i wszędzie. I do tego, że nie zawsze da się dobrze zjeść.

Czekamy, czekamy i... głodniejemy

Coś, o czym szybko się przekonujemy: należy szukać miejsca na posiłek, kiedy jeszcze nie jest się głodnym. Przewodnik trochę w tym pomaga, jednak opisy znajdujące się w sekcji "Gdzie jeść?" wydają nam się najczęściej zbyt pozytywne w stosunku do tego, co zastajemy na miejscu. A może, po prostu, wciąż trudno nam się przyzwyczaić. Chociaż nie, bo już nie narzekamy. Nie narzekamy, ale wciąż się dziwimy...

Dziwimy się, bo na przykład w takim miasteczku Ouidah – pierwszym, które odwiedzamy w Beninie, nie jest łatwo. Przyzwyczaiłyśmy się, że rekomendacjom Lonely Planet często można zaufać, więc zdumiewa nas, że w 80-tysięcznym mieście mamy problem z miłym miejscem, gdzie można coś zjeść. 
   I tak, drugiego dnia trafiamy na jakiś (oczywiście polecany w przewodniku) knajpo-bar-restaurację – nie wiadomo co. Przed nami pojawia się francuskie menu, które rozszyfrowujemy, próbując ustalić co jest, a czego nie ma, i składamy zamówienie u chłopaka, który to menu przyniósł.
   Mija chwila i chłopak przychodzi z dziewczyną – jeszcze raz składamy zamówienie. Mija kolejna, dłuższa już chwila, chłopak z dziewczyną przychodzą z kolejnym facetem – mówią nam, że jest to Monsieur Cuisinier (Pan Kucharz) i to jemu mamy powiedzieć, co chcemy.
   OK. Ja zamawiam dwie porcje frytek, pamiętając, że kurczak którego zamówiłam dzień wcześniej w innym miejscu, chyba musiał dużo biegać, bo mięsa można było w nim szukać z lupą.
   Po chwili Monsieur Cuisinier wraca, pytając czy na pewno chcę dwie porcje frytek. Tak. I na pewno nie chcę mięsa? Nie.
   Po jakimś czasie dostajemy piwo.
   Czekamy.
   Ponownie pojawia się Monsieur Cuisinier. Te naleśniki, które zamówiły moje koleżanki…. nie ma do nich czekolady. OK, no problem, a co jest? Dżem jest. A więc może być dżem.
   Mija dłuższa chwila, Monsieur Cuisinier znowu nadchodzi. Jednak dżemu też nie ma.
   A czy coś w ogóle jest do tych naleśników? No tak, jest cukier.

Dziwna sytuacja? Ależ skąd, w czasie naszych wakacji dość typowa.

Czytając mój opis, wiele osób samodzielnie podróżujących i jadających w przeróżnych miejscach pewnie się oburzy i powie: - No tak, ale trzeba jeść w miejscach lokalnych, a nie szukać restauracji dla turystów.
Też bym się pewnie oburzyła. Tyle tylko, że:
− spróbowałam już wcześniej fufu, które zdecydowanie nie przypadło mi do gustu;
− spróbowałam zup/sosów, które mi jeszcze mniej przypadły do gustu;
− zobaczyłam banku, które wyglądało równie "zachęcająco" jak fufu;
− dzień wcześniej trafiłyśmy do miejscowej jadłodajni, gdzie zabrakło już dla nas jedzenia… 
   A poza tym, kto powiedział, że frytki i piwo to zła kolacja? Ja jako ekspert (bo po iluś tam takich kolacjach mogę się chyba nazywać ekspertem, prawda?) powiem wam, że da się przeżyć. Więcej – nie jest to nawet złe. A jak już ma się spaghetti z frytkami i do tego piwo – nie ma co narzekać.

ostra zupa rybna z rybą i <em>fufu</em>   <em>banku</em> 



 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl