Domniemane wąsy listopadowej ciotki

Spis treści
Domniemane wąsy listopadowej ciotki
Page 2
Wszystkie strony

historii Umiarkowanego Powstania w Granicach Prawa część pierwsza

   Czartoryski królem?! Austro-polski triumf pod Sadową?! Koń by się uśmiał. Wyciągnąć kopyta powinien ze śmiechu, gdyby nie fakt, że rozumie, iż podobne bajki mogłyby przecież wypełniać dziś podręczniki historii Polski, pod jednym wszakże warunkiem: Powstanie Listopadowe musiało się udać! A mogło? Śp. Jerzy Łojek od 1966 roku woła na puszczy, że TAK! I czemu tak wrzeszczy? Uważa, po prostu, że wiktoria była na wyciągnięcie uzbrojonej ręki! Gdyby...


   Sytuacja na warszawskich ulicach staje się coraz groźniejsza. Gwałtowne antyrządowe demonstracje przybierają na sile. Nic dziwnego - od świtu pepeesowscy bojówkarze Piłsudskiego rozrzucają ulotki ujawniające treść tajnej umowy Republiki Polskiej z ościennym imperium Romanowów. Lektura to mało budująca - do furii wręcz doprowadza czytelników zobowiązanie się polskiego premiera (da! da! da!) do wydawania ochranie zbiegłych do nas rosyjskich buntowszczików. W rewanżu carat oferuje zwrot za pokwitowaniem niedobitków antypolskiego powstania wileńskiego oraz - co stało się detonatorem zamieszek - szukających w Rosji azylu (o tempora!) przywódców strajkowych z Łodzi i Zagłębia. Jest późny wieczór 15 stycznia 1904 roku. Barykady mnożą się na ulicach jak króliki Rojtszwańca, nad wzburzonym tłumem powiewają biało-czerwone i czerwone flagi, coraz więcej widać też podobizn śp. A. J. Czartoryskiego. To monarchiści-sieroty przypominają republikańskiemu rządowi o swoim istnieniu.
   Nie widziano ich od 1854, kiedy to pierwszy i ostatni Czartoryski na tronie, Jego Królewska Mość Adam Jerzy I pożegnał się z berłem. Wielkimi jak groch łzami łkał, abdykując - marzenia o dynastii z Puław pękły jak mydlana bańka. A miało być tak pięknie! Szefa powstańczego rządu z lat 1830-1833 koronowano na mocy postanowień pokoju w Sztokholmie. Podpisano go z inspiracji Brytyjczyków, tradycyjnie obawiających się destabilizacji kontynentu, a przecież wlokąca się wojna zbuntowanej Polski z carstwem Romanowów tym właśnie groziła. W stolicy Szwecji ustalono, że Rzeczpospolita będzie monarchią konstytucyjną na wzór brytyjski. Określono też terytorium restytuowanego państwa: byłe Królestwo Kongresowe, Litwa (bez Kowna ale z Kłajpedą), kęs Kurlandii (po linię Lipawa-Mitawa) oraz białoruskie i ukraińskie ziemie I i II zaboru rosyjskiego. By osłodzić Austrii powrót Rzeczpospolitej Krakowskiej do macierzy, wymuszono na Polakach wieczystą rezygnację z Galicji.

   Początek panowania był dla niemłodego już monarchy istną sielanką: lud uroczyście fetował odzyskanie niepodległości, odsłaniano setki pomników poświęconych bohaterom Nocy Listopadowej i późniejszej wojny, a kler tak taśmowo odprawiał msze dziękczynne, że tekst Te Deum rychło znały na pamięć chyba nawet noworodki. Ku powszechnej (poza pałacami) radości po burzliwym procesie rozstrzelano gen. Skrzyneckiego, a pożal się Boże eks-dyktatorowi Chłopickiemu zaocznie zasądzono dożywotnią banicję. Armia, pośród ciągłych sporów impetyka Bema z mimozowatym Prądzyńskim, z dumą lizała rany po krwawej batalii. Przedstawiciele gwarantów pokoju - ambasadorowie brytyjski, francuski i austriacki patrzyli z Warszawy na ręce carowi, który miał je na szczęście wciąż zajęte na Bałkanach i w Azji. Nękający Rosję (od końca lat dwudziestych) kryzys ekonomiczny stał się znakomitą lokomotywą dla rozwoju polskiej gospodarki.
   Weterani Powstania Listopadowego nie nudzili się jednak zbyt długo - w 1848 roku mogli już znów założyć mundury. JKM Adam Jerzy I, korzystając z Wiosny Ludów złożył Habsburgom propozycję nie do odrzucenia: "Galicja (póki co, bez Lwowa) do Polski" ceną za zaniechanie militarnego wsparcia powstałych bratanków z Budapesztu. Zgrzytając imperialnymi zębami zrewoltowany i chwiejący się w posadach Wiedeń z kwaśną miną musiał się zgodzić. Na wieść o tym Mikołaj I wreszcie dostał apopleksji. Jego zgon uczczono w Warszawie uroczystą mszą żałobną z udziałem Czartoryskiego oraz niemrawo rozpędzanymi przez policję radosnymi korowodami ulicznymi (haseł wstyd przytaczać). Na fali z trudem skrywanego entuzjazmu król polski przychylił się do żądań marszałków sejmu (Mochnackiego) oraz senatu (Lelewela) i skierował do Wielkopolski stutysięczny korpus Bema, by wesprzeć zryw tamtejszych Polaków.
   Reakcja pruska ograniczyła się do łzawych protestów dyplomatycznych, których nikt nie słuchał, gdyż zrewoltowanemu Berlinowi brakło armii do nadania siły słowom - Wielkopolska wróciła do Polski. Osłabienie Prus zachęciło niemieckich liberałów i mając w rękawie atut tajnego sojuszu z Warszawą oraz Paryżem, Niemcy zjednoczyły się owego burzliwego roku 1848, stolicą swą czyniąc Frankfurt nad Menem. Pojawienie się na mapie Starego Kontynentu trzech równie słabych państw niemieckich w miejsce rosnącej wcześniej dominacji wiecznie łakomych Prus spotkało się z aplauzem Europy, a Paryża w szczególności.

   O paradoksie! W wyniku sukcesów z 1848 roku sytuacja Polski pogorszyła się. Po odzyskaniu przez nas Galicji stosunki polityczne z powracającą do sił Moskwą uległy praktycznie hibernacji, a i Wiedeń nie zamierzał darować Warszawie "niecnej kradzieży" Galicji, tym bardziej, że zwycięski Budapeszt godził się jedynie na bardzo luźny związek z Austrią, a świeżo przebudzeni Czesi swe słowianofilskie marzenia lokowali nad Wisłą. Monarchia habsburska trzeszczała w szwach i skłonna była do nader nerwowych posunięć. Sytuacji tej zupełnie nie rozumiał Adam Jerzy I upojony sukcesami terytorialnymi i dumnie kroczący w glorii wskrzesiciela ojczyzny. Zapragnął zostać pierwszym od Sobieskiego polskim pomazańcem wygrywającym wojnę. Król wprawdzie wytrzymał "całe" sześć lat, ale przy pierwszej okazji przeszarżował: postawił na złego konia wojny krymskiej i przegrał. W tajemnicy przed sejmem i za nic mając ryzyko porozumiał się z carem, obiecując uderzenie na Austrię. Lwów się Jego Królewskiej Mości zamarzył!

   Co za dużo, to nie zdrowo. Choć dotąd Francja i Wielka Brytania patrzyły przez palce na "zbieranie ziem polskich", to osłabianie Wiednia z korzyścią dla Moskwy (przeciwnika w krymskiej wojnie) nie leżało w ich interesie. Czym prędzej popłynęły więc pieniądze i instrukcje, w ambasadach światło po nocach nie gasło i oto "nagle" Warszawa zachorowała na antykrólewską gorączkę! Już po tygodniu sytuacja wymknęła się inicjatorom z rąk i wybuchła (spóźniona o co najmniej pół wieku) antyfeudalna rewolta - ku niezadowoleniu Londynu monarchię w Polsce obalono. Pierwsza w dziejach Polski republika zaraz na wstępie wyrzekła się "na zawsze" Lwowa i zajęła likwidacją resztek feudalizmu. Mimo przemożnego oporu oburzonego kościoła, wściekłej szlachty i żeby było śmieszniej sporej masy chłopstwa - zniesiono pańszczyznę.
Nasze stanowcze desinteressement w kwestii lwowskiej i porażka Rosji w wojnie krymskiej popchnęły Austrię do związania się z Warszawą tajnym sojuszem militarnym. Przydał się 12 lat później, kiedy to nawykłe do z rozpychania się łokciami Prusy uderzyły na czeską prowincję Habsburgów. Wypełniając sojusznicze zobowiązania, Polacy wtargnęli na Pomorze oraz Warmię. Osłonowe oddziały pruskie stawiły rachityczny opór i republikańska armia Polska zajęła Bydgoszcz, Toruń, Olsztyn i Gdańsk. Nieco kwasu w stosunkach polsko-austriackich wywołał fakt, iż na główny teatr wojny Warszawa przysłała ledwie piętnastotysięczny korpusik, który zresztą wybito prawie do nogi (zginął Prądzyński) pod Sadową. Nie zmieniło to faktu, że von Benedeckowi udało się koncertowo sprać von Moltkego kładąc kres pruskim snom o potędze oraz karierze von Bismarcka. "Żelazny Otto" musiał poprzestać na pisaniu nudnych pamiętników, na które nigdy nie znalazł wydawcy, ponieważ...

   Czartoryski królem?! Austro-polski triumf pod Sadową?! Koń by się uśmiał. Wyciągnąć kopyta powinien ze śmiechu, gdyby nie fakt, że rozumie, iż podobne bajki mogłyby przecież wypełniać dziś podręczniki historii Polski, pod jednym wszakże warunkiem: Powstanie Listopadowe musiało się udać! A mogło? Śp. Jerzy Łojek od 1966 roku woła na puszczy, że TAK! I czemu tak wrzeszczy? Uważa, po prostu, że wiktoria była na wyciągnięcie uzbrojonej ręki! Gdyby…
   Jak potrzebującym wiadomo, ugór na czubku czaszki bez problemu można zrekultywować. Dwie metody są tu najpewniejsze – zapuszczenie brwi i ich zaczesanie do góry albo połknięcie szczotek do butów połączone z postawieniem sobie na głowie baniek (najlepiej chińskich, bo bezpieczniejsze). Z wąsami już tak dobrze nie jest – nie rosną, to nie rosną i koniec pieśni. Za to kiedy są… Wtedy nawet płeć można zmienić, jak w przypadku znanej wszystkim ciotki z szansami wujka. Ech, gdyby ona te wąsy miała, to by dopiero była historia! Gdyby…

   Historia "gdybana", bardziej elegancko zwana alternatywną, traktuje o transformacji płci wydarzeń, polega na przyprawianiu dziejowym ciotkom wąsów alternatyw. Znakomita większość profesjonalnych historyków rozważania tego typu uważa za zgoła niepoważne i traktuje z pogardą. W najlepszym wypadku wzruszeniem ramion skulonych nad źródłami obdarza takie "jałowe dyskusje", bo przecież jak było, tak było i inaczej już nie będzie! Racja, ale nie o to chodzi, by przeszłość zmieniać, bo to marzenia ściętej głowy, czyli bzdura, choć pewnie Ludwik XVI uważałby inaczej. Historia "gdybana" uprawiana serio to tzw. "wariantowe widzenie dziejów". Kto za tym stoi i na co to komu? A na to, że ssąc inne wersje wydarzeń z palca umaczanego w wiedzy historycznej, można w ostrzejszym świetle ujrzeć postawy, czyny i zaniechania dawnych graczy tłoczących się przy stoliku historii, jakże często zielonym suknem przykrytego.
   Brak "gdybanej" refleksji często niesłusznie łagodzi osądy i popycha ku fatalistycznym wizjom. O ile łatwiej usprawiedliwić mikry antyrozbiorowy opór naszych osiemnastowiecznych rodaków, kiedy się "wie", iż Rzeczpospolita skazana była na pożarcie przez trzy orły (o – summa summarum – pięciu łbach). A czy nie mogło dziać się inaczej? "Wiedząc", skłonniśmy na przykład do rozgrzeszającego głaskania po zafrasowanej peruczce Stanisława Augusta. A gdyby – jak żądał Jerzy Łojek – moralny karzeł na tronie spłacił narodowi dług zaciągnięty w Banku Targowica SA? A gdyby tak stworzył fakt polityczny, szczędząc podpisu na narzuconym akcie i dał się zamknąć w Szlisselburgu? Ale nie, Poniatowski stulił po sobie królewskie uszka i abdykował, koncentrując się na żebraniu u eks-kochanki o spłatę długów. Idąc nieco dalej w czasie – rezygnując z gdybania na temat sposobów prowadzenia (i co za tym idzie – szans) insurekcji roku 1794 – pchamy na zbyt wysoki cokół pupila Czartoryskich, co to sobie sukmaną brak cojones dyskretnie zasłaniał. A jak zryw by się potoczył pod wodzą Jakuba Jasińskiego (ręka do góry, kto o nim słyszał?), który dysponując na Litwie wielekroć mniejszymi siłami i środkami, wydolił pokazać, jak się robi powstania?


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl