Ojczyzna

   Szukałem w bibliotekach starych encyklopedii. W tomach wydanych niedługo przed I wojną jest hasło "Polska" (Polen, Pologne), lecz oznacza ono krainę geograficzną nie odpowiadającą żadnemu tworowi państwowemu. Europejski Kurdystan, łączący sąsiednie państwa wspólną troską, się nigdy by nie odrodził. I miałem w ręce Wielką Sowiecką Encyklopedię z lat 40-45, zachwyconą że ta zabawa w Polskę się wreszcie skończyła, raz na zawsze.


Ojczyzny wielkie i małe

   A kaz tyz ta Polska?  – pytała Panna Młoda w Weselu. No właśnie: gdzie ona, gdzie moja ojczyzna?
   Ojczyzna wielka, czy ojczyzna mała? Znam chłopa spod Lucerny (a mazowiecki pewnie myśli podobnie), dla którego najważniejsza jest ojcowizna, konkretny kawałek ziemi, z której pokolenia co roku wyjmują kamienie, na której od zawsze rośnie żyto i pasą się krowy, na której stoi od zawsze dom, w którym te pokolenia się rodziły i umierały. Trochę większa ojczyzna, to region. Jak śpiewają pod Raciborzem:

Jo nie wyjada stąd, tu mom rodzinny dom,
Moja ziemia, to jest Śląsk,
tukej starzyk mieszkoł moj,
nikt mi serca stąd nie wyrwie.
Jo nie wyjada stąd, jo nie wyjada stąd,
tukej mom rodzinny dom
i w rodzinie kozdy swoj,
nie pojada nigdy, nie!

   Śląsk, polska Alzacja. Alzacja, francuski Śląsk. Wiatry przeganiają z lewej na prawą i z powrotem królestwa i armie. Ojciec u de Gaulle'a, pradziadek pod Napoleonem, ale dziadek w Wehrmachcie. Nie mieli wyboru, mówią o sobie "Malgré Nous" – mimo woli. 130 tysiące powołanych do niemieckiej armii, 40 tysiące zabitych za cudzą sprawę. A kto przeżył, musi się tłumaczyć. Niby było, minęło, ale zadra została, ostra. Nic dziwnego, że powstają takie ruchy, jak "Alsace d'abord" (Alzacja przede wszystkim).

   Mali na ogół walczą o cudze. Biorą ich do armii, raz do jednej, raz do drugiej, bo gdzieś tam w świecie wielkie zamiecie... Stąd bohaterem ich jest Szwejk lub kelner, usługujący angielskiemu królowi. Przetrwać i poczekać, czyje będzie na górze. A w międzyczasie żyć swoim życiem. Mówić po francusku, jeść wieprzowinę z kiszoną kapustą (zamiast bagietki z camembertem), mieszkać w miastach o niemieckich nazwach a francuskiej pisowni, jak Mülhausen-Mulhouse.

   A więksi próbują walczyć o swoje. Ale o co właściwie? Jak bardzo swoje? Skąd dokąd jest swoje? I kto to ci my? My i nasza ojczyzna. Dulce et decorum est pro patria mori, słodko i zaszczytnie jest umrzeć za ojczyznę, mawiali już Rzymianie. Jak każde pojęcie, w nadmiernym zbliżeniu rozmywa się i to. Czy jest to pewne ograniczone terytorium z aktualnymi mieszkańcami? Czy to rasa, religia? Dla Żydów wyznacznikiem jest religia, dlatego etiopscy wyznawcy ubiegają się o prawo powrotu do ziemi obiecanej. Ale obywatelami świeckiego Izraela są też Arabowie. Co z nimi? Dla Niemców decyduje przynależność do narodu, więzy krwi, ius sanguinis, dlatego wracają po latach i wiekach Niemcy znad Wołgi i z Siedmiogrodu. Dla Francji ważniejsze jest terytorium, prawo ziemi, ius solis, choć z uwzględnieniem i innych czynników.

Kod kulturowy

   Ojczyzna to między innymi wspólny kod kulturowy. Po to tłucze się w szkołach kanon lektur (raz z Wasilewską, raz z Gombrowiczem, raz z Dobraczyńskim), by nie dać chamowi zgubić złotego rogu, pawiem narodów nie być ani papugą i wiedzieć, że jeśli coś pała, to najpewniej dzięcielina. Jak ze wszystkim, są tu granice. Nie jestem pewny, czy rozpoznałbym zwrot inni szatani byli tam czynni jako cytat z Ujejskiego, choć chyba bym nie posądzał pochopnie premiera o satanizm czy zapędy egzorcysty. (Oczywiście, powyższa aluzja to też kod, wymagający znajomości historii, za niedługo wymagający przypisu, jak satyry z czasu Sejmu Czteroletniego [...a co to był Sejm Czteroletni?]).

   To także system wartości. Tak właśnie próbuje zdefiniować Francję Nicolas Sarkozy, Nagybócsai Sárközy, syn emigranta. Na swojej stronie z kampanii wyborczej, w klipach Identité, Immigration, Sécurité, Respect i Clip officiel : l'Identité Nationale mówi, że Francja nie jest rasą, nie jest grupę etniczną, Francja jest republiką o pewnym systemie wartości i warunkiem przynależności jest ich akceptacja. Chcemy, by wasza kultura nas wzbogaciła, lecz nie zapominajcie, że byliśmy tu dłużej. Lecz ile tej wspólnoty jest możliwe? Za brzydkiego kolonializmu senegalskie dzieci uczyły się historii z podręcznika zaczynającego się od słów Nos ancêtres, les Gaulois... (Nasi przodkowie Gallowie...). Za dużo to sensu nie miało, ich przodkowie zdecydowanie byli Murzynami. A przodkowie Algierczyków Arabami. Lecz dziś, gdy algierskie kobiety pragną żyć w swej galijskiej ojczyźnie, mówi się im: u nas nie nosi się chust, wyzwolimy was od nich, choćby pod przymusem. A przy wietrze, gdy kogoś boli ząb, też nie wolno? Kto o tym zdecydował? Ich przodkowie, Gallowie?

   (Na marginesie – czasy się zmieniają, dziś wspomniany cytat oznacza tylko restaurację klasy Chłopskie Jadło).

   I co z tym zrobić? Fakt, przynajmniej Francuzi nie są już u siebie sami, nas pewnie też to czeka. A przecież miłe jest to przytulne ciepło, poczucie, że jest się u siebie. A daje je właśnie kod kulturowy, wspólny język, te parę rzeczy, o których wszyscy wiedzą, te parę pieśni (Hej, sokoły), które wszyscy znają.

Wędrówki ludów

   Ludy, narody mieszają się od zawsze. Ostatnio jednak chyba bardziej, może dzięki zmiękczaniu granic i tanim biletom. Może też tak się wydaje z polskiej perspektywy. Wychowani w micie tysiącletnich piastowskich granic i takiejże jednolitości narodu, silnie odczuwamy zmianę. Bo i po wojnie naród był jednolity jak rzadko, a przynajmniej tak wyglądał. Holocaust, czystki etniczne i scentralizowana władza zrobiły swoje. Na ulicy każdy mówił po polsku, a mało kto znał jakiś inny język. Słyszałem historię o Murzynie, który skończył w Polsce medycynę, zaczął pracę w pogotowiu, ale musiał z niej zrezygnować, bo straszył ludzi – chory w domu, przyjeżdża karetka, rodzina otwiera drzwi, a tam Murzyn!
   Inne kraje przeszły to wcześniej, ale zmiana też była zauważalna. W latach pięćdziesiątych Zurych był spokojnym miastem szwajcarskim. Ale powojenny rozwój gospodarczy wymagał rąk do pracy. Dziennie setkami przekraczali granicę włoscy muratori. Jak powiedział Max Frisch: "Przywołaliśmy siłę roboczą, a przyszli ludzie". Do tego ludzie odbiegający od normy. Młodzi samotni mężczyźni, którzy się na ulicy za głośno śmieją, nawet śpiewają i obracają się za dziewczynami wołając ciao bella! Z czasem Włosi się ustabilizowali, pozakładali pizzerie i zakłady fryzjerskie. Potem nadeszły inne fale, w rytm wahań koniunktury i światowych kryzysów. Te ostatnie przyniosły Tybetańczyków, Węgrów, Czechów i Słowaków, Tamilów i Kosowarów. Napływ ten odciążył Szwajcarki od trudu rodzenia, spowodował jednak, że w wielu szkołach szwajcarskie dzieci są w mniejszości.

   Od dawna w szwajcarskich hotelach jako pokojówki pracują Portugalki i Hiszpanki. Zastanawiałem się, kto pracuje w hotelach portugalskich. Okazało się, że Angolanki. A w Angoli? W Angoli pewnie nie ma hoteli. Podobnie w angielskich szpitalach pracują Polki, w Polsce Ukrainki (jak nie teraz, to za niedługo), na Ukrainie Kazaszki, w Kazachstanie Uzbeczki, w Uzbekistanie Kirgizki... Dodatkową konsekwencją tego jest ogromna liczba naruszonych rodzin, ale zwłaszcza zrelatywizowanie pojęcia państwa, narodu, ojczyzny. Kiedyś można było powiedzieć: "U nas rządzimy się sami i będzie u nas tak a tak". Ale dzisiaj?
   Przez pewien czas obcy tylko płacą podatki i nie mają nic do gadania. Z czasem się jednak naturalizują i współdecydują o swoim (?) kraju. I tu pojawia się pytanie: co będzie, gdy w liberalnej dotąd Holandii większość zagłosuje za przyjęciem prawa islamskiego? Większość, to  większość – i tyle? A jaki sens ma utrzymywanie armii, jeżeli obywatele emocjonalnie są do kraju przywiązani jedynie jak akcjonariusze do firmy?

   I tak powoli zatraca się osobowość krajów. Już przed około 20 laty spacerując po Quartier Latin zamarzyłem o paryskim bistrze. I co? Tunezyjczycy, Libańczycy, Chińczycy, co tylko, a francuskiej kuchni nie uświadczysz. W końcu znalazłem jakiegoś Greka, który serwował również francuskie dania. W Szwajcarii prawie wszystkie fast foody to kebaby. Za pierwszym rogiem mam kebabiarnię o ładnej nazwie Pizzeria Venezia. A gdzie koloryt lokalny?
   Po co jeszcze gdziekolwiek jeździć? By zjeść kebab w innym miejscu?

   Podobne wątpliwości mają  piłkarscy kibole. Nie chcę tu się zachwycać ich mądrością, lecz coś jest na rzeczy. Kibole bronią Legii jako platońskiej czystej idei, kantowskiej rzeczy samej w sobie, obojętna im jest Legia realna, ci jacyś grajkowie biegający po boisku. Bo i czym się tu podniecać? To tylko kondotierzy, dziś w Widzewie, jutro w Arce. Kto jest nasz, kto jest ichni? Kiedyś było inaczej. Jak ktoś grał w Ruchu, to nie grał w Górniku, a na pewno nie w sosnowieckim Zagłębiu. Czym by była święta wojna, gdyby w nowym sezonie Lubański grał w Legii, a Deyna w Górniku?

Kody mieszane, kody zanikające

   Dobrze jest też znać cudze kody. Goethe powiedział, że ile języków się zna, tyle razy się żyje. Z tym że sam język bez tej podściółki, bez tego mchu, na którym wyrastają brzozy i wierzby (a gdzie indziej palmy), to mało, to konstrukcja z żelbetu, bez życia. Chodziłem tu (w Szwajcarii) na kurs niemieckiego z Anglikiem, Kongijczykiem i Jordańczykiem. Ci dwaj ostatni byli w stanie – ze zmiennym szczęściem – zbudować poprawne zdania o życiu codziennym, ale jakiekolwiek nawiązanie do Czarodziejskiej góry czy Mackie Majchra przelatywało między ich uszami jak neutrino przez kulę ziemską, nie powodując ani drgnięcia neuronów. Ja zresztą też nie znam ich sposobu myślenia. Jesteśmy w stanie porozmawiać o pracy, o zakupach, piłce. I tyle. Dlatego też szukamy kontaktu ze swoimi. Połowa Polaków co prawda mi mówi, że Polacy na emigracji (oprócz nich i rozmówcy, czyli mnie) są straszni, wobec czego nie utrzymują z nimi kontaktów. Jednak jakoś słysząc znajomy język nawiązaliśmy rozmowę...

   Ból z kodami kulturowymi jest taki, że zanikają one i bez mieszania ludności. Ich autorzy określani są pogardliwie jako Martwi Biali Samcy (DWM – Dead White Males), Eminem stoi wyżej od Szekspira. Kto palnie tekstem w rodzaju dura lex sed lex, in dubio pro reo, czy audiatur et altera pars, nie wzbudzi zachwytu swoją elokwencją, lecz zostanie potraktowany jak zbieg z psychuszki.

   Oczywiście można się zastanowić, co to było, co jest i do czego jest potrzebne wykształcone towarzystwo. Jak było kiedyś liczne. Gdy dziewczyna mówi, że chciałaby żyć w XVII wieku, to liczy na to, że uprowadzi ją z rodzinnego dworku jakiś Kmicic, porwie w step, wtuloną w ciepłą szubę, obroni przed hajdamakami i potajemnie poślubi. Wariant, że trafi się jej rola chłopki pańszczyźnianej (90% szansy), nie wchodzi w grę. Podobnie tęskniąc za dawnymi czasami, widzę siebie w fraku i cylindrze, jak jakiego Buddenbrooka, wśród poetów i przemysłowców, z lekkim dystansem do ewidentnych nuworyszy. A dziś inne czasy, moja pani, hajdamacy wymienili gumiaki na lakierki, nie poznasz swojego.

Idea ojczyzny

   Ojczyzna, naród, to pomysły stosunkowo niedawne. To dziś mówimy, że wojna stuletnia była konfliktem między Anglią a Francją. Podówczas chodziło raczej o konflikt rodzinny między powiązanymi ze sobą Kapetyngami i Plantagenetami, kto jest czyim wasalem. A kwiat rycerstwa europejskiego przyjeżdżał się tłuc, zdobywając wojenne trofea i serca dam. Pamiętamy z Trylogii konflikt lojalności Kmicica między ojczyzną (królem) a panem feudalnym. Pamiętamy problem wzbudzenia zainteresowania chłopstwa sprawą narodową, z miernym efektem na ogół.
   Dopiero w końcu XIX wieku, dzięki upowszechnieniu szkoły, księgi wieszczów zbłądziły pod strzechy. Mój dziadek, galicyjski krawiec (walczył za kajzera, i to na ochotnika – czy to mnie dyskwalifikuje?), czytał Pana Tadeusza, a któryś z jego znajomych umiał go w całości na pamięć. Pozytywiści zapewnili dystrybucję, romantycy dostarczyli materiału. Chyba kulminacją był czas II wojny, gdy powszechne było pragnienie, by nie zginęła mowa i by w sensownych granicach powiewała biało-czerwona flaga. A spełnienie tego pragnienia miało swoją cenę, wysoką cenę.
   I znowu jest, o numer nie będę się spierał. A różnie się mogło zdarzyć. Szukałem w bibliotekach starych encyklopedii. W tomach wydanych niedługo przed I wojną jest hasło "Polska" (Polen, Pologne), lecz oznacza ono krainę geograficzną nie odpowiadającą żadnemu tworowi państwowemu. Europejski Kurdystan, łączący sąsiednie państwa wspólną troską, by się nigdy nie odrodził. I miałem w ręce Wielką Sowiecką Encyklopedię z lat 40-45, zachwyconą że ta zabawa w Polskę się wreszcie skończyła, raz na zawsze.


   Świat się zmienia. Nad wieloma zmianami ktoś wylewa łzy. Tak było, gdy powstawały i upadały imperia. Tak było, gdy rewolucja przemysłowa wyciągnęła (wygnała) ludzi ze wsi do miast. Tak było, gdy bakterie białych pokonały bakterie Indian, otwierając drogę konkwistadorom. Zawsze w końcu tworzył się jakiś nowy świat, jak nowy las na pogorzelisku. Nie zawsze równie bujny i żywy. Również idee kwitną i zamierają. Tak w Europie (przynajmniej zachodniej) straciła na znaczeniu idea religii. Kiedyś, nie tak dawno, wyznanie było wpisywane do paszportu. Trochę dawniej wzbudzało maksymalne emocje i było  przyczyną wojen. Jeszcze około 100 lat temu w Bernie obowiązywał zakaz osiedlania się katolików i Żydów. Dziś jednak jest to temat drugorzędny.

   Podobnie sama idea ojczyzny i narodu się zmienia. Zależy zresztą gdzie i dla kogo. Mam wrażenie, że w świecie często prowadzony jest dialog głuchych, ponieważ rozmówcy żyją w innych epokach i reprezentują inne systemy rozumowania. Dla Holendra ważna będzie sprawna opieka zdrowotna i stan wodociągów, ale dla Araba szerzenie wiary, a dla Polaka narodowa wolność,  odzyskiwana co  jakiś czas, na ogół na krótko. Też nie dla każdego, dla wielu ważniejsza jest praca w Irlandii, najwyżej jednokrotnie opodatkowywana. Podobnie u Francuzów – de Gaulle utyskiwał, że buduje im Grande Nation i osłania ich atomowym parasolem, a oni dyskutują o cenie buraka.
   Ale ogólnie w Europie zanika idea niepodległości jako wartości, zwłaszcza takiej, za którą warto byłoby coś dać. Wytargować w Brukseli subwencje dla swoich, to co innego. W Szwajcarii (kraju pozaeuropejskim i pozanatowskim) młodzi ludzie idą do szkoły rekrutów, biegają, strzelają, ale myśl, by bronić ojczyzny w konflikcie zbrojnym, jest im obca. Zwłaszcza, że nie za bardzo wiadomo przed kim. To jest zresztą ważny punkt – jeżeli nikt nie dybie na naszą niepodległość, wydaje się nam ona oczywista i tania, a zagrożenie jest wymysłem kół militarnych, by podkręcić budżet wojskowy.

   Przypomnę, że również w 1914 wydawało się, że po triumfach nauki i techniki, po połączeniu kontynentu liniami kolejowymi i telegraficznymi, po zwycięstwie rozumu nad przesądem epoka wojen minie, nastąpi koniec historii w tradycyjnym sensie. Myślano, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zniszczy tej subtelnej tkanki zapewniającej narodom dobrobyt i postęp. Pogląd ten był poprawny, lecz zakładał niesłusznie, że decydenci są przy zdrowych zmysłach. Wystarczyło kilka kul w Sarajewie i parę nerwowych reakcji, by w ciągu kilku miesięcy Europa stanęła w ogniu.

My i oni, kto kogo

   Idee funkcjonujące w wyższych strukturach kory mózgowej raczej nie budzą się tak gwałtownie z letargu. Sensowne jest tu poszukiwanie przyczyn biologicznych. Trywializując – bronimy ojczyzny (plemienia, miasta), by oni, ci źli, nie palili nam zagród, nie kradli dobytku, nie gwałcili kobiet. By nie oni nam, lecz przy pewnej dozie szczęścia – my im. Bez złej woli, prewencyjnie.

   Bardziej współcześnie: na ekranie radaru MIG-a 21 (którym miałem przyjemność się kiedyś zajmować) pojawiają się obrazki samolotów. Niektóre są zamarkowane jako swój, inne jako obcy. Dla niewprawnego obserwatora (w realu) samoloty te są podobne. W każdym z nich siedzi młody chłopak, może tęskni do dziewczyny. Lecz w samolocie jest aparacik, który albo odpowiada na mój sygnał, albo nie. Jeżeli nie – chłopak nie wróci dziś do domu. Lub ja, jeżeli to on będzie szybszy.

   To jest patriotyzmu wersja brutalna, pod kolor młodym gniewnym, takim jak  niejaki Tomasz Żuradzki, który w Gazecie Wyborczej pisze, że Patriotyzm jest jak rasizm. Młody, zadziorny. Zaczyna od paru dobrych pytań i dochodzi do paru ostrych, pochopnych wniosków. Inspiracją jest defilada na 15. sierpnia. No cóż, i dla mnie jasne, że prezentowane były maszyny do zabijania. I ja, studiując instrukcję mojego Kałasznikowa zwróciłem uwagę na słowa, że służy on do "niszczenia siły żywej nieprzyjaciela" i co przebija z jakiej odległości. Ponieważ byłem dość świeżo po praktyce na wrażym NATOwskim terenie, konkretnie wśród norweskich fiordów, od razu pomyślałem, że to niszczenie siły żywej, to zabijanie ludzi, z którymi w innych okolicznościach można by pójść na piwo.

   Jednak sytuacji historycznej nie wybieramy sobie sami. Żuradzkiemu wydaje się, że broń służy do zabijania z nudów, do obnoszenia się zabitymi talibami jak powaloną dziczyzną. Tak jednak jest, że to talibowie dzielą świat na Dār al-Islām, dom islamu (lub Dār as-Salām, dom pokoju) i Dār al-Harb, świat wojny. My jesteśmy zdecydowanie w tym drugim. I wierni nie spoczną, dopóki się nie nawrócimy, tak czy siak. A jak do tego dojdzie, pan Żuradzki zatęskni za Wszechpolakami.
   Oczywiście to jest na razie daleko. Nie żyjemy jednak w świecie bez niebezpieczeństw. Putin ma szczerą ochotę nakryć czapką którąś z republik bałtyckich i sprawdzić, co się stanie. Taki północny Sudetenland. Najlepiej tuż przed Świętami, gdy Zachód zajęty jest dawnym adwentem, czyli nabywaniem w supermarketach chińskiego chłamu. Bez przerwy też testuje, na ile jesteśmy traktowani przez EU i NATO jako równoprawny partner. A przy krytyce sojuszu z Ameryką, kto na poważnie wierzy, że przy autentycznym zagrożeniu militarnym Niemcy wyślą wojska na naszą wschodnią granicę? Problem wyssany z palca? Żyję dość długo, by pamiętać więcej nieprawdopodobnych sytuacji.
   Co do szybkostrzelności Żuradzkiego, czepię się dwóch sformułowań:
  Prawicowa fascynacja skłonnością do przemocy – czyżby nigdy nie widział koszulki z Che Guevarą? Ja nawet widziałem ze znakiem RAFu.
   W XX wieku największe pokazy potęgi militarnej urządzały zbrodnicze dyktatury - komunistyczne i faszystowskie – nieźle się Francuzom dostało za Quatorze Juillet.


Wspólnoty

   Jak każda wspólnota, i ta ma swoje wady i zalety. Daje poczucie przynależności, swojskość, wyróżnia od innych, a przez to i prowadzi do niechęci do innych. Ewentualnie do niechęci do swoich, bo porównywani z innymi, oglądanymi z daleka, wydają się tacy zapyziali i buraczani. Przyznaję, że lubię grecką i hiszpańską muzykę ludową, a góralskich przyśpiewek nie trawię w większych ilościach.
   Podkreślam, że tak działają wszystkie wspólnoty, niezależnie od tematu. W średniowieczu tematem była religia, w jej imieniu karmiono ubogich, tworzono przytułki i szkoły, ale i prowadzono wojny, prześladowano innowierców. Stąd naiwna wiara, że po zlikwidowaniu religii nastanie pokój. Stąd naiwna nadzieja, że po zlikwidowaniu narodów lew usiądzie przy jagnięciu.

   Ale nie jest tak łatwo. Jak w żydowskim kawale, gdzie Icek pyta: "Rebe, ludzie mówią, że wojna będzie", a na to mądry rebe tłumaczy: "Słuchaj, Icek, wojny nie będzie, ale będzie taka walka o pokój, że nie zostanie kamień na kamieniu!" Gdy widzę antykapitalistów, alterglobalistów, "antyfaszystów", a zwłaszcza Czarny Blok, przodującą siłę antysystemowych ruchów, to nie wierzę, by do wytępienia przemocy wystarczyła likwidacja wspólnot tradycjonalnych. Szła przed wojną iracką demonstracja antywojenna, a na flagach i transparentach widziałem i sierpy-młoty, i świętych pańskich w zestawie classic: Marks-Engels-Lenin-Stalin-Mao. Transparent był opisany chińskimi znakami, nieśli go jacyś Turcy (lub Kurdowie). Na uprzejmą sugestię, by przynajmniej oszczędzić mi widoku rzeźników 10 milionów ofiar, podali w wątpliwość moją znajomość historii. I gdzie tu ten wszechświatowy pokój?

   Jak wszystko, ojczyznę i naród należy dawkować w miarę, korzystać z nich rozumnie. Coraz trudniej jest jednak zachować prosty związek: terytorium-państwo-naród-wspólnota kulturowa. Mieszkam w Szwajcarii, kibicuję za Polską. Polacy tu są zaaklimatyzowani, ale warto przed Świętami posłuchać dyskusji o planowanym menu. Temat-rzeka: "skąd bierzesz ser na pierogi?"
   Kim więc jesteśmy? Dzieci znają polski, lecz przechodzą na szwajcarski dialekt, nie da się tego powstrzymać. W dzielnicy mieszkają Turcy i Kosowarzy. Sąsiad Kosowar jest dozorcą naszego domu. Miły młody człowiek. Jeszcze nie ma paszportu, kiedyś będzie miał. Czy będzie czcił Wilhelma Tella? A w Polsce? Czego można oczekiwać od ukraińskich pielęgniarek? Ody do młodości na pamięć? Inwokacji od "Litwo..." do "...siedzą"? Mówiono, że Olisadebe zostanie prawdziwym Polakiem, gdy przeprosi za Jedwabne. Żart, ale trafny. Wspólnota paszportów – wspólnota losów, tradycji, sukcesów i cierpień.

   Ale czasy się zmieniają. Paszport, to dokument podróżny. Skądinąd praktyczny, ten z białym krzyżem na czerwonym tle. Przysłano mi go pocztą. Żadnej uroczystości, przysięgi na flagę. Płacę tu podatki, czy powinienem kochać?

   Nasuwa się pytanie, co z tego wynika. Czy to powód do zmartwień, albo do czynu – przecież można wyjść tak ze szczerbcami na ulicę i przegonić obcych. Ale co mnie przeganiać, gdy sam żyję gdzie indziej? To raczej oni powinni mnie gonić z kuszami. A może to po prostu fakt, tak toczy się światek?


Ilustrowała: spinelli/pinezka.pl

Komentarze (2)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl