Lot nad generalskim gniazdem

   Kłótnia o to, kto Powstanie Listopadowe przegrał: "generałowie idioci" czy "szamerowani zdrajcy" wybuchła tuż po samej klęsce i – sądząc z corocznych okolicznościowych wiązanek – do dziś nie została rozstrzygnięta. Króluje podejście najłatwiejsze: romantyczni podchorążowie wywołali powstanie, które przegrali nieudolni (czytaj: głupi) dowódcy. Ale czy generał w ogóle może być idiotą?


   "Uczynna dziewczyna" niepierwszej młodości wsiada do autobusu i beznamiętnie mamlając gumę pyta:
- Wszyscy jesteście stuknięci?
   Brak odzewu - cisza aż w uszach dzwoni. Gdyby to był Lot nad kukułczym gniazdem, zagadnięci zerknęliby po sobie, po czym z lekkim zażenowaniem, ale i niejaką dumą przytaknęli. Ale to nie ten autobus, nie ci pasażerowie. Tamci nie siedzieli obleczeni w przebogate mundury, ci tutaj owszem – to stu piętnastu polskich generałów z Powstania Listopadowego. Pytanie wywołuje konsternację: nie wiedzą, co odpowiedzieć, gdyż do choroby psychicznej, a tym bardziej do zwyczajnej głupoty nie wypada się przyznać, a kiedy zaprzeczyć – wyjdzie się na zdrajców, bo tertium od ponad półtora wieku non datur. Do opinii historyków nijak się odwołać: spory tłumek przyprószonych archiwalnym kurzem okularników czeka generałów, marznąc na przystanku Idiocin Wielki, a nie mniej liczna brodata gromadka sterczy pod dziurawą wiatą w Zdradowicach Głównych, gdyż głowy dać gotowa (a nawet produkowane przez lat kilkadziesiąt fiszki), że tam właśnie miejsce generalicji.

   Kłótnia o to, kto Powstanie Listopadowe przegrał: "generałowie idioci" czy "szamerowani zdrajcy" wybuchła tuż po samej klęsce i – sądząc z corocznych okolicznościowych wiązanek – do dziś nie została rozstrzygnięta. Króluje podejście najłatwiejsze: romantyczni podchorążowie wywołali powstanie, które przegrali nieudolni (czytaj: głupi) dowódcy. Ale czy generał w ogóle może być idiotą? Odpowiedź na to pytanie niestety nie może być bezwzględnie przecząca, jako że historii wojen "od zawsze" jest wiadome, iż generalski patent, broń Boże, nie wyklucza niczego, a głupoty w szczególności. Wprawdzie idiotów i wśród niższych szarż nigdy nie brakowało (i nie brakuje), ale dopiero generalski wężyk pozwala wojskowej głupocie w pełni rozwinąć skrzydła, a co dopiero buława marszałkowska!
   Kroniki wojen zanotowały liczne przypadki ewidentnych chorób psychicznych wśród wyższych oficerów. Ot, choćby feldmarszałek Blücher (ten od Waterloo) zanudzający swój sztab informacją, iż zaciążył i niebawem urodzi słoniątko - nie o taką "głupotę" jednak tu chodzi. Mowa o braku kompetencji dowódczych, militarnym dyletanctwie z pozłacaną szpadą u boku. Mowa o wodzach-partaczach, którzy de facto są "dodatkowymi zawodnikami na boisku" armii przeciwnych.
   Generał-głupiec, taki pełną gębą, nie wykorzystuje przewagi liczby, uzbrojenia oraz wyższości wyszkolenia, zaprzepaszczając taktyczne i strategiczne szanse na odniesienie zwycięstw. Kiedy należy uderzyć – zarządza odwrót, gdy konieczny jest pościg, by przeciwnik nie otrząsnął się z klęski – drepcze w miejscu. Miast koncentrować oddziały, rozprasza je, a słane przełożonym sprawozdania polewa sosem megalomanii i z patologiczną niechęcią traktuje rady oraz sugestie niższych stopniem fachowców. Patrząc na poczynania generała-idioty wypadałoby ryczeć ze śmiechu, gdyby nie fakt, że ceną za jego głupotę są śmierć, rany lub niewola setek, tysięcy ludzi. Śmiech więc zdycha na wargach, a pięści się zaciskają. Aż kostki bieleją, kiedy przypomnieć sobie, JAK nasi generałowie przegrali powstanie.
   By zwyciężyć, należało rozpocząć wojnę atakiem na trzęsącego w Wierzbnie portkami Wielkiego Księcia i przeciągnięciem na polską stronę Korpusu Litewskiego sformowanego z Białorusinów, Litwinów i Ukraińców, a dowodzonego w 90% przez Polaków. Książę Pan do spółki z "Ojcem powstania" perfekcyjnie zadbali, by do tego nie doszło. Konstanty zupełnie nie niepokojony wycofał się z Królestwa i aż po luty 1831 r. (dwa i pół miesiąca!) nie było w Kongresówce ani jednego rosyjskiego żołnierza. Również i dlatego, że Chłopicki (chcąc przypodobać się Mikołajowi I, z którym za plecami rządu paktował) odesłał carowi kilkuset jeńców. Na domiar carskiego, Dyktator skutecznie storpedował mobilizację polskiej armii, a to, co miał pod komendą, unieruchomił w pobliżu stolicy.

   Kiedy dwa miesiące później nadczłapał Dybicz, zadbano, by przekraczającemu Liwiec krzywda się nie stała. I udało się! Zaraz potem Chłopicki wpadł na pomysł rozegrania tuż pod Warszawą bitwy remisowej taktycznie, a strategicznie zwycięskiej dla Rosjan. Można było inaczej, gdyż Chrzanowski (jeszcze w grudniu) proponował atak na armię carską koncentrującą się tuż za granicą Kongresówki, a Prądzyński postulował ofensywę aż po Niemen i Polesie. Oba plany odrzucono, ponieważ pulsowały rozmachem operacyjnym i rokowały pełne zwycięstwo. Petersburg mógł odetchnąć, mimo iż wyraźnie nie pasujący do towarzystwa Dwernicki stłukł niebawem Geismara pod Stoczkiem.
   Aż do 17 lutego na przedpolach stolicy czekano bezczynnie na interwentów. Wreszcie dotarli i mógł pan generał Skrzynecki stoczyć bitwę pod Dobrem. Mimo przewagi liczby i pozycji skoncentrował się na odwrocie, by przypadkiem żołnierzy nie poniosło i nie pokonali wroga. Dwa dni potem pod Wawrem Żymirski i Szembek odrzucili Rosjan i mogli ich zniszczyć, ale odmówiono im posiłków więc po paru godzinach musieli się wycofać. I dobrze, bo przecież Moskale mogli przegrać i co wtedy? Przecież po rozbiciu rosyjskiej awangardy szanse na nasz sukces w kampanii zdecydowanie by wzrosły. Apage
   Chłopicki postanowił spokojnie trzy dni zaczekać na koncentrację sił wroga, by ten miał większe szanse wygranej.

   20 lutego Rosjanie z uporem maniaka szturmowali centrum polskiego szyku pod Grochowem - bezskutecznie; Polacy utrzymali pozycję. W takiej sytuacji najlepiej pomóc przeciwnikowi stercząc kołkiem w miejscu przez kilka dni, aż wreszcie wszystkie jego siły dotrą na pole bitwy. Tak też uczyniono i po trzech dniach nowy korpus rosyjski dodreptał do Białołęki, gdzie dzwoniła na mrozie zębami nasza brygada piechoty. Gen. Małachowski popełnił faux pas porównywalne z puszczeniem bąka w eleganckim towarzystwie. Nie rozumiejąc intencji przełożonych, zamiast obserwować i dać Rosjanom czas na rozwinięcie szyku – uderzył. Skutkiem tego skandalicznego postępku zarysowała się kolejna szansa zniszczenia sił moskiewskich, tym bardziej że do walki spontanicznie przystąpiła pobliska polska brygada pod Giełgudem. Nic z tego! Zawsze czujny Chłopicki zabronił kontynuowania ataku i dzięki temu Rosjanie zyskali czas, by się otrząsnąć, a potem przejść do kontrataku, który cudem tylko nie skończył się pełnym sukcesem. Zapadła noc. Nad ranem carski dowódca postanowił się wycofać i wówczas na skłębione rosyjskie żołdactwo (wbrew rozkazom!) uderzyli nasi, gromiąc nieprzyjaciela. Chłopicki znów popisał się refleksem i zakazał pościgu. Spokojny o swe skrzydło Dybicz mógł już uderzyć całą mocą na Olszynkę Grochowską.

   Gdyby nie konsekwentne dążenie powstańczego dowództwa do remisu, pewnie nie miałby Kossak czego uwieczniać, ale udało się i zaczęli Polacy malowniczo ginąć w rozstrzeliwanym carskimi pociskami zagajniku. Przez cały dzień bronili się bohatersko, by na koniec opuścić pozycję, przez co zamiast sukcesu militarnego odnieśli kolejne wspaniałe zwycięstwo moralne poprzez remis taktyczny. Z ofiarowania Rosjanom sukcesu strategicznego nic nie wyszło. Mimo iż w pełni zdolna do walki armia polska wycofała się do Warszawy, to drań Dybicz zawiódł nadzieje: wystraszył się forsowania Wisły pod ogniem naszych dział, nie miał za wiele amunicji, poza tym głód pętał kiszki jego wojakom. Mimo ofiarnej pomocy Chłopickiego Rosjanie pod Grochowem nie osiągnęli niczego i wycofali się. Źródła nie podają, czy z tego powodu dyktatora szlag trafił. Uczyniła to natomiast kula z armaty Jego Carskiej Wysokości i Chłopicki wypadł z gry, zwalniając pole jeszcze lepszemu od siebie "patriocie" – Skrzyneckiemu.

   Ten to dopiero klasę pokazał! Z porażającą konsekwencją odrzucał wszelkie ofensywne plany. Jeśli zaś przyjmował, to czynił z nich ich własne karykatury. Można było likwidować rozproszonych Rosjan korpus po korpusie, ale nasz Wódz wciąż perfekcyjnie dbał o to, by w porę zdążyli się skoncentrować, albo też wysyłał w pole zbyt małe siły. Choćby pod Dębe Wielkie, gdzie dwa i pół pułku polskiej piechoty szturmowało cały korpus rosyjski, a trzymane na smyczy nasze siły główne obserwowały to bezczynnie z niewielkiej odległości. Dopiero pod wieczór Prądzyński wybłagał u Skrzyneckiego szarżę kawalerii. Po uporczywej walce z Rosjanami oraz własnym Wodzem Naczelnym, kosztem 400 trupów własnych rozbito cały korpus carski, ale przecież nie o to chodziło w całej tej zabawie.
   Nie było też jej celem, jak się okazało, zajęcie Siedlec, w których Dybicz zgromadził całe swoje zapasy oraz polskich jeńców. Skrzynecki nakazał trzydniowy postój, by Rosjanie mogli zabrać wszystko, co potrzeba, i wycofać się. Na wszelki wypadek odebrano Prądzyńskiemu spod komendy sporą część wojska i skutkiem tego pod Iganiami siły rosyjskie były prawie dwa razy liczniejsze od naszych. Mimo to bezczelny budowniczy Kanału Augustowskiego zwyciężył i gdyby nie bohaterska – z carskiego punktu widzenia – postawa Skrzyneckiego, który jak tylko mógł spowalniał marsz sił głównych – okrążono by Rosjan i doszczętnie zniszczono.
   Kiedy tylko uszczęśliwieni Moskale cofnęli się nieco, by masowo mrzeć na cholerę, nasi na palcach odeszli, by im nie przeszkadzać. Mimo tych starań pod koniec kwietnia i tak sytuacja zrobiła się niebezpieczna. Przeciw 50 000 Rosjan stanęło 70 000 Polaków, ale nasz Wódz Naczelny finezyjnie odesłał część wojska w lubelskie, wyrównując szanse. Pozostał też w miejscu, ale zarazą trzebionym wrogom się nie naprzykrzał. Chóralne westchnienia ulgi dobiegające z rosyjskiego obozu musiały mu wystarczyć za podziękowanie. Dlaczego wrony widzące, co się święci, i turlające się ze śmiechu nie pospadały z oblodzonych konarów, do dziś zastanawia ornitologów i historyków wojskowości.

   I znów namolny Prądzyński przedłożył plan. Tym razem uroił sobie osobne zniszczenie gwardii carskiej oraz sił głównych Dybicza, a w efekcie finalnym wyrzucenie agresorów z Kongresówki. Skrzynecki trzymał jednak rękę na pulsie i tak manewrował, by Rosjanie zdążyli skoncentrować siły. Potem odesłał zapasy amunicji z dala od Ostrołęki i odpowiednio pokierował bitwą. Klęska powstańców była druzgocąca, co dziwić nie powinno. Historycy twierdzą, że feldm. Dybicz zmarł na cholerę, ale ja nie wykluczam zgryzoty, gdyż musiał rozumieć, iż wszystkie swe sukcesy zawdzięczał polskiemu wodzowi, a nie sobie samemu.
   Gdy w miesiąc po ostrołęckiej klęsce pokonana armia polska szybciej odzyskała siły od zwycięskiej rosyjskiej, a maniak Prądzyński przedstawił kolejny pomysł rozbicia interwentów, Skrzynecki znów pokazał, co potrafi. Wniósł tak zasadnicze poprawki, że wykonanie powstałej karykatury planu groziło nam katastrofą, przy której Ostrołęka to fraszka.

   Kiedy, równa liczbą naszej, armia Paskiewicza była o krok od Warszawy, wyszedł z niej (by prawie nie walczyć) 20-tysięczny korpus hochsztaplera Ramoriny. Dzięki temu łatwiej było potem po króciutkiej obronie skapitulować, zapewniając sobie alibi w postaci rzekomego samobójcy Ordona i ginącego kaleki Sowińskiego. Choć ciężko w to uwierzyć, ale ledwie jeden szturm (z pewnymi sukcesami) wystarczył, by generałowie zdecydowali o kapitulacji przed wrogiem prawie pozbawionym artyleryjskiej amunicji. Świetnie słysząc co w polskiej trawie piszczy, Paskiewicz odmówił rokowań z rządem, a poprzestał na generalicji i się nie przeliczył. Na czterdziestu tylko sześciu chciało bronić się dalej.

   Jeśli spojrzeć na sposób prowadzenia tej wojny, to faktycznie wydaje się, że dowódcy nasi wyfrunęli na przepustkę z kukułczego gniazda, z oddziału dla szczególnie ciężkich przypadków i teza o ich idiotyzmie wydaje się zasadna. Gdyby tak wojowali pod Bonapartem, cesarz kazałby ich rozstrzelać.
No, właśnie. Czy możliwe, żeby generałowie wyedukowani w solidnej napoleońskiej szkole dowodzenia przez marne szesnaście lat stali się militarnymi idiotami? Skoro francuskiej generalicji wystarczył okres 1918-1940, by z pułapu równego kajzerowskim dowódcom stoczyć się do poziomu żałosnych dyletantów, to czemu nasi mieliby być gorsi? Dwudziestolecie międzywojenne to jednak wręcz rewolucja w technice wojskowej, taktyce i strategii, a od klęski Napoleona po Powstanie Listopadowe nic się w tych sferach nie zmieniło, pomijając może śmielsze stosowanie rac Congreve’a, ale tego akurat Polacy mogli uczyć Rosjan, a nie odwrotnie.

   Weygand z Gamelinem w myśleniu o wojnie zatrzymali się na roku 1918 i przez to w 1940 przegrali w sposób – delikatnie mówiąc – kompromitujący. Czy do podobnego skamienienia mózgów mogło dojść u naszych generałów? Mogło i doszło. Jednak, jak podkreślają historycy wojskowości, to właśnie „napoleońskie atawizmy” stały się kilkakroć przyczyną taktycznych sukcesów armii powstańczej. Od 1814 roku Europa restytuowała ancien regime również i w armiach, skutkiem czego zapanował der revuetaktische Zug (ciąg ku taktyce rewiowej). Nie inaczej było w wojsku konstantynowskim, choć nie do końca. Przy akceptacji W. Ks. Konstantego, przecież maniaka defilad, szkolono nasze wojsko korzystając (choć w stopniu ograniczonym) z doświadczeń napoleońskich. Skutkiem tego nasi dowódcy bardziej skłonni byli stosować ekonomię sił, manewr skrzydłowy oraz atak piechoty na bagnety. Warto też wiedzieć, że dosłownie wszystkie starcia piechurów (przy względnej równowadze liczebnej), ilekroć doszło do walki wręcz, wygrali w 1831 Polacy. Jak widać jasno – proweniencji ewentualnego skretynienia naszej generalicji należy szukać gdzie indziej.

   A może zabrakło doświadczenia bojowego i umiejętności? Cóż, wprawdzie generalicja rosyjska niewątpliwie miała więcej wprawy w samodzielnym dowodzeniu wielkimi jednostkami, to umiejętności naszej były wystarczające. Nabyła je zresztą w bojach z czołówką europejską – Prusakami, Austriakami i żołnierzami cara, a nie jak Rosjanie – w wielkiej mierze – walcząc z miernymi armiami Turcji i Persji. W pracy sztabowej mieliśmy zdecydowaną przewagę, gdyż nikt z Rosjan nie dorównywał talentem Prądzyńskiemu i Chrzanowskiemu. Na dodatek, szczególnie na szczeblu brygad i pułków, posiadaliśmy dowódców dużo lepszych, szczególnie w piechocie. Fachowcy oceniali poziom manewrowania Polaków pod ogniem, od batalionu po dywizję jako "niemal perfekcyjny". To nie o naszej armii a carskiej napisał Rosjanin Puzyrewski, że przepełniona była oficerami całkowicie nieobeznanymi ze sprawą wojenną nawet teoretycznie. Jak widać gołym okiem – w niczym nasi nie ustępowali Moskalom, czym więc tłumaczyć klęskę za klęską? Dlaczego wszystkie prawie sukcesy militarne odnieśliśmy ponieważ ktoś u kogoś wybłagał zgodę na sensowne działania? Bo ktoś gdzieś złamał rozkaz z góry? Co, do diaska, stanowiło przyczynę głupoty polskich generałów w 1831 roku? Nic. Skoro drzewa nie było, próżno szukać korzeni. Nie znajdzie się ich również tam, gdzie zwykło się twierdzić, iż generałowie nie wierzyli w możliwość zwycięstwa. Byli fachowcami na niezłym zupełnie poziomie, a to wyklucza ślepotę strategiczną, nieumiejętność oceny sytuacji. Nie tyle nie wierzyli w sukces, co byli mu po prostu przeciwni.

   Nie istniała nigdy i nigdzie w dziejach armia, której każdy generał był głupcem (czytaj – nieudolnym partaczem), polskie wojsko listopadowe nie jest tu wyjątkiem. Co najmniej naiwnością jest tłumaczenie zmarnowania wszystkich możliwych szans sukcesu dyletanctwem – wcale uzdolnionych w istocie i doświadczonych – generałów dowodzących świetnym wojskiem, "chorym" na patriotyczną gorączkę. Perfekcyjnego spętania wojennego wysiłku społeczeństwa, uwalniania Rosjan od groźby klęski, ilekroć tylko zajrzała im w oczy, nie da się objaśnić nieudolnością-głupotą. Za wiele w tym konsekwencji, za wiele precyzji. W zbyt logiczny ciąg układają się "błędy". Nie głupota to, lecz zdrada!

   Oczywiście, nie należy jej pojmować w podstawowym sensie tego słowa. Pomijając kilku łajdaków, którzy uciekli do Rosji, nie ma do dziś dowodów na pozostawanie któregokolwiek generała powstańczego na żołdzie carskim, kiedy toczyły się walki. Zdrada była innej natury, przez to bardziej perfidna i dotkliwa dla narodu: generałowie-zdrajcy, nie żadni idioci, okazali się Wallenrodami w imię carskie! Jak postulował Drucki-Lubecki – stanęli w listopadzie 1830 na czele bijącej się o niepodległość armii po to tylko, by tak nią dowodzić, aż wreszcie car będzie mógł odtrąbić zwycięstwo. O żadnej nieudolności mowy być nie może, wręcz przeciwnie. Przypadek Skrzyneckiego dobitnie świadczy, że uczyniono dokładnie wszystko, by nie móc zwyciężyć. Jak "Ojciec powstania" Chłopicki perfekcyjnie zmarnował miesiące pierwsze, tak Skrzynecki z Krukowieckim brawurowo doprowadzili rzecz do końca. Co nimi kierowało?
  Ten pierwszy w "krótkich żołnierskich słowach" rzecz wyjaśnił: zostawiając wszystko na miejscu swoim jako było, utrzymać potrafię cesarza w opinii, że swe małe królestwo odzyszcze. I udało się. Odzyskał. Byłoby dziwne, gdyby stało się inaczej, gdyż przecież zanosiło się na to od samego początku. Podchorążowie wyprowadzili okręt z portu, by jego ster oddać generalicji, a tymczasem nocą z 29 na 30 listopada 1830 roku ani jeden polski generał nie stanął przeciw carowi. Wszyscy (!) byli przeciwni powstaniu. Jedni aktywnie i na oczach społeczeństwa, drudzy w zaciszu pałaców i sztabów. Tych pierwszych zastrzelono, drugim los pozwolił grać komedię, a aktorami okazali się być wybornymi, skoro pod dziś dzień wielu wierzy w ich głupotę. Choć ich car o to nie prosił, spontanicznie tłumili powstanie, śniąc o petersburskiej nagrodzie. Nie utożsamiając się z dążeniami narodu, mogli wycofać się w domowe pielesze (niektórzy tak uczynili) i spokojnie czekać końca ruchawki. Nie gwarantowało to jednak utrzymania uprzywilejowanej pozycji w popędzanym nahajką Królestwie Kongresowym, postanowili więc generałowie dopomóc carowi (i sobie, i sobie!).

   Aktywni w powstaniu Kongresowiacy grupowali się w trzech zasadniczych frakcjach. Lewica (upraszczając, można zaliczyć tu i "Kaliszan"), dążąca do niepodległości przez wojnę z caratem, postulowała maksymalny wysiłek narodowy, wielkie ofensywy oraz powstanie na ziemiach zaboru rosyjskiego – realnie odgrywała rolę niewielką i steru nie trzymała w rękach. Ucapili go natomiast umiarkowani konserwatyści pod wodzą Księcia Pana marzący o lokalnych zwycięstwach, pomocy militarnej Zachodu oraz zmuszeniu cara do rokowań, celem przywrócenia w Królestwie ducha i litery konstytucji oraz "rozszerzenia wewnętrznego". Jak celnie zauważył Łojek – powstanie było dla nich swoistym załącznikiem do petycji kierowanej na carski adres. Była i trzecia orientacja, w której ton nadawali ludzie pokroju Druckiego-Lubeckiego, śniąca o szybkiej kapitulacji i po prostu przywróceniu stanu sprzed 29 listopada. Generalicja nasza en bloc należała do kapitulantów, choć w części też i do umiarkowanych, przestaje więc dziwić, iż żaden z wodzów naczelnych nie postawił przed powstańczą armią zadania zniszczenia siły żywej nieprzyjaciela.

   A to nie partia szachów, bez tego nie da się wygrać żadnej wojny! Sposób zaś jej prowadzenia bezpośrednio wynika z polityki, której strategia militarna jest służebnicą. Skoro polityczne cele były tak a nie inaczej określone, to logiczne, że strategia kulała jak ochwacona szkapa. Po co niszczyć armie carskie, skoro nie zamierza się zrywać z carem?
   Dlaczego napoleońscy bohaterowie zdradzili? Wzorem większości francuskich marszałków po moskiewskiej kampanii – zachorowali. Po roku 1815 ich patriotyzmem zawładnął uwiąd starczy. O niepodległości zapomnieli, Kongresówkę uznali za maksimum tego, co można było wówczas uzyskać. Owo "wówczas" rozciągnęło im się w czasie aż po rok 1831. Masując swe obite w 1812 roku kondotierskie pośladki, pragnęli już tylko dożyć w spokoju i splendorze końca dni swoich i zupełnie nie widzieli powodu, by na pierwsze wezwanie jakichś tam podporuczników stawiać na kartę wolność, życie i karierę osobistą. Los narodu był im tyle bliski, ile nie zagrażał osobistym interesom, a te mieli rozległe bardzo, jak choćby gen. Różniecki, który na miesiąc przed powstaniem zaczął zasypywać Konstantego doniesieniami o podchorążackim spisku, by odwrócić uwagę satrapy od afery finansowej, w której tkwił po uszy.
   Wspaniałym wyjątkiem okazał się pewien generał ekslegionista, który choć początkowo był (biernie) przeciwny powstaniu, to potem zdołał przekroczyć listopadowy Rubikon uważając, że: źle się stało, panowie, ale gdyśmy podnieśli broń, […] trzeba zwyciężyć […] jeśli każdy z nas: wódz, oficer, żołnierz postanowią jednozgodnie, szczerze i święcie zginąć lub zwyciężyć, to żadna siła się nam nie oprze - zwyciężymy. Nie dziwi ani to, że go Chłopicki za to nienawidził, ani tym bardziej fakt, gen. Żymirski okazał się jedynym (sic!) naszym generałem, który padł od wrogiej, nie polskiej kuli, a zginęło ich dziesięciu.
   Podobnie myślących generałów można wymienić po nazwisku bez obawy, iż zbyt wiele miejsca to zajmie: Sznajde, Szembek, Bem, Prądzyński, Małachowski, Kołaczkowski, Bogusławski i Chłapowski. Może jeszcze paru… Pozostali, robiąc patriotyczną minę do carskiej gry, póty powstanie dławili od środka, aż wreszcie upadło. Musiało to nastąpić, skoro naiwni powstańcy oddali ster w zramolałe łapska podstarzałych kondotierów, rezygnując z namaszczenia oficerów młodych i zdecydowanych walczyć na serio. Ci zapewne nie obawialiby się stworzenia masowej, przepojonej duchem powstańczym armii ani ofensyw druzgocących carskie korpusy.

   Prawdopodobnie poszliby śladem dowódców rewolucyjnej armii francuskiej, którzy każdą bitwę usiłowali wygrać, karierą, życiem ryzykując i koncentrując się na biciu wrogów, a nie marudzeniu, że "nic z tego nie będzie". Do tego trzeba było jednak rewolucji z toczonej krwi i łamanych kości, a nie Umiarkowanego Powstania w Granicach Prawa. Można rewolucję francuską widzieć przez bourbońskie okulary, ale warto nie zapominać, że dzięki widmu gilotyny francuscy Chłopiccy nie spaprali wysiłku narodu, a Skrzyneccy nie zasypiali na polach bitew. Mało to przyjemna prawda, ale jednak.
   Próbowano u nas pójść podobnym tropem, ale maszerujących (tym razem za Mochnackim) podchorążych powstrzymał klęczący na bruku Wysocki łzami i błaganiem. Cofnęli się. Dzięki temu tonącym wrakiem powstania sterować nadal mogli generałowie, których jedni postrzegali jako głupców, drudzy widzieli zdrajcami. Wraz z armatorem Czartoryskim pilnie pracowali, by okręt zatonął. Nie dopuścili do klęski Rosji, działając z zegarmistrzowską precyzją. Na co liczyli w zamian? Na nagrodę w postaci albo rozszerzenia wewnętrznego, albo przynajmniej przywrócenia status quo. Mikołaj I jednak grzmotnął paskiewiczowskim młotkiem w kapitulancki zegarek, brutalnie dziękując swym stronnikom za współpracę i za nic mając nasz wewnątrzpolski spór: zdrajcy to, czy głupcy. Miał w istocie rację, gdyż "osobistości" nasze były i zdrajcami, gdyż dążyły do pacyfikacji narodowego powstania, i głupcami, ponieważ ich polityczne koncepcje ledwie można zaliczyć do pobożnych nadziei, będących rodzicami politycznej głupoty.
   Mało kto pamięta, że stał kiedyś w Warszawie pomnik, cel spacerów warszawskich patriotów. Monument postawiony przez Rosjan upamiętniał śmierć łotrów spod carskiej gwiazdy – polskich generałów, których udało się podchorążym zabić podczas Nocy Listopadowej. Pomnik cieszył się wielką popularnością wśród warszawiaków, którzy plując nań ze snajperską precyzją, czcili tak przez dziesięciolecia pamięć łajdaków. Obyczaj ten zaniknął, gdy obelisk zlikwidowano w roku 1917, a szkoda wielka. Może gdyby stał dłużej, inaczej pamiętano by dziś i tych generałów, którzy powstańczą noc przeżyli, by potem zdradzić w imię swych egoistycznych interesów oraz politycznej (bo nie militarnej!) głupoty.


Wrocław, 30 lipca 2006


 
Zapraszamy do poprzednich odcinków:
Domniemane wąsy listopadowej ciotki
Ryba od ości nadpsuta?

 

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl