Kiedy Rambo ma wychodne...

  ilustr. Joanna Titeux


   Na wojnie jest super, fajnie albo nawet cool – jeśli wierzyć taśmowo produkowanym filmom tego tematu tyczącym. W tę i we w tę śmigają helikoptery, samoloty, a w skrajnych przypadkach – rakiety z głowicami atomowymi. Jeśli salta ktoś wywija w powietrzu, to wredny wróg, którego jeep (goniący Dobrego Blondyna) wylatuje w powietrze na macgyverowskiej pułapce.

    Fruwają blachy pancerne z komunistycznych lub islamskich (niepotrzebne skreślić) czołgów i czarny dym z nich wali, a karetki pędzące na ratunek Dobrym rannym wyją w słusznej sprawie. Biel bandaży nie służy wcale do tamowania krwi z ran, lecz podkreślenia urody Dobrego Bohatera, lub uwypuklenia faktu, iż Zły Dobrą został kulą ukarany.
   Dobro bieluteńkie, a Zło czarniejsze od smoły. Zaciska się pięści widząc na ekranie wrednych Złych, którymi są (do wyboru, do koloru): sadystyczni komuniści, fanatyczni Arabowie, zapijaczeni Rosjanie albo podstępni Vietcongowcy. Na nasze szczęście nie brakuje Dobrych, lecz tu gatunków mniej. Ściślej biorąc, są to po prostu Amerykanie przesiąknięci do szpiku kości przemożną chęcią zaprowadzenia Dobra na świecie. Zdarza się, że pomaga im ktoś z prawie-Dobrych, np. antyhitlerowscy partyzanci z centrum Berlina, szanujący wartości zachodnie Arabowie, rosyjscy antykomunistyczni abstynenci lub nienawidzący Vietcongu Wietnamczycy. I dobrze. Jak pisał Pablo Neruda – Jest wiosna [i] wszyscy są bohaterami!

   Z początku Dobry wiedzie sobie spokojne życie gdzieś w środkowych Stanach, ma rodzinę, w niedziele chadza do kościoła i z synem na mecze miejscowej odmiany palanta. Niestety! Siły Zła nie zasypiają granatów w popiele i atakują – oczywiście podstępnie. I mamy teraz dwa wyjścia: Dobry wychodzi "z nerw" sam lub przy pomocy. W wariancie drugim odwiedza go siwy, sterany w bojach o triumf Dobra funkcjonariusz z Waszyngtonu. Przybywa on na wyżej wymienione zadupie tylko po to, aby namówić Dobrego, by Złu nakopał do zakłamanego tyłka. Dobry nie od razu się zgadza, prosząc reżysera o możliwość wystąpienia w kilku pięknych scenach, takich jak (podaję wariantowo):
a) rozmowa z dziadkiem, który pod Alamo wprawdzie nie był, boku Custera też nie chronił, ale za to walczył np. w Korei i wie dobrze, gdzie Zło, a gdzie amerykańskie interesy;
b) przypadkowe spotkanie z przyjacielem z lat szkolnych (rywalem w walce o funkcję kapitana szkolnej drużyny i dostęp do ud najlepszej czirliderki); przyjaciel jest inwalidą, a kalectwa nabawił się w walce ze Złem.

   To rozstrzyga. Nasz bohater zgadza się i w takt podniosłej muzyki rusza do walki. Korzystając z lotniskowca i samolotu (lub atomowej łodzi podwodnej) Dobry pojawia się na wrogim terenie (pustynia, Syberia, dżungla – niepotrzebne won!). Po ciężkiej walce z nieprawdopodobnym upałem (mrozem, wężami, burzą piaskową) przenika do siedliska Zła. Mimo nieprawdopodobnego spiętrzenia trudności Dobry wykonuje zadanie, chociaż w ostatniej chwili okazuje się, że Źli podstępnie infiltrują i w waszyngtońskich strukturach ktoś bruździ. Nic to! Dobry pokonuje i tę trudność. Zwycięża.

   I tu należy zauważyć, iż filmy tego typu dzielą się na mniej i bardziej ambitne. W tych pierwszych bohater wraca do swego miasteczka, gdzie czeka go żona (najlepiej, żeby w ciąży) oraz dzieci o jasnym spojrzeniu. W wersji "ambitnej" Dobry ginie, nic jednak nie jest w stanie zaprzepaścić jego dzieła, bo we wrogim dotąd kraju wybucha powstanie i tłumy obdartych tubylców wyżynają w pień Złych, którzy próbują uciec na Białoruś. Scena końcowa (w obu wersjach), to sztandar w tle (taki pasiasty i z gwiazdkami), a z głośnika miła uchu melodyjka, najlepiej wzruszająca, najlepiej Yankee Doodle, czy coś w ten deseń.
   Filmy omawianego gatunku można spokojnie oglądać w wersji oryginalnej, nie znając angielskiego. Ba! Będąc niepiśmiennym też niczego się nie traci, napisy są mało ważne, o fajerwerki przecież chodzi, a przesłanie maluje się pięknie na licach Dobrych i Złych. Wydaje mi się również, że filmów takich adresatami są osoby nierozróżniające barw, gdyż tak bardzo czarno-białe są te wielokolorowe kilometry celuloidu. Identycznego też uczą spojrzenia.

   Czy paradoks to, czy prawidłowość (chyba jednak to drugie) – im bardziej film o wojnie barwny, tym więcej czerń i biel w nim dominują. Im piękniejsze widoczki, im jaskrawsze smugi lecących pocisków, tym mniej widać barw pośrednich, odcieni szarości. Jak na wrestlingowym ringu – kiedy tylko postać pojawi się w kadrze, od razu widać, kto zacz. Źli mają twarze ponure z piętnem zła tak mocno odciśniętym, że aż płótno ekranu się marszczy. Fałsz, wiarołomstwo doprawione pierwiastkiem sadyzmu i fanatyzmu są tak widoczne, że popcorn w kartonie truchleje. Troskliwy reżyser czym prędzej serwuje zbliżenie Dobrego, któremu – dla odmiany – na licach maluje się wrodzona (i nabyta) dobroć.
   Kiedy słychać i widać strzały, bez trudu można zauważyć, iż Źli sprzęt mają radziecki (lub pokrewny) i w ogóle – konotacje ich jakieś takie moskiewskie (co z tego, że w wersji latynoskiej, syryjskiej?). Na szczęście Dobrzy dają im popalić, prując z karabinów made in USA. Czasem, dla większego pognębienia Złych, wali się do nich ze zdobycznych kałachów.
   Źli są nieludzcy, żądni krwi niewinnej, a dla podkreślenia swoich negatynych postaw – kochają pieski-kotki, lecz ilekroć piesek-kotek połasi się do Złego, ten morduje go, i to avec plaisir. Serce rośnie, gdy się potem widzi Dobrego, który jako altruista, zabijać nie lubi i kocha dzieciątka, zwierzaczki (bezinteresownie) i umalowane, nawet w dwie sekundy po przebudzeniu, kobiety.
   Źli palą i piją, bo przy swej skłonności do mordów są słabi psychicznie i ulegają nałogom. Dobrzy, kiedy zaciągają się papierosem, to tylko obmyślając plan walki ze Złem, a piją (ze wstrętem) alkohol jedynie ze smutku, iż Zło zwycięża. Triumfuje jednakże na moment, no bo jak ma wygrać na stałe, skoro Źli strzelają źle, dając się masowo wytłuc Dobrym, którzy prują do nich bardzo precyzyjnie, co nie dziwi, gdyż w słusznej sprawie. Inna rzecz, że do Złego łatwiej trafić, ponieważ swoim wyglądem kontrastuje ze srebrnym ekranem. Jest brudny, jak na niecywilizowanego niechluja przystało... A jaki ma być, skoro to taka świnia? Bywa (rzadko) elegancikiem, ale to tylko dla podkreślenia, że taka szuja z niego. Dobry zaś nigdy nie jest brudny. Nawet kiedy jest, to nie jest, gdyż to przecież umorusanie w słusznej sprawie.

   Mając w pamięci to wszystko, z niechęcią dałem się synowi namówić na wspólne obejrzenie filmu w telewizji. Jęczał, młody człowiek, jęczał i wyjęczał. Zasiadłem. On na fotelu obok. Choć film made in USA, to o wojnie w byłej Jugosławii, a nazwisko reżysera jakieś tamtejsze. W obsadzie Dennis Quaid i Nastassja Kinsky. Westchnąłem, nadgryzłem kanapkę, wzniosłem oczy ku regipsowemu niebu i poszło. Pierwsze sceny jakbym znał; Dobry, blondyn o szaroniebieskich oczach  i malującej się na twarzy dobroci pracuje w jakiejś militarno-wywiadowczej agencji rządowej w USA. Norma. Umawia się z żoną i małym dzieckiem w lokalu vis à vis swojego biura. Spotkanie upływa w serdecznej i rodzinnej atmosferze, po amerykańsku. W pewnej chwili Dobry "musi wyskoczyć na moment", wychodzi więc z lokalu i zdąża do biura. Po kilkunastu krokach przygniata go do trotuaru eksplozja. Wylatuje w powietrze restauracja. Bomba. Żony i dziecka już Dobry nie ma. Przestaję wprawdzie jeść, lecz oglądam dalej bez większych emocji – już mnie przyzwyczajono przez lata. Zaraz po pogrzebie Dobry idzie w mundurze galowym do meczetu, gdzie jak na strzelnicy pruje do modlących się wyznawców islamu. Norma, lecz tak pokazane, że talerz z kanapkami odniosłem do kuchni.
   Po powrocie stwierdziłem, iż Dobry jest już w Legii Cudzoziemskiej. Dlaczego? Chce zabijać islamistów – mówi to wprost i zaczyna pachnieć prawdą, zamiast sztampy. Nie wtajemniczam syna w moje wątpliwości, czy "przypadkiem" nie zabiłby ich więcej nadal służąc w amerykańskich agencjach, miast w szeregach francuskiej popłuczyny po kolonializmie. Oglądamy dalej.

   Sytuacja się zmienia – Dobry, wraz z przyjacielem z Legii, stają się snajperami w armii Serbów Bośniackich. No, tak! – prycham. – Będzie okazja pokazać, jacy Serbowie straszni, a reszta cacy! Ze złością wciskam się w fotel, oglądamy dalej.
Dobry stoi nieruchomo, przyciska do ramienia kolbę karabinu, palcem pieści spust, wpatrując się w lunetę mocowaną na broni. Co widzi? Kozę stukającą kopytkami po moście na ziemi niczyjej. Zaraz pojawia się muzułmański chłopiec. Dwanaście-piętnaście lat. W czerwonym podartym swetrze. Dobry na twarzy ma ten sam wyraz, co przed kwadransem – nieukojone cierpienie po stracie rodziny. Norma – nie strzeli, bo przecież jest Dobry. Dzieciak unosi ręce w górę pokazując, iż jest bezbronny. Łapie kózkę. Wtedy pada strzał. Chłopak uderzony pociskiem, rozkładając ręce jak Chrystus na krzyżu, wali się do rzeki. Dobry go zastrzelił. Pociągnął za spust, twarz mu nawet nie drgnęła i znów z profesjonalnym spokojem zerka w lunetkę i czeka na następny cel. Ukradkiem zerknąłem na syna – zamarł z otwartymi ustami. Obaj zdaliśmy sobie sprawę, że Rambo właśnie ma wychodne.

   Pod tym względem Wybawca wbrew sztampą trącącemu tytułowi wyróżnia się na tle tego, co dostępne pstrykając pilotem na chybił-trafił. Wiele więcej mówi o wojnie, niż kilometry półek opasłych, historycznych i socjologicznych tomisk. W jednym kadrze więcej tu prawdy, niż na milionach kilometrów kolorowych paranoi w rodzaju śp. Gibsona Byliśmy żołnierzami i podobnych gniotów. Nikt w Wybawcy nie jest dobry tak do końca, nikt nie jest bezdyskusyjnie zły, za każdym ciągnie się bowiem przeszłość kształtująca go na swój obraz i podobieństwo. Racji też nikt raczej nie ma, a krwawa jatka w Bośni ukazana jest tak, że większość naszych dziennikarzy powinna zacząć pakować manele i sprzątać ze wstydem redakcyjne biurka. W mediach naszych mówiło się o dobrych muzułmanach, nienajgorszych Chorwatach oraz odrażających, szowinistycznych, złych Serbach. Wybawca, podobnie jak zwykła logika, sugeruje inne widzenie konfliktu, lecz jeśli ktoś w Polsce wychyla się z czymś takim – zaraz przyprawia mu się gębę poplecznika Miloševicia. Swoją drogą, chwyt znany co najmniej od lat 50-tych, a stosowany często, jak choćby przy okazji "stabilizacyjnej" wojny w Iraku.

   Nie pamiętam nazwiska reżysera, nie znam jego narodowości, podziwiam go szczerze za odważne uniknięcie czarno-białej wizji. Pokazał, że źli są na wojnie wszyscy. Nie są dobrzy Serbowie reprezentowani przez (nieco zbyt diabolicznego) porucznika Gorana odcinającego palec muzułmańskiej staruszce z prostego powodu – spodobał mu się jej pierścień. Wywołuje też pan oficer poród u młodej Serbki, uwolnionej z bośniackiego obozu. Jest to poród oficerski, w odróżnieniu od cesarskiego. Podczas tego drugiego chirurg wykonuje cięcie skalpelem, Goran po prostu kopie dziewczynę. W przeciętnym filmie, dla kontrastu, pojawiliby się zaraz Dobrzy Bośniacy, ale nie tutaj. Sam wygląd więźniów wypuszczanych z muzułmańskiego obozu każe zacisnąć zęby. Zresztą niedługo cała serbska wioska idzie na odstrzał, bez różnicy płci, wieku... To ta sama miejscowość, do której nieco wcześniej Dobry przybywa wraz z dziewczyną ściskającą w zawiniątku noworodka. Ojciec każe jej wynosić się, gdyż zamiast się zabić w obozie, "pozwoliła" na gwałt i urodziła muzułmańskiego bękarta. Wierzący, prawosławny tatuś o mało co nie zabija córki, lecz brat – jakby mniej oglądając się na makabryczny kodeks honorowy, wstawia się za siostrą, której jednak TEŻ nie chce więcej oglądać na oczy.



   Patrzy się na ten film, patrzy i aż tęskni się do uosobionego w kimś Dobra, ale nic z tego nie wychodzi. Zabijając Gorana kopiącego ciężarną Dobry robi coś, co każdy normalny powinien, ale wciąż ma się w pamięci chwilę, kiedy z zimną krwią zamordował młodocianego pastucha. Sekwencja, w której jego przyjaciel z Legii ginie od granatu rzuconego przez nastolatkę, nie usprawiedliwia późniejszego czynu, nawet w oczach samego snajpera. Jakoś tak jest, że jedno zdarzenie żyje potem w głowie widza swoim życiem, a drugie swoim – i taka właśnie jest wojna, odarta z pirotechnicznych popisów i kolorowej czerni i bieli scenariusza. 

   Kiedy ma się już dość prawosławnych Serbów, którzy według naszych mediów nie byli mordowani, lecz czynili to sami (tutaj cała wioska idzie na odstrzał), kiedy się człowiek przyjrzy muzułmańskim Bośniakom (rzekomo tylko i wyłącznie męczennikom) pozostaje iskierka nadziei, że Dobrymi okażą się żołnierze ONZ. Nic z tego. Obraz Błękitnych Hełmów jest w Wybawcy dokładnie taki, na jaki ta formacja w pełni zasługuje, stanowiąc alibi dla świata zezwalającego na rzeźnię "gdzieś tam", a skrzętnie pilnującego porządku u siebie, albo gdzie pola naftowe. Im dalej w film, tym gorzej dla wojsk ONZ. Praktycznie ich nie ma! Nie widać! Jakby prawie do ostatnich minut cenzura zabroniła pokazywania niebieskiego koloru. Zaniebieszcza się dopiero na koniec, kiedy to Dobry dociera do odległego od linii frontu Splitu. Tutaj owszem! Tutaj tak! W świeżo wypranych mundurach maszerują sobie nabrzeżem spokojnego portu żołnierze ONZ. I trójkami maszerują i czwórkami, aż serce rośnie, kiedy się na nich patrzy! Tacy młodzi i tacy utalentowani! Tacy fachowi, tacy eleganccy i europejscy... Tylko dlaczego, kiedy Dobry i Serbka z noworodkiem przedzierają się przez rozdartą mordem Bośnię, to Błękitnych Hełmów ani na lekarstwo? Bardzo dialektyczna to formacja: jest, a jakoby jej nie było. Jeśli ONZ ma pretensje do bycia sumieniem ludzkości, to trzeba zauważyć, że może błękitne ono, lecz "cokolwiek" nieczyste.

   Uciekający Dobry i młoda Serbka spotykają staruszków, których proszą o pomoc w przeprawie na drugi brzeg jeziora. Starzec oddając Dobremu cywilne ubrania, tłumaczy, że to rzeczy jego synów, którzy zginęli na froncie. Nie sposób nie zadać pytania: w armii której ze stron walczyli synowie Chorwata-przewoźnika i jego żony Serbki? W imię czego zginęli? W tej chwili spora część ludzi w byłej Jugosławii bez problemu odpowiada na pytanie, o co walczyli przez ostatnie lata i ginęli. Jeszcze sądzą, że wiedzą. Kiedy zaczną się problemy z odpowiedzią na pytanie o sens i przyczyny mordów, wtedy z hukiem polecą głowy polityków, którzy w imię własnych celów otworzyli wrota tej rzeźni.
   Dobry i Serbka przeprawiają się na drugą stronę. Mogą zapomnieć o Bośni, tak myślą, lecz jezioro nie jest Styksem – nie rozciągają się za nim Pola Elizejskie i nie płynie amnezjodajna Lete. To zaledwie Chorwacja i wojna nie daje o sobie zapomnieć, mimo że gdyby wierzyć polskim mediom – bohaterowie powinni czuć się bezpiecznie – prawosławnych Serbów tu nie ma. Są za to ostatni kandydaci na Dobrych, jeszcze ich nie poznaliśmy – katoliccy Chorwaci.
   Dobry ukrywa się we wraku kutra, doglądając wykopanego z brzucha matki niemowlaka, ona zaś w tym czasie szuka transportu. Znajduje. W okolice kutra podjeżdżają dwa gaziki i autobus. Wyskakują z nich sympatycznie uśmiechnięci żołnierze w mundurach z szachownicą. Chorwaci. Wyskakują niesympatycznie przerażeni cywile niechorwackiej narodowości i wyznania. Ustawia się ich w rzędzie, tuż nad brzegiem jeziora i po cichu kwilą ze strachu, lecz na tyle głośno, by do uszu Chorwatów nie dotarł płacz noworodka. Tylko matka słyszy i chcąc niemowlę uciszyć, głośno śpiewa tę samą kołysankę, którą usypiała je co wieczór. Śpiewa głośno, po raz drugi dając życie dziecku, które wcześniej chciała wyrzucić z pędzącego samochodu jako obce, jako bękarta. Ratując synka podpisuje na siebie wyrok śmierci. Chorwacki podoficer o posturze niedźwiedzia, mordzie patologicznego sadysty i z krzyżykiem na szyi pstryka palcami, jak na kelnera. Podbiega ordynans. Podaje wielką torbę. Podoficer szpera wśród golfowych kijów, różnej wagi i typu młotów i młotków na długich rękojeściach. Chwyta jeden z nich i momentalnie kilka muzułmańskich kobiet pada na kolana zaczynając modlitwę. Nie mylą się – rozpoczyna się rozbijanie głów. Precyzyjnie, fachowo. Znać mistrza nad mistrzami. Giną w ciszy, prawie bez jęku, posłusznie. Śpiewająca sprawia jednak kłopot. Trzeba ją po raz drugi wyrżnąć w głowę, gdyż po pierwszym ciosie wpada do wody bezczelnie półmartwa. 
   Żołnierze palą spokojnie papierosy z samozadowoleniem żołdaków, którym nikt nie podskoczy. Aha. Jest i pan oficer. Goli się podczas jatki. Elegant. Kiedy ginie matka, dziecko nie słysząc kołysanki – kwili. Dobry zatyka mu usta, lecz zbyt późno. Zaintrygowany oficer idzie na kuter i sprawdza pod pokładem, czy ktoś się nie ukrył. Dostrzega tylko małego kotka, któremu przypisuje usłyszany pisk. Gdyby był to film z rodzaju tych, o których pisałem na początku, chorwacki oficer – jako klasyczny Zły – kotka by zastrzelił, kopnął lub pogłaskał, a potem ukręcił mu łebek. Tu jest inaczej. Oficer uśmiecha się, bierze zwierzę na ręce i chorwacki oddział odjeżdża. Oczywiście dopiero po rozstrzelaniu pozostałych przy życiu cywili. Porządek musi być, w końcu to regularne wojsko, a nie jakiś burdel.

   Koniec zatem listy. Okazuje się, iż Dobrych nie ma. Źli są wszyscy, bo w złym biorą udział przedsięwzięciu i nie mogą być inni. Wojna to nie gra w klasy, lecz mordowanie ujęte czasem w paragrafy konwencji. Ludzie zabijają się w imię... W imię czego?

   Powie ktoś, że to tylko mieszkańcy Bałkanów. Prymitywni, dzicy, mało cywilizowani, z natury nacjonaliści i fanatycy. Ha! Zaiste – wielki to optymizm uważać, iż inni są niezdolni do podobnych wyczynów. Tymczasem jest to tylko kwestia okoliczności. Istnieje pogląd (oparty na wiedzy o tym, co się działo w naszej części Ukrainy przed wojną, w trakcie i zaraz po niej), że gdyby Polska dotrwała w starych granicach do upadku komunizmu, to nasza mozaika religijno-narodowościowa eksplodowałaby na skalę jugosłowiańską, albo i lepiej. Kiedy się wspomni Wołyń, ciężko zaprzeczyć.

   Wojna domowa, a o takiej mówi Wybawca, jest najgorszą z możliwych. Jest taką, gdzie łamanie praw wojennych nie jest wyjątkiem, lecz regułą. To wojna, której okropności rozkwitają najkrwawiej, najostrzej, obecne są w każdej sekundzie i trwają najdłużej, gdyż czkawka wrogości odbić się może i po paru pokoleniach. Nie uleczą też tego żadne międzynarodowe traktaty i układy. Na takiej wojnie nie istnieje litość dla przeciwnika. Nie ma na nią miejsca, gdy wyżynają się nie armie, lecz ludzie "z ulicy". I swoi, i obcy zarazem. I jakoś tak jest, że kiedy "swojemu" nawtyka się czy przyrżnie po pysku, to z obcym można ostrzej. Nikomu się tak dobrze (miło, łatwo...) nie podrzyna gardła nocą, jak obcemu. Najlepszy zaś obcy, to taki swój, tylko nieco inny. Kto jest bowiem bardziej obcy, niż sąsiad o odmiennym kolorze skóry, ktoś, kto mieszka za ścianą, lecz mówi innym językiem, ktoś, kto inaczej się modli? Przecież on bezczelnie usiłuje czuć się "u nas" jak u siebie. Jego obcość razi i denerwuje mocniej, gdyż nie kwitnie gdzieś za górami, za lasami, tylko za płotem albo piętro niżej. Nie trzeba ubierać się w mundur, musztrować, szkolić, stawać na baczność. Wystarczy skrzyknąć o zmroku sąsiadów i przeciąć wrzód obcości. Dochodzi do tego lęk, że sąsiad, jeśli w porę niezarżnięty, sam nam nóż położy na gardle.

   Wrogość, o której tu mowa kiełkuje na gruncie historycznych zaszłości nawożonym narodową mitologią. Najpierw "zauważa się" obcość sąsiada, zastanawia się, czy jego inność uprawnia go do posiadania tych samych praw. Potem czas na strach przed spiskiem zza ściany i wrednymi zakusami na naszą tożsamość. Grunt już prawie gotowy, wypada tylko obsiać przedplonem. Tu właśnie jest miejsce dla reżyserów kolorowych czarno-białych filmideł, dla tkwiących w wieżach z kości słoniowej naukowców, że o literatach nie wspomnę. Chętni znajdą się zawsze i załkają w zaciszach gabinetów, na pachnących drukarską farbą stronicach, na celuloidzie, że ICH nacja taka biedna i taka uciśniona, że taka Dobra, a tak jej źle, że uch... Początkowo prawie nikt ich nie usłucha, potem audytorium urośnie. Znajdą wyznawców wśród stetryczałych, zgrzybiałych w mitach kościanych dziadków wymieszanych z młodzieńcami o "nienarzucających się fryzurach". Niejeden nabierze się na to, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji, myląc patriotyzm z raczkującym szowinizmem.
   Najpierw płomienne artykuły, felietony, wiersze, filmy, przemówienia – potem sięga się po kamień, nóż i broń. Nie czarno-biały obraz obcego mógłby zrodzić wahania. Brak pełnej palety barw tego nie wywoła. Winni tego mistrzowie słowa i obrazu z wdziękiem na dwie grupy podzielą się wtedy: jedni, "złotouści", zapłaczą krokodylimi łzami, że "myśmy tego nie chcieli, nas źle zrozumiano!", drudzy, w oparach krwi, porobią polityczne kariery jak poeta Karadžić. Dopóki jednak jeszcze czas jest na myślenie, mało który z nich wpadnie na to, że gdy uwolni się demona – Rambo ma wychodne, a rezają tacy szarzy, przeciętni. Ot, tacy z ulicy, jak ci, co w Nowej Hucie zarżnęli niemieckiego kierowcę, czy ci, którzy "w obronie narodowej tożsamości" wyrzucili z niemieckiego pociągu polskiego turystę.


Od redakcji: film, na kanwie którego autor snuje refleksje, to "Wybawca", prod. USA z 1998 r., w reżyserii Predraqa Antonijevica  (w obsadzie m.in. Dennis Quaid i Nasstasja Kinsky)


Ilustracja: Joanna Titeux/pinezka.pl

  {jos_sb_discuss:7}

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl