Religia a filozofowie

Uśmiech Zofii


   Jeżeli w ogóle podejmujemy wielkie tematy, zakładamy milcząco pewną boskość naszych umysłów. Zakładamy, że jesteśmy w stanie odrzucić naszą zwierzęcość, zająć się tymi tematami ze szczerego pragnienia poznania prawdy, nawet za cenę cierpienia. Który baran da się upiec na rożnie za system heliocentryczny?

 

   Po krótkiej pauzie na lingwistykę wracam do religii. Na razie zastanawiałem się nad tym, co to w ogóle jest , czy obiekt jej czci realnie istnieje, jaka jest jej funkcja w życiu ludzi oraz jak się rozprzestrzenia. Wypadałoby choć wspomnieć o rzeszach tych, którzy od paru tysiącleci zajmują się tą problematyką. Oczywiście stać mnie jedynie na wspomnienie o paru problemach, paru koncepcjach i paru nazwiskach i zachętę do własnej lektury i własnych poszukiwań.
   Od pierwszych momentów refleksji nad światem, jego powstaniem i rozwojem, życiem, człowiekiem, jego losem, przeznaczeniem, szczęściem i moralnością przewija się przez te rozważania temat strzegących ludzi lub dla nich groźnych – duchów, bóstw plemiennych, w końcu Istoty Najwyższej. Dla porządku trzeba by potraktować fair inne kultury, te, które stworzyły warte tej nazwy filozofię. Ważna byłaby tradycja judaizmu i islamu, a dalej zwłaszcza hinduizmu i buddyzmu. Niestety, szczególnie dorobek Indii zainteresowanego z doskoku przytłacza swoim ogromem. Sam hinduizm to wiele wątków, rozgałęziających się i mieszających, a na poznanie każdej szkoły najlepiej przeznaczyć byłoby całe życie. I to nie życie jako odcinek czasu, lecz życie jako życie, bo by poznać jogę, trzeba żyć jak jogin. Dziś asany, jutro medytacja zen, na wakacje do klasztoru, a teraz na giełdę – każdy guru, sensei, czy opat może się tylko uśmiechnąć z politowaniem.

   Ponieważ życie mamy tylko jedno, a interesuje nas wszystko, niestety musimy poznawać to po łebkach. Ale będziemy się starać.

   Siłą rzeczy będę się koncentrować na kręgu kultury chrześcijańskiej, wiary w Boga wszechmogącego, wszechwiedzącego i kochającego nas, ludzi. I tego, który dał nam rozum do myślenia, by to wszystko roztrząsać, doszukiwać się w tym sensu. Choćby dlatego zastanawianie się to jest legalne, choć czasem trzeba dostrzec moment, gdy mózg się przegrzewa i zachwycić się tym, co jest nam niedostępne.

Sprzeczności i niespójności

   Jest parę podstawowych problemów, które od zawsze intrygowały filozofów. Jeden z nich, to jak niesprzecznie połączyć ze sobą takie założenia jak:

  • boska wszechmoc
  • boska wszechwiedza
  • boska miłość do ludzi
  • istnienie zła
  • nasza wolność
  • nasz rozum

   O tym wszystkim mówi religia chrześcijańska. Ale jeżeli Bóg jest wszechmocny i wszechwiedzący (wliczając przyszłość), to jak rozumieć naszą wolną wolę? Czemu istnieje zło przy wszechmocy i miłości? Po co nam wolność, dająca możliwość i pokusę nieposłuszeństwa? Po co rozum, który nam daje szansę poznania, a może tylko iluzję poznania, który, uchylając rąbka tajemnicy, odsłania otchłań niewiedzy? Który, dając poczucie niezłomnej logiki, prowadzi nas do paradoksów? Rozum, który nas wbija w pychę, najcięższy z grzechów? Rozum sugeruje, że powinniśmy być w stanie udowodnić istnienie Boga, jeżeli to istnienie jest logiczne, a logikę mamy od Niego. Tych dowodów szukamy, wydaje się nam, że znajdujemy, lecz okazują się one niepewne, chybotliwe. I jak zawsze pozostajemy z wyborem, wolnym wyborem między wiarą i niewiarą.

   Innym częstym problemem jest pytanie, czy dla moralności potrzebny jest Bóg. Nie myślę tu o etyce opisującej, co ludzie uważali za moralne tu, a co tam, lecz o etyce normatywnej, mówiącej, co moralne jest. To ten mały demonik w piersi Kanta, to prawo moralne we mnie, podpowiadające mu, że nieładnie jest podstawić nogę staruszce. Jeden element tego pytania, to czy Bóg i instytucje nieba i piekła są potrzebne do wymuszenia moralnego postępowania, czy potrafimy to robić bez bata? Drugi, ważniejszy, to czy potrafimy sformułować bez pomocy naszą ludzką etykę, bez podpierania się o autorytety zewnętrzne, bez zniesionych z góry kamiennych tablic?

   Wiele jest pytań szczegółowych, na przykład:

  • czy istnieje i jak wygląda życie po życiu?
  • czy oprócz ciała mamy duszę, czym jest, czy jest nieśmiertelna?
  • jaki jest zamysł boskiego eksperymentu z nami?

   Świadomie ograniczam się tu do pytań. Odpowiedzi jest wiele, a raczej prób odpowiedzi. Tysiące lat dręczących pytań. Czemu ten rozum nas dręczy? Czy jest nam dany za karę, czy w nagrodę? A może "wiarą ukorzyć trzeba zmysły i rozum swój"?



Paradoksy z drugiej strony

   Wiele w tym sprzeczności, wiele zagadek. Można oczywiście odrzucić całą problematykę jako zawracanie głowy, by nie mnożyć bytów ponad potrzebę. Ale niestety, w ścisłym świecie nauki nie ma miejsca na te pytania, które są dla nas naprawdę ważne – kim jesteśmy i jak należy godnie żyć. Dostrzegł to kiedyś Tołstoj (i wrócimy do tego), dziś wbrew pozorom sytuacja nie jest inna. Może jest nawet gorsza, bo nauka, wyjaśniając nam tak wiele faktów, również o życiu i pracy naszego umysłu, nie dość, że dalej nie daje nam odpowiedzi na tołstojowskie pytania, lecz sugeruje, że są one pozorne. Że moralność jest zawsze relatywna, że szukanie dobra, piękna, sprawiedliwości, szlachetności jest stratą czasu, zawsze było, a instytucje, które nam przez tysiąclecia zawracały nimi głowę, powinny się znaleźć jak najszybciej na śmietniku historii. Instytucje, które dręczyły nas myślą o grzechu i potępieniu, podczas gdy wiadomo, że wszystko wolno, że grzeczne dziewczynki idą do nieba, a złe tam, gdzie chcą. Może i prawda, ale co zostaje? Trochę kasy?

   Może to tylko jęki przejechanego przez walec historii konserwatysty? Ważniejsze jest może pytanie, co właściwie pozwala nam sądzić, że nasz obraz tego świata i ewentualnego świata nad nami może w ogóle być prawdziwy? Jasne, że gdybym mylił tygrysa z kotem, lub nie wyczuwał nastrojów szefa, długo bym nie pożył, ewolucja już o to zadba. Ale dlaczego prawdziwe mają być moje (lub czyjekolwiek) poglądy na świat i Boga? Obok siebie chodzą kreacjoniści i darwiniści, na oko nie widać, kto ma rację. Chyba, że uwzględnimy większą rozrodczość u kreacjonistów (o islamskich fanatykach nie wspominając), która by po darwinowsku dowodziła, że wyznawanie darwinizmu nie daje przewagi ewolucyjnej, wręcz przeciwnie.

   Jeżeli założymy, że wszystko, co robimy (włącznie z wygłaszaniem teorii naukowych), służy zdobyciu pokarmu i samiczek, to kryterium prawdy musi być drugorzędne. Słowik śpiewa słowikowej, że jest najpiękniejsza na świecie, każdy swojej. Przecież nie jest to prawdą! Ale słowikowa słucha chętnie i o to chodzi. A my tu teoretyzujemy o powstaniu wszechświata i nieśmiertelnej duszy, mówiąc równocześnie o naszej zwierzęcości. Czy interesują nas koncepcje kosmologiczne mrówek? Stoimy trochę wyżej (w jakim sensie?), ale o ile wyżej?

   Pisałem kiedyś o paradoksie reducjonisty. Jak możemy twierdzić, że myśli jednostki są wyznaczone przez jej wiek, płeć i ukryte traumy z dzieciństwa, wszystkie teorie są pochodną ekonomii, socjologii i interesu klasowego, ale ta właśnie myśl, ta teoria jest obiektywnie prawdziwa? Przecież to nie ma sensu, to prowadzi bezpośrednio do paradoksu kłamcy: Coś mi tam strzela po synapsach i właśnie wystrzelało, że to co mówię, to tylko strzelanie synaps.

Ludzie jak bogowie?

   Dlatego, jeżeli w ogóle podejmujemy wielkie tematy, zakładamy milcząco pewną boskość naszych umysłów. Zakładamy, że jesteśmy w stanie odrzucić naszą zwierzęcość, zająć się tymi tematami ze szczerego pragnienia poznania prawdy, nawet za cenę cierpienia. Który baran da się upiec na rożnie za system heliocentryczny? Jesteśmy inni. Również nasze teorie, jak podejrzewam, są na wyższym poziomie, niż teorie szympansów. Może rzeczywiście są odbiciem prawdy. Ale jak dobrym? Możemy jedynie porównywać nasze najwyższe osiągnięcia z nimi samymi, w tym kontekście budzą podziw. Ale czy w innym nie byłyby śmieszne?
   Jest nam dana pewna logika, jednolita przynajmniej w kulturze zachodniej. Podejrzewamy, że obowiązuje ona w całym wszechświecie, od dołu do góry, a jeżeli trzeba, to i wyżej. To ambitne założenie. Mrówka poucza słonia. Wierząc w potęgę rozumu, zwłaszcza odrzucając Boga, którego pokornie błagaliśmy o łaskę, przyznajemy sobie Jego cechy. Nadczłowiek Nietschego, człowiek jak Bóg. Ale czy możliwy jest wszechmocny człowiek-Bóg, jeżeli jedyne co jest, to pył ziemi i prawa fizyki?


Ilustrowała: spinelli/pinezka.pl

{jos_sb_discuss:7}

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl