Początki kultury

Uśmiech Zofii

   Od kiedy mamy taki mózg? Czy potrafimy tych praludzi zrozumieć, czy potrafimy się w ich rolę wczuć? Myślimy o nich jak o jakichś prymitywach – niesłusznie. Polowanie z dzidami nie jest takie proste, podobnie oprawienie mięsa kamiennym nożem, krzesanie ognia bez zapałek, a gdyby nam przyszło przenocować pod dachem z siana, w skórach i łapciach z łyka przy 30 stopniach mrozu, nabralibyśmy szacunku dla naszych praprzodków. Ale czy znaleźlibyśmy wspólny język? Podobnie – czy po krótkim przeszkoleniu mógłby ktoś z nich prowadzić samochód, jak potrafią australijscy Aborygeni?



   Zajmując się religią, zainteresowałem się tematem szerszym – skąd się wzięła i czemu służy kultura. Opowiedziałem o tym znajomemu, a on zapytał: A co to jest kultura? No właśnie. Zamiast ruszyć żwawo do przodu, musimy zrobić krok wstecz. Dziś, choćby z lenistwa, zaczynam od Wikipedii. Już pierwsze słowa mówią: termin wieloznaczny, pochodzący początkowo od łac. cultus agri (uprawa ziemi), interpretowany w różny sposób przez przedstawicieli różnych nauk, a część dotyczącą definicji otwiera cytat z Herdera: Nie ma nic bardziej nieokreślonego niż słowo kultura. Po czym następuje kilkanaście definicji, a gdyby poszukać głębiej, można by było znaleźć ich dowolną liczbę. Mógłbym zrobić kolejny krok do tyłu i rozpatrzyć ewolucję pojęcia kultury, ale obawiam się, że po chwili znalazłbym kolejne pojęcie warte doprecyzowania i tak dalej ad infinitum.

Kultura i biologia

   Wobec powyższego dodam kolejną definicję. Przyjmijmy roboczo, że kultura to wszystko to, co człowiek robi ponad to, co jest mu potrzebne do przeżycia i rozmnażania – sztuka, religia, nauka. Co robi człowiek – czyli kto? Jeżeli mówimy o początkach, to interesuje nas dokładnie ten moment, gdy człowiek oddziela się od innych zwierząt – więc może: co robi zwierzę, gdy przestaje być zwykłym zwierzęciem?

   Nie jest jednak łatwo odróżnić działania wyższe, kulturowe, od wytłumaczalnych ewolucyjnie. Widziałem ostatnio reportaż o delfinach – dość szybko płynący spory statek wytwarzał fale przed dziobem, a przez te fale w poprzek skakały sobie delfiny. To, że jesteśmy skłonni profil delfinich pysków interpretować jako uśmiech, nie ma znaczenia. Ale sama czynność nie miała żadnego widocznego sensu użytkowego. Była to czysta zabawa. Delphinus ludens. Widok był fascynujący, ale to w końcu nie aż taka sensacja – każdy widział bawiące się kociątka i szczeniaki. Dziecko bawiąc się odkrywa świat. Nie tylko zresztą dziecko – każdy informatyk najpierw bawi się nowym programem, lecz inaczej to formułuje, gdyż szefowie, jako ludzie dorośli, nie lubią zabaw. Jak jednak poznać coś bez nieskrępowanej eksploracji? Jak zresztą może być informatykiem ktoś, kto do emerytury nie zachowuje dziecięcej ciekawości? Zabawa pozwala na swobodną eksplorację, podobnie jak brainstorming umożliwia odkrywanie nowych, nieprzewidywalnych rozwiązań.

   Przypatrzmy się dalej zwierzętom. Jak piękne są barwy ptaków, jak wdzięczny ich śpiew! Zwierzęta się nie stroją, ich barwy są zapisane w genach, a dobrane są tak, by łatwe było rozpoznawanie przedstawicieli własnego gatunku. To, że spełniają funkcję komunikacyjną, sugeruje przypadek przeciwny: w jaskiniach żyją jaszczurki – ślepe, bo nie ma co oglądać, i szare, bo nikt ich nie podziwia. Śpiew ptaków jest bardziej zindywidualizowany, ptaki się go uczą po urodzeniu, modyfikują, podsłuchują u konkurencji. Ale jaki jest tego cel? Gdy nie wiadomo, o co chodzi, pewnie chodzi o pieniądze – lub seks. A i u ludzi jest podobnie, jak śpiewał Jacek Zwoźniak:

Nie przychodź ty, mała, na świat
I nie daj się zrobić przypadkiem,
Poecie łatwiej, to fakt,
Zbałamucić Twą przyszłą matkę.


Rozpędzona ewolucja

   Może wiele się da wytłumaczyć zdobywaniem samiczek, walką o terytorium i dominację, ale czy konieczne do tego są Koncerty Brandenburskie i Etiuda rewolucyjna? Być może rozpędzona ewolucja, wyposażając nasz mózg w umiejętność celnego rzucania dzidą, rozpoznawania nastrojów współplemieńców i zdobywania dam, zapomniała wyhamować. Nasz umysł, z raz włączoną kreatywnością, nie zatrzymał zdobienia ciała na amuletach z kości, lecz wyprodukował żabociki, koronki brabanckie, krawaty Ferragamo i torebki Louis Vuitton (prawdziwe i podróby). Czy w koronce brabanckiej jest cieplej? Wiele tłumaczy męska chęć dowiedzenia, że ja mam większego. Paranoidalnym przykładem są wieże San Gimignano, ale czym innym był amerykańsko-radziecki wyścig do Księżyca? Podobnie z nauką – wydaje się miliardy, by zmierzyć masę neutrino lub zbadać, czy proton się czasem rozpada. Oczywiście, takich pieniędzy nikt by nie dał, gdyby nie chodziło o konkurs falliczny. Tyle że jeleniom w tych zawodach wystarczają rozłożyste rogi, my budujemy akceleratory i wysyłamy w kosmos satelity.

   Nie zapominajmy jednak, że wszystkie takie zabawy kosztują. Organizm nasz potrzebuje około 100 watów, z czego jedną piątą (20 W) zużywa mózg – na jednostkę masy dziesięciokrotnie więcej niż inne tkanki. Każdy student wie, że od długiej nauki boli głowa. W prostszych organizmach to zapotrzebowanie energetyczne jest bezpośrednio mierzalne. Młody polski naukowiec z Uniwersytetu we Fryburgu, Tadeusz Kawecki, badał na muszkach owocowych (Drosophila melanogaster), ile kosztuje zapamiętanie odruchu pawłowowskiego. Muszki te mają jak najbardziej mózg (200 tysięcy neuronów – mniej, niż nasze 100 miliardów, ale jednak). Poddawano je działaniu pewnego zapachu w połączeniu z szokiem mechanicznym. Późniejsza negatywna reakcja na ten zapach  potwierdziła efektywność nauczania. Muszki wyuczone padały jednak średnio o 4 godziny wcześniej od ignorantek. Tak więc uczenie się niepotrzebnych rzeczy (jak również nadmierne kombinowanie) jest niebezpieczne dla życia.

   Te wyniki sugerowałyby użyteczność kultury. Trudno, by powstało i trwało coś zupełnie bezcelowego. Może przynajmniej kultura chroni przed szaleństwem w obliczu niezrozumiałego świata, sublimuje cierpienie, odwraca uwagę od nieuchronnej śmierci? Sama jest jednak niedaleka szaleństwa. Nie sądzę, by problem ten dotyczył 12 000 scenarzystów, którzy tydzień w tydzień tłuką odcinki telenowel. Ale tam, gdzie łączy się natchnienie, Weltschmerz i poczucie misji, robi się niebezpiecznie. Nawet chłodni matematycy lądują podejrzanie często w psychiatrykach. Dobrym przykładem na cienką granicę między sztuką i szaleństwem jest Collection de l'Art Brut w Lozannie (galeria), czy Kolekcja Prinzhorna (galeria). Tworzący wariaci, czy zwariowani twórcy? Taki Adolf Wölfli, który spędził w berneńskiej klinice Waldau 35 lat, figuruje w Wikipedii jako szwajcarski artysta.

   Tworzenie nowych światów to praca pisarza. Za pewną granicą staje się zespołem chorobowym. Właśnie wpadła mi w ręce (dzięki buszowaniu pośród wolnodostępnych półek) książka William Hirsteina Brain fiction – self-deception and the riddle of confabulation (Cambridge, Mass., The MIT Press, 2005). Chodzi tu o takie zmyślanie historii, że konfabulator sam nie odróżnia zmyślenia od prawdy. A co z pisarzem nadmiernie wczuwającym się w losy swoich bohaterów? Wylatuje ponad poziomy, przenosi swoją duszę utęsknioną, a za drzwiami pan doktor notuje: syndrom Korsakowa. To przy pechu, przy szczęściu jest noszony na rękach.

Mózg nasz, mózg jaskiniowca

   Jest w ludzkiej głowie tendencja do poszukiwania nowości, do składania rzeczy na nowo, w nowatorski sposób. I jest też podstawa materialna do tego – nadmiernie rozrośnięty (zwyrodniały?) mózg. Tu dochodzimy do pytania: od kiedy mamy taki mózg? Nie chodzi tu o jakieś gołe liczby, kolejne daty do wkucia. Interesujące jest, czy potrafimy tych praludzi zrozumieć, czy potrafimy się w ich rolę wczuć. Myślimy o nich jak o jakichś prymitywach – niesłusznie. Polowanie z dzidami nie jest takie proste, podobnie oprawienie mięsa kamiennym nożem, krzesanie ognia bez zapałek, a gdyby nam przyszło przenocować pod dachem z siana, w skórach i łapciach z łyka przy 30 stopniach mrozu, nabralibyśmy szacunku dla naszych praprzodków. Ale czy znaleźlibyśmy wspólny język? Podobnie – czy po krótkim przeszkoleniu mógłby ktoś z nich prowadzić samochód, jak potrafią australijscy Aborygeni?


   Na ogół zakłada się, że człowiek nowoczesny (Anatomically Modern Human - AMH) pojawił się w Europie 40-50 tysięcy lat temu (w Afryce wcześniej) i od tego czasu się praktycznie nie zmienił. Jest to pogląd politycznie poprawny. Unika na przykład pytania, czy nie ewoluowaliśmy w różnych regionach inaczej, czyli czy nie ma czegoś takiego jak rasa. To jest temat śliski, bo można go wykorzystać w brzydkich celach. Nawet podkreślanie różnic in plus, jak dominacji Afroamerykanów w sporcie czy aszkenazyjskich Żydów wśród laureatów Nobla (o obu tematach pisze np. Jon Entine) jest ryzykowne – różnica, to różnica, jesteśmy przecież równi. Na oko coś jednak widać, choćby kolor skóry lub wzrost. Nikt nie oczekuje (na razie?), że do drużyny koszykówki będą powoływać Pigmejów. Różnie rozpowszechnione są też choroby genetyczne – taka anemia sierpowata występuje najczęściej u Mulatów i Murzynów. Nie mówimy więc o rasach, ale populacje o mierzalnej odległości genetycznej są już politycznie poprawne. Wszystkie ewentualne różnice mają też być niezmiernie powierzchowne. Wszystko to, co może być podstawą wartościowania, jak inteligencja, czy skłonność do uczciwości, musi być jednakowe. Oczywiście nie jest. Skądinąd jasne jest też, że obserwowalna bystrość czy uczciwość jest w wielkim stopniu zależna od wychowania i warunków.

   Wobec powyższego teza, że mózg nasz jest niezmiennym czynnikiem – w czasie i przestrzeni – wydaje się niezbyt pewna. Pamiętam, jak nas za Gomułki (Millenium 966-1966) uczono, że od 2000 lat między Bugiem a Odrą-Nysą żyli (Pra-)Polacy i dopiero radzieckie zwycięstwo wróciło nas na nasze plemienne ziemie. Oczywiście był to naciągany kit. Podobnie może być z historią mózgu. Z tym, że uwaga – nie każda politycznie poprawna teoria musi być błędna. Ważne jest tylko, by móc badać fakty takie, jakie są, a dopiero potem interpretować wyniki.
   Tym niemniej liczni badacze, jak Henry Harpending z Uniwersytetu Utah, wykazują, że ewolucja ludzka raczej przyspiesza, a różnice między populacjami się raczej zwiększają. To ostatnie było prawdziwe przed epoką lotów transkontynentalnych, teraz trend się pewnie odwraca. Ludy, które zasiedliły obszary północy, zdążyły od tego czasu zblednąć, pojawiły się też (z wszystkimi konsekwencjami) blondynki. Zmiana diety po wynalezieniu rolnictwa i mleczarstwa spowodowała w ciągu 10 tysięcy lat zmiany metabolizmu – potrafimy pić mleko nie tylko w dzieciństwie, a Chińczycy nie za bardzo. Tenże Harpending również pisze o inteligencji Aszkenazim. Z powodów religijnych populacja jest, mimo diaspory, genetycznie dość jednolita. Bystrość zwiększa w nieprzyjaznym otoczeniu szanse przeżycia. Dyskryminacja (np. zakaz posiadania ziemi) powoduje presję w kierunku zajęć wymagających inteligencji, jak handel, muzyka, matematyka. Wykształcenie cieszy się wysokim szacunkiem, a rabin może się żenić i legalnie podawać dalej swoje DNA. Tak to 2000 lat presji ewolucyjnej dało nam Einsteina, Bernsteina i Eisensteina.

   Dowodziłoby to, że mózg – podobnie jak inne organy – ewoluuje w najlepsze. Taki John Hawks twierdzi, że bardziej się różnimy od ludzi sprzed 5000 lat, niż ci od neandertalczyków. Gdyby rzeczywiście tak było w sferze kognitywnej, bylibyśmy w kropce. Upadłaby nasza nadzieja na zrozumienie, skąd pochodzimy. Będziemy próbować jednak rekonstruować mentalność praludzi pamiętając, że nasze rozumowanie może być naciągane i ahistoryczne.

   Do tej pory mówiliśmy jedynie o budowie mózgu jako materialnego substratu dla myślenia. Ten substrat jest ważny, bo z amebą, a nawet i z kotem nie podyskutujemy o genach i galaktykach. A z człowiekiem z Cro-Magnon być może. Ale zawartość mózgu, chodzący na tym sprzęcie software, to zupełnie inna historia. Widzimy codziennie, jak trudne jest porozumienie Amerykanina z Arabem i Chińczykiem, mają inne systemy pojęciowe. Dla Amerykanina wolność indywidualna jest najwyższym dobrem, zabezpieczonym konstytucją. W chińskim wolność jest pojęciem niezbyt pozytywnym, oznacza raczej swawolę szkodzącą ogółowi. Amerykanin wszędzie by chętnie wprowadził (choćby i kanonierkami) demokrację parlamentarną, Arab zmuszony do wyborów wybiera islamistów. Podkreślam, że ponoć żyjemy w światowej wiosce. Jak więc zrozumieć jaskiniowca? Trudno też przy takich próbach powstrzymać się od wciskania im naszej aktualnie modnej teorii. Jedni będą widzieli w artyście z Lascaux przeniesionego z Montmartre'u wyznawcę zasady sztuka dla sztuki. Inni dostrzegą symbole, archetypy, hierarchię kosmosu i walkę płci. Dla marksisty sztuka i religia to jedynie otępianie proletariatu dla skuteczniejszego wyzysku przez klasy posiadające.

   Tak więc widzimy, że zadanie jest niezmiernie trudne. Ale przynajmniej od neolitu mamy tak wbudowane, by próbować wszystko zrozumieć, nawet to, czego na razie zrozumieć nie potrafimy. Będziemy się więc starać.



Ilustracja: summa/pinezka.pl (na bazie zdjęcia z Wikipedii)

Zobacz też:
Warstwy i ludzie
Kulturalny umysł

Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl