Zareklamować Pana Boga

  

   Zastanawiając się nad wykorzystywaniem motywów religijnych w reklamach i sposobami reklamowania zjawisk niematerialnych ocierających się o duchowość, sięgnęłam po tygodnik Ozon, sądząc, że tam znajdę przykłady obu typów reklam. Nie zawiodłam się, a nawet znalazłam "dwa w jednym". Moją uwagę zwróciła pojawiająca się co kilka stron reklama następującej treści: Bóg mówi do ciebie każdego dnia! Czy zawsze Go słyszysz? Możesz otrzymywać smsem fragmenty ewangelii na dany dzień – i tu podany numer, pod który należy wysłać sms z deklaracją, że taki fragment chce się dostać. Poniżej koszt smsa netto i brutto.

   To nie koniec, bo można też zamówić "pakiet 10 fragmentów z ewangelii na 10 kolejnych dni". Na stronie internetowej Ozonu znajduje się rozwinięcie graficznej i werbalnej treści reklamy. Obok retorycznego pytania, Czy zawsze słyszysz Boga, jest też zapewnienie: Teraz Jego słowo będzie zawsze z tobą. Zawsze, gdy go potrzebujesz.

   Na pomysł smsowej popularyzacji Biblii wpadł przed kilku laty Simon Jenkins, redaktor chrześcijańskiego magazynu internetowego Ship of Fools. Wydał też popularny w krajach anglojęzycznych "zaszyfrowany" w slangu internetowym zbiór cytatów biblijnych: r father n hvn: up 2 d8 txts frm d bible (Ojcze nasz w niebie: aktualne teksty z Biblii). Miało się to wpisywać w tendencje wykorzystywania najnowszych technik i socjotechnik ewangelizacji, podobnie jak polskie "eksperymentalne" tłumaczenie ewangelii na język hip hopu (Dobra Czytanka wg św. zioma Janka Beaty Lasoty, Joanny Rafał i Barbary Sieradz). O ile język popularyzacji może budzić pewne kontrowersje, o tyle intencje translatorów wydają się szlachetne. Przyświeca im chęć dotarcia do tych grup odbiorców, które prawdopodobnie nie zainteresowałyby się przekazem ewangelii, gdyby podany został w tradycyjny sposób.

   Taką praktykę kontekstualnego rozpowszechniania chrześcijańskiego kerygmatu stosował już apostoł Paweł. Aramejski język nauczania Jezusa zastąpił o wiele bardziej popularnym językiem greckim koine, formy nauczania żydowskiego uzupełnił formami nauczania hellenistycznego, tradycję judaistyczną wzbogacił elementami klasycznymi i m.in. dzięki tej taktyce chrześcijaństwo mogło rozpowszechnić się w basenie Morza Śródziemnego. Do literatury klasycznej sięgali też Ojcowie Kościoła, przez co ich teksty stawały się nie tylko niezwykle piękne i erudycyjne, ale także miały większą siłę oddziaływania zwłaszcza w środowiskach ludzi wykształconych rozpoznających i rozumiejących te gry intertekstualne.

   W średniowieczu rolę ewangelizacyjną pełniły sztuki plastyczne (malarstwo, rzeźba) oraz dramaty liturgiczne, później też oratoria i sama muzyka. Walory estetyczne przyciągały ludzi do świątyń i do Boga, pełniły więc rolę uatrakcyjniającą, podobną do tej, jaką pełni dziś promocja. Reformacja, na jakiś czas przynajmniej, zarzuciła propagowanie Biblii za pomocą sztuk pięknych, ale zasada sola Scriptura i tłumaczenie Pisma Świętego na języki narodowe sprawiło, że znajomość Biblii i zainteresowanie nią znacznie wzrosło. W Oświeceniu zaniechano spektakularnych "akcji promocyjnych", co przyczyniło się do postępującej sekularyzacji i prywatyzacji religii i duchowości.

   Wydawałoby się więc, że "reklamowanie Pana Boga", pozwolenie, aby przemówił teraz za pomocą smsów, to po prostu kolejne ogniwo w tym łańcuchu taktyk ewangelizacyjnych i propagowania religii. Tak sądzi m.in. o. Wacław Oszajca. Powołując się na orzeczenie Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu, które uznało reklamę za "moralnie obojętną", przestrzega przed grzechem zaniechania: Chrześcijanie sprzeniewierzą się swojej misji ewangelizacyjnej, jeśli nie nauczą się komunikowania ze światem przy wykorzystaniu wszystkich współczesnych środków. W tym także reklamy (GW 105/2005). Niektóre Kościoły protestanckie w Wielkiej Brytanii szybko zaadaptowały mechanizmy reklamowe do potrzeb ewangelizacyjnych i na początku lat dziewięćdziesiątych XX w. powołały ekumeniczną Reklamową Sieć Kościelną (Churches Advertising Network), organizującą wielkie kampanie i dbającą o to, by religijne reklamy nie obrażały niczyich uczuć (cokolwiek ten pojemny i nieostry termin oznacza).

   Nie wszyscy duchowni reprezentujący różne wyznania są tak entuzjastycznie nastawieni do reklamowania religii i zastanawiają się głęboko nad zasadnością tego typu działań. Związany z Tygodnikiem Powszechnym ks. Andrzej Luter (duchowny katolicki!) zastrzega, że nie będzie maklerem Pana Boga (GW 105/2005). Ks. prof. Henryk Seweryniak podkreśla, że język teologii nie może być tożsamy z językiem "komunałów czy reklamy", a opinia, że formuły wiary chrześcijańskiej winny być jasne dla człowieka jak język reklamy, jest grubym nieporozumieniem (Święty Kościół Powszechny).

   Trzeba więc w ogóle zadać sobie pytanie, a właściwie dwa: czy istnieje dziś potrzeba i/lub konieczność reklamowania religii, religijności/duchowości, Boga, a jeśli tak, to czy reklama religii powinna podlegać i kojarzyć się z tymi samymi mechanizmami, co reklamy komercyjne, i czy należy mówić o reklamie, a może raczej o promocji religii?

   Z podpowiedzią przychodzi socjologia, a zwłaszcza badania Petera L. Bergera i Thomasa Luckmanna na temat przemian współczesnej religijności w społeczeństwach postmodernistycznych. Nie jest zaskoczeniem, że wciąż zmniejsza się odsetek osób, przede wszystkim młodych, silnie związanych z Kościołem/ami, zwiększa za to odsetek tych, którzy uważają się za "bardzo zdystansowanych" lub deklarują wręcz gotowość wystąpienia z Kościoła. Coraz więcej osób określa się też jako bezwyznaniowi lub "wierzący niepraktykujący".

   Odłączenie się czy nawet wyraźna niechęć do jakiegoś Kościoła nie oznacza zaniku wiary w Boga czy Istotę Najwyższą. Okazuje się, że taka wiara jest zjawiskiem niemal masowym, o wiele bardziej rozpowszechnionym niż tzw. ateizm teoretyczny. Temu teistycznemu w istocie światopoglądowi towarzyszy tzw. ateizm praktyczny, czyli niewiara w to, że ów Bóg/Istota Najwyższa obdarza człowieka jakąkolwiek uwagą i interesuje się ludzkimi poczynaniami, za które karze bądź nagradza (por. E. Ciupak, Wiara religijna i ateizm jako kategorie socjologiczne, w: Religijność w świetle badań socjologicznych, red. W. Piwowarski, Z. Zdaniewicz). Istnieje więc wyraźny rozdźwięk pomiędzy indywidualnymi przekonaniami o istnieniu Boga a ich zinstytucjonalizowaną interpretacją (I. Borowik, Procesy instytucjonalizacji i prywatyzacji religii w powojennej Polsce).

   Za tym rozdźwiękiem stoi sekularyzacja, czyli utrata wpływu tradycyjnych instytucji religijnych, dogmatów, zasad wiary na społeczeństwo. Przy czym sekularyzację należy rozumieć jako proces dokonujący się zarówno na poziomie instytucji, jak i na poziomie świadomości społecznej i jednostkowej, która to świadomość – zdaniem Dietricha Bonhoeffera – wynika z dojrzewania świata i człowieka: Zmierzamy w kierunku całkowicie bezreligijnych czasów. To wielki proces, który prowadzi świat do autonomii (za: B. Milerski, Religia a szkoła). Diagnozę Bonhoeffera sprzed około siedemdziesięciu lat potwierdzają też Berger i Luckmann, którzy za podstawową cechę (po)nowoczesnego społeczeństwa uznają autonomię pozwalająca na dokonywanie wyborów w każdej niemal dziedzinie życia. Berger nazywa to dość prowokująco "koniecznością herezji", odwołując się oczywiście do pierwotnego greckiego znaczenia terminu herezja – "wybór" (Der Zwang zur Häresie. Religion in der pluralistischen Gesellschaft ).

   Człowiek współczesny skazany jest więc na ciągłe dokonywanie wyborów: począwszy od wyboru jakiegoś gatunku chleba, serka, mydła, szamponu, butów, marki samochodu na wyborach dotyczących sfery kultury, moralności i światopoglądu kończąc. Nie ma już dyktatu "jedynie słusznego" gatunku chleba, marki samochodu, poglądów politycznych czy religijnych. Wybory wiążą się z subiektywizacją wszystkich dziedzin życia. Człowiek przestaje utożsamiać religię z instytucją, która ze swej natury nie dopuszcza wyborów. W rezultacie prowadzi to do wybierania najbardziej atrakcyjnych elementów religii i budowania z nich swojej własnej, prywatnej, subiektywnej a zarazem selektywnej religii.

   Dzisiejsze doświadczenie stawania przed koniecznością dokonywania wyborów opiera się na założeniu, że istnieje jakiś zbiór – "supermarket" elementów religijnych produkowanych przez różne "firmy" (Kościoły, religie), mających różne "marki" (lepsze bądź gorsze, modne lub passe). Wybór jest trudny, ale od czego reklama, która ma przekonać, że któryś "produkt" jest najlepszy, najbardziej niezbędny, zapewniający najwięcej szczęścia doczesnego i może nawet wiecznego?

   Jak zatem działa taka reklama religijna? Za punkt wyjścia niech posłuży opisany wyżej anons z tygodnika Ozon. Wysyłanie smsów z biblijnymi cytatami jest czymś, co należy pochwalać. Dzięki temu ma szanse wzrosnąć zainteresowanie i znajomość Nowego Testamentu wśród odbiorców. Jest nadzieja, że adresat zatrzyma się dłużej nad jakimś słowem, dogłębnie je przeanalizuje, zbada kontekst, zada sobie przy okazji egzystencjalne czy metafizyczne pytanie. Taki sposób rozpowszechniania znajomości Biblii właściwie nie budziłby żadnych wątpliwości, gdyby nie fakt, że za otrzymanie "cytatu na dziś" albo "pakietu 10 fragmentów z ewangelii na 10 kolejnych dni" trzeba zapłacić. Sprzedawanie cytatów biblijnych kojarzyć się może z handlowaniem religią, czemu Biblia się sprzeciwia. Apostoł Paweł wyraźnie rozróżnia pomiędzy głoszeniem ewangelii (darmowym!) a handlowaniem Słowem Bożym: Nie jesteśmy handlarzami Słowa Bożego, jak wielu innych, lecz mówimy w Chrystusie przed obliczem Boga jako ludzie szczerzy, jako ludzie mówiący z Boga (2 Kor 2,17). Liczy się więc szczerość intencji: upowszechnianie znajomości Biblii jako Słowa Bożego – tak, ale handlowanie cytatami – nie. Zamawiający pojedynczy cytat czy cały pakiet czyni to zapewne z jakiejś wewnętrznej potrzeby. I – jak to bardzo zgrabnie ujmuje prof. Jerzy Szymik – na metafizyczne pytanie otrzymuje bardzo materialistyczną odpowiedź (Teologia w krainie pepsi-coli).

   Specjaliści od kampanii reklamowych i badań rynku przyznają, że przy reklamowaniu i badaniu popularności Kościoła/ów oraz przy reklamowaniu i mierzeniu popularności innych – komercyjnych – marek, instytucji, produktów, usług itp. posługują się takimi samymi narzędziami.

   Trudno jest przytoczyć jedną definicję reklamy, która ujmowałaby wszystkie aspekty, dlatego – jako członek społeczeństwa nowoczesnego – zmuszona jestem do dokonania wyboru jednej definicji lub do skonstruowania z dostępnych w różnych definicjach elementów własnej charakterystyki reklamy. Wszystko, co wydaje mi się istotne, ujmuje prof. Kazimierz Ożóg (Język polski w kampaniach reklamowych), posłużę się więc jego klasyfikacją. Prof. Ożóg wymienia pięć kategorii najczęściej wykorzystywanych w reklamach: a) kategorię nowoczesności produktu; b) kategorię tradycji; c) kategorię natury/naturalności produktu; d) kategorię wygody, luksusu; i wreszcie – co już zostało podkreślone – e) kategorię ceny.

   Wszystkie te elementy obecne są w reklamie smsów od Pana Boga. Nowoczesność komunikacji smsowej nie budzi wątpliwości, podobnie jak posługiwanie się telefonem komórkowym, który jest teraz środkiem komunikacji pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Dawniej Bóg nie potrzebował żadnego instrumentum, teraz, aby przemówić do swojego stworzenia, musi sięgnąć po komórkę i wysłać sms.

   Kategoria tradycji też nie wymaga wielu tłumaczeń. Odwołano się do biblijnego motywu raju, rajskiej szczęśliwości. Zastosowano strategię "mitu", podobnie bowiem jak mit przezwycięża chaos, porządkuje świat, ukazuje jego celowość i planowość, posługując się symbolami i archetypami, tak reklama usiłuje uporządkować życie człowieka, nadawać mu jakiś cel i sens, pokazując zazwyczaj stan "przed" i stan "po". "Przed" kupnem wiadomości smsowej człowiek nie zawsze słyszał, co Bóg do niego mówi, "po" wykupieniu – najlepiej pakietu – kontakt z Bogiem jest pełniejszy, Słowo Boże będzie odtąd mogło być stale obecne w życiu człowieka. "Po" kupnie dostępu do Słowa Bożego życie odbiorcy ulega zmianie, jest o wiele bardziej szczęśliwe, wręcz rajskie, o czym przekonuje postać Adama.

   Raj symbolizuje też powrót do tego, co dla człowieka naturalne – do niczym jeszcze niezakłóconego i niezerwanego kontaktu z Bogiem, do stanu sprzed upadku w grzech. Ponadczasowość właściwa mitom sprawia, że także tu stan rajskiej szczęśliwości Adama jest dostępny ZAWSZE, NATYCHMIAST (pod warunkiem zapłacenia i otrzymania smsa). Niepokojąca z punktu widzenia chrześcijaństwa wydaje się łatwość osiągnięcia tego idealnego stanu – wystarczy zamówić sms z fragmentem ewangelii. Reklama musi jednak zachęcić do skorzystania z oferty, a nie odstraszyć, piętrząc trudności, stawiając warunki i odwołując się do skomplikowanych teorii teologicznych, eschatologiczynych, soterologicznych i Bóg jeden wie, do jakich jeszcze. Jak na dłoni widać tu zjawisko, które Jerzy Szymik określił jako "specjalność wytworów kultury masowej",  a mianowicie niezwykłą bodaj na skalę dziejów ludzkości zdolność spłycania podstawowych kwestii ludzkiej kondycji. Można je uznać za główny grzech reklamy religijnej.

   W "naszej" reklamie odwołano się nie tylko do toposu biblijnego. Wykorzystano też bardzo znany fresk Michała Anioła z Kaplicy Sykstyńskiej – Stworzenie Adama. Potraktowano go jednak twórczo, nadano nowy, choć nieco kontrowersyjny, kontekst, pojawił się też element zabawy, dowcipu – podarowanie Stwórcy i Adamowi telefonów komórkowych. Miałoby to sugerować, że Pan Bóg ma poczucie humoru, puszcza do człowieka oko i nie ma nic przeciw nowoczesnym środkom komunikacji. Sam ich przecież używa.

   Takie potraktowanie Pana Boga wpisuje się w nurt tzw. imagologii – posłużę się tu świetnym określeniem Milana Kundery – która pozwala każdego zamienić w medialną ikonę, budzącą zaufanie, sympatię jakiejś grupy odbiorców i skłaniającą ich do dokonania odpowiedniego wyboru. To drugi grzech, którym grzeszyła i grzeszy większość religijnych reklam i promocji wykorzystujących jakikolwiek antropomorficzny wizerunek Boskich osób. Michał Anioł też posłużył się imagologią przedstawiając Stwórcę jako doświadczonego, mądrego, ale równocześnie mocnego starca. Imagologią posługują się twórcy coraz to nowych "portretów" Jezusa dostosowanych do konkretnych czasów i oczekiwań. Imagologiczną drogę amerykańskiego Jezusa prześledziła Joanna Petry-Mroczkowska (Więź 3/2005). Kiedy dominowała pobożność typu ewangelikalnego (od lat trzydziestych XIX w.), podkreślano przede wszystkim miłość i dobroć Jezusa. Kiedy religijność stała się domeną kobiet (koniec XIX w.), Jezus otrzymał cechy wiktoriańskiego niewieściego ideału – łagodność, uległość, pokorę, miłość do dzieci, czułość. Kiedy chciano przekonać mężczyzn, że religia nie jest tylko "babską rzeczą" (początek XX w.), Jezus stał się umięśnionym, pełnym sił witalnych i radości życia atletą. Później w podobny sposób próbowano przekonać do Jezusa sportowców, twórców filmowych (Jezus – gwiazda filmowa jak w musicalu Jesus Christ Superstar), miłośników komiksów, a wreszcie wszelkich buntowników (dwie edycje kontrowersyjnej kampanii reklamowej CAN, w których Jezus przedstawiany jest jako rewolucjonista w stylistyce kojarzonej z Che Guevarą). W "naszej" reklamie Bóg Ojciec jest miłośnikiem i użytkownikiem gadżetu. Woli się posłużyć telefonem niż bezpośrednio przemówić do człowieka.

   Oczywiście z chrześcijańskiego punktu widzenia takie sprowadzanie Boga, Chrystusa do roli "maskotki" czy medialnej ikony jest ogromnym spłyceniem. Teologia wciąż podkreśla z jednej strony niezmienność Boga – tego samego teraz i na wieki, którego nie da się porównać z człowiekiem, bo już ex definitione jest Inny; z drugiej jednak strony akcentuje się kontekstualność jako jeden z warunków efektywnej ewangelizacji.

   Przykładem efektywnych "działań promocyjnych" bazujących na kontekstualności jest singapurska kampania prowadzona przez agencję reklamową Ogilvy One w 2002 r. pod hasłem "Czyniąc Wszechwiedzącego Wszechobecnym". Wciąż waham się, żeby akcję tę nazwać "kampanią reklamową", bo brakowało w niej kilku istotnych elementów – a mianowicie "kategorii luksusu i wygody", "kategorii ceny" oraz wywierania presji i wpływania na wybór odbiorcy. Odwołano się za to do chrześcijańskiego przeświadczenia, że Bóg może przemawiać do człowieka nie tylko za pośrednictwem Biblii, ale także za pośrednictwem całego swojego stworzenia. Należało tylko przypomnieć, że istnieje ta theologia naturalis, a Bóg jest rzeczywiście wszechobecny, więc wszędzie można znaleźć ślady Jego obecności i działalności. Zastosowano technikę tzw. ambientu, polegającą na podawaniu informacji w dawkach, które nie przekraczają progu świadomej percepcji, trwają bowiem kilka sekund. Wydaje się, że odbiorca natychmiast o nich zapomina, jednak tak nie jest, bo zaczyna o nich pamiętać i kojarzyć z codziennymi sytuacjami. Na jabłkach w supermarketach pojawiły się nalepki z ledwie dostrzegalnym napisem: Wyhodowałem to jabłko specjalnie dla ciebie. Bóg; na lustrach w przebieralniach zapewnienia: Myślę, że jesteś najpiękniejszą osobą na świecie... Ok – trochę jestem stronniczy. Bóg; w gazetach wśród ogłoszeń można było znaleźć anons: Co muszę zrobić, żebyś mnie zauważył? Wykupić ogłoszenie w gazecie? Bóg. Oprócz tego stworzono stronę internetową z linkami prowadzącymi do świadectw różnych osób, w tym także dyrektora kreatywnego Agencji Ogilvy w Singapurze. Wyprodukowano koszulki z napisem Nietzsche umarł. Bóg nawiązującym do znanego powiedzenia niemieckiego filozofa. W telewizji emitowano film pokazujący piękno zielonych drzew, na tle których pojawiał się napis: Jestem tu. I tu. I tu. Film kończy się podaniem "nazwiska twórcy": Bóg. Oczywiście nie zabrakło również smsów typu: Miłego dnia. Stworzyłem go właśnie dla Ciebie. Bóg. I chyba najbardziej znany tekst: Wpadniesz dziś do mnie? Bóg. wysyłany w niedzielę. W kampanii starano się zaangażować uwagę odbiorców na bardzo różnych poziomach percepcji i dostosować przekaz do różnych możliwości intelektualnych (P. Alchimowicz, Wpadniesz dziś do mnie? Bóg, Więź 3/2005).

   W efekcie tej kampanii singapurskie świątynie chrześcijańskie zapełniły się ludźmi. Osiągnięto więc zamierzony cel: zainteresowano odbiorców nadawcą komunikatów – Bogiem. Postarano się, aby Bóg, hodujący dla człowieka jabłka, uważający człowieka za pięknego, tworzący piękną i groźną przyrodę bez użycia komputerowych efektów specjalnych, stał się na tyle atrakcyjny, intrygujący, żeby wpaść do Niego w niedzielę i próbować dowiedzieć się o Nim czegoś więcej. Nie wywierano jednak nacisku, żeby teraz, natychmiast wybrać Boga, chrześcijański styl życia i przyjąć chrześcijański system wartości, obiecując w zamian rajski żywot. Posłużono się więc raczej promocją niż reklamą.

   Akcja promocyjna nie miała wyręczyć i nie wyręczyła Kościoła/ów w dziele ewangelizacji. Nie rozwijano w niej wpadających w ucho sloganów, nie zadawano pytań egzystencjalnych i nie dawano na nie odpowiedzi, pozostawiając to poszczególnym denominacjom. Nie sprawiła, że ludzie nagle się nawrócili, porzucili dotychczasowy styl życia, dotychczasowe wartości i kuszeni łatwo osiągalnym "zbawieniem", dostąpieniem raju, czy bezpośrednim kontaktem z Panem Bogiem, przyjęli chrześcijańską aksjologię. Widać tu wielkie koło, jakie zostało zatoczone od odwrotu od Kościołów instytucjonalnych, poprzez sekularyzację i dojrzewanie do dokonywania wyborów, aż do zainteresowania kwestiami egzystencjalnymi i ponownego zwrócenia się w stronę Kościołów instytucjonalnych i konfesyjnej wykładni prawd wiary.

   Słusznie rozgranicza się dwie rzeczy: promocję duchowości/religii/Boga, wykorzystującą najnowsze techniki, oraz reklamę, służącą perswazji. Pierwsza ma służyć wzbudzaniu zainteresowania i/lub refleksji, być impulsem do zastanowienia się nad życiem, a w konsekwencji do poszukiwań odpowiedzi na egzystencjalne pytania i do metanoi, druga obiecuje szybkie, proste, przyjemne, bezproblemowe i powierzchowne "zbawienie", które nie będzie zbytnio angażowało całego człowieka, ale za które trzeba jednak zapłacić. Tymczasem prawdziwe zbawienie nie jest produktem, który można kupić, dawane jest gratis, ale ofiarujący je oczekuje pełnego zaangażowania obdarowanego. Dlatego tak trudno reklamować coś, co znajduje się poza zasięgiem środków materialnych. Krytycznie do reklamowania religii, duchowości, Boga podchodzą też niektórzy specjaliści od reklamy wskazując, że inne są cele marketingu, a inne cele religii. Celem marketingu jest wpłynięcie na wybór, tymczasem wedle chrześcijańskiego światopoglądu wybór wiary, wybór zbawienia, wybór Chrystusa nie może być zmanipulowany, musi być niezależny od jakiejkolwiek zewnętrznej presji.

   Jak widać, zareklamować Pana Boga się nie da, bo reklama ucieka od spraw ostatecznych, skupiając się na doczesnych, a tylko językiem egzystencjalnym można mówić o wyborze wiary i Boga. Ale nie oznacza to, że nie można Go wypromować, korzystając przy tym ze środków współczesnej kultury i techniki i tak adaptując język reklamy, aby stał się on językiem proegzystencji (czyli bytu/istnienia dla) współczesnego człowieka. Trzeba jednak uważać, aby promocja nie przekroczyła dość płynnej granicy prymitywnej reklamy i nie ofiarowała odbiorcy "komercyjnego zbawienia". Bo jak twierdził Hans Urs von Balthasar, dla chrześcijaństwa dwie sprawy są oczywiste: wierze, opierającej się na Wcieleniu, nie wolno uciekać od świata [a elementem współczesnego świata jest wszechobecna reklama]; jednak wierze, która rodzi się całkowicie z inicjatywy Boga, jest zabronione każde usiłowanie "wymuszania" zbawienia własną mocą.

Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl