Mruczanki i zdania

Uśmiech Zofii

   Mało kto potrafi przy wygłaszanym z kartki dłuższym referacie nie zasnąć, ja przynajmniej z największym wysiłkiem. Czegoś brakuje w takim przekazie. Brakuje naturalnej intonacji, melodii, prozodii. Podobnie ucząc się języka, musimy zwracać uwagę na wymowę dźwięków, słów i całych fraz. Inaczej nie dziwmy się, że nas nie rozumieją.



Muzyka i język

   We współczesnym zachodnim społeczeństwie dość wyraźnie rozróżniamy między muzyką a językiem. Mówimy: ten umie się wysławiać i zna języki, a ten jest muzykalny, gra na skrzypcach. Z muzyką mamy na ogół kontakt w formie opakowanej: idziemy na koncert, kupujemy płytę. Z językiem z kolei w formie pisanej, a z językiem obcym jak ze strukturą (podmiot, orzeczenie, odmiany...), na którą się nakładają słowa, które można ewentualnie zapisać lub wymówić. Oba podejścia są niezbyt naturalne.

   Jeszcze niedawno, w epoce  przedelektrycznej i przedwalkmanowej (przed-ipodowej) kto chciał posłuchać muzyki, musiał ją sobie wyprodukować. Zanucić, zagrać na fujarce. Co bogatszy mógł opłacić muzyków. Ale nikt nie mógł Piątej Symfonii słuchać na okrągło. Ale to nie znaczy, że było cicho – pasąc owce można czy skubiąc pierze można sobie pięknie muzykować. Powoli kościół się staje ostatnim miejscem, gdzie wszyscy śpiewają – byle jak, ale live. Ja tam sobie nucę na ulicy, ale muszę uważać, żeby mnie nie zwinęli – tutaj jest to nie-normalne.

   Z kolei język – choć pismo istnieje już około pięć tysięcy lat, co biologicznie i tak jest niedługo – dla zdecydowanej większości ludzkości do ostatniego stulecia był wyłącznie mową. I to mową ojczystą. Uczciwie – kto porządnie zna polską gramatykę? A kto jej potrzebuje? Owszem, uczono jej nas, ale post factum, gdy i tak już dawno mówiliśmy, by usystematyzować nasze wiadomości. Również po ty, byśmy mówili poprawnie, to znaczy zgodnie z pewnym wzorcem, ale co to znaczy i do czego jest potrzebne (o ile w ogóle), to odrębny temat.

   Muzyka i mowa to z fizykalnego punktu widzenia dwa aspekty przetwarzania dźwięku. Mowa, to o wiele więcej, niż przetworzenie na dźwięk sekwencji słów. Tak mówi komputer i odpowiednio to brzmi, choć podejrzewam że pracują nad tym. Podobnie jest z tekstem odczytywanym z kartki. Mało kto potrafi przy tak wygłaszanym dłuższym referacie nie zasnąć, ja przynajmniej z największym wysiłkiem. Czegoś brakuje w takim przekazie. Brakuje naturalnej intonacji, melodii, prozodii. Podobnie ucząc się języka musimy zwracać uwagę na wymowę dźwięków, słów i całych fraz. Inaczej nie dziwmy się, że nas nie rozumieją.

   Weźmy przykład: Martin Luther King całą noc w hotelu pracował na swoją mową I have a dream, cyzelując treść i brzmienie (dobrze, że w końcu był jako tako wyspany). Z treści pamiętam coś o równych prawach i godności, ale naprawdę utkwiło mi to rytmicznie powtarzane I have a dream – oraz brzmienie głosu pełne nadziei, postawa mówcy, gestykulacja. Nie wiem, czy komunizm by upadł (zwłaszcza tak gładko), gdyby Jan Paweł II nie miał przygotowania aktorskiego i dukał drętwo jak Gomułka o swoich kwintalach z hektara.

Treść i emocje

   Zazwyczaj uważa się, że język lepiej przekazuje treść, a muzyka emocje. W dużej mierze jest to prawda. Są jednak sytuacje, gdy określone słowa i sformułowania (lub ich brak) mogą ranić. W dyplomacji są to tak zwane petites phrases, jak sławne chirakowskie stwierdzenie o niewykorzystanej przez Polskę okazji do siedzenia cicho. A i muzyka niesie treść, jak choćby w hymnie państwowym. Nikt śpiewając Mazurka Dąbrowskiego nie analizuje, czy Bonaparte nam dobrze pokazał, jak zwyciężać mamy. Za to słysząc melodię wyciągamy właściwe szaliki. A gdy po drugiej stronie Francuzi śpiewają niech nieczysta krew użyźni nasze pola, wiemy, że i oni nie traktują tego poważnie, prawdopodobnie znaczenia tych słów nawet nie słyszą.

   Ale rzeczywiście muzyka odwołuje się do ewolucyjnie starszych obszarów mózgu. Muzyka wyraża uczucia kompozytora i wykonawcy, ale też wpływa na uczucia odbiorcy. Dobrym przykładem jest film, gdzie na podstawie podkładu muzycznego da się z drugiego pokoju wywnioskować, kiedy się zbliża kulminacyjny moment. Tak przynajmniej było w klasycznych filmach, na przykład Hitchcocka. Przypomina mi to sytuację, gdy mieszkałem w Bernie o ulicę od stadionu (*) i z szumu stadionowego wiedziałem, kiedy była akcja i czy padł po niej gol. To nie jest przypadek. Co brzmi smutno jako głos, zabrzmi smutno zagrane na instrumencie.

Modny temat

   Ostatnio zainteresowała mnie swoim prowokacyjnym tytułem książka Stevena Mithena The Singing Neanderthals. Zaraz o niej więcej. Jak jednak zacząłem zagłębiać się w temat, okazało, że pisze się o nim całkiem sporo. To dość nowa dziedzina badań, wobec czego wiele książek zawiera niezbyt sprawdzone hipotezy autora, zwłaszcza gdy próbuje on objąć wiele interdyscyplinarnych aspektów, zasugerować kompleksowe rozwiązania i dotrzeć do nieakademickiego czytelnika. Taka jest jednak cena za wyznaczanie nowych kierunków.

   Podaję wyniki poszukiwań (a można szukać dalej):

The Singing Neanderthals: The Origins of Music, Language, Mind, and Body, Steven Mithen
(Amazon / recenzja / recenzja / recenzja)

Music, Language, and the Brain, Aniruddh D. Patel
(strona autora z próbkami audio / Amazon / artykuł / dodatkowe informacje z próbkami audio)

Musicophilia, Oliver Sacks (strona autora / Amazon – z wypowiedziami autora na wideo)

This Is Your Brain on Music: The Science of a Human Obsession, Daniel J. Levitin
(Amazon)

The Origins of Music, Nils L. Wallin, Björn Merker, Steven Brown (editors)
(Amazon)

Teoria hmmmmm

   Steven Mithen pisze w The Singing Neanderthals o wzajemnych związkach ewolucji języka i muzyki. Steven Pinker twierdzi w How the Mind Works, że muzyka jest jedynie słuchowym deserem (auditory cheesecake) i że gdyby zniknęła z życia naszego gatunku, praktycznie nie wpłynęłoby to na nie. Mithen zdecydowanie  z tym twierdzeniem polemizuje. Uważa, że to nie muzyka jest dodatkiem działającym na bazie funkcji językowych, lecz że to właśnie muzyka jest podstawą. Zastanawia się, jaka była możliwa ewolucja obu funkcji. Uważa, że mają one wspólne źródło, po czym ich drogi rozwoju się rozeszły się. Teoria ta ma związek z pojęciem musilanguage, wprowadzonym przez Stevena Browna, który określa kierunek swoich badań jako neuroartsologię, neurologiczne podejście do sztuki. Mithen cytuje również prace Alison Wray dotyczące ewolucji języka, a zwłaszcza jego holistycznego (patrz niżej) charakteru.

   Mithen twierdzi mianowicie, że prajęzyk można określić jako hmmmmm (kolejna chwytliwa nazwa):

  • holistic
    Wypowiedzi są całościowe, nie składają się ze słów, raczej przekazują taką treść jak: "uwaga-nadlatuje-orzeł", czy "daj-mi-to"
  • multi-modal
    Wypowiedzi składają się ze słów, gestów, tonu
  • manipulative
    Rozmowa oprócz opisu faktów wyraża życzenia, relacje międzyludzkie
  • musical
    Istotna jest intonacja, rytm
  • mimetic
    Dźwięki są często naśladowaniem dźwięków z otoczenia, onomatopeje

   Jak uczymy się obcych języków? Przed laty uczyłem się niemieckiego metodą klasyczną: słowa, gramatyka, składanie słów w zdania. Miałem bardzo dobry, nie potrafiłem niczego powiedzieć. To znaczy ewentualnie o gościach z Ghany zwiedzających nową fabrykę. Z drugiej strony w metodzie totalnego zanurzenia potrzebuję języka nie na zaliczenie, lecz aby kupić bilet autobusowy i znaleźć drogę. Zamówić kawę, na którą naprawdę mam ochotę. Potem wiem, że do spotkanego Węgra dobrze jest powiedzieć junapodkiwanok, a do Araba salaamaleikum. Jeżeli Arab mi odpowie aleikumsalaam, to nie będzie mnie (na razie) bił. Cel osiągnięty. Nie muszę wiedzieć, z czego się składa wypowiedź – holistyczna i manipulacyjna. Oczywiście jak będę umiał zamówić kawę, może kiedyś będę chciał herbaty. Zauważę strukturę, rozpoznam słowa. Przejdę do wypowiedzi analitycznej. Dawno, dawno temu nie studiowano języków, używano ich.

   W większości języków można intonacją zmienić zdanie orzekające w pytające, wyrazić wątpliwość, niechęć, czy zachwyt. Są może elegantsze metody, ta jest prosta i skuteczna. Chcąc coś kupić, mogę pokać palcem i wydać dźwięk hyyy! A sprzedawca  łatwo zrozumiałym ee-eee... może zasugerować, bym niczego nie ruszał. Multimodalnego i muzycznego charakteru języka nie trzeba dziś tłumaczyć politykom, a zwłaszcza ich spin-doktorom. Wiadomo, że dla wygrania wyborów nie trzeba być politykiem, trzeba go dobrze grać. Ważny jest krawat, fryzjer, postawa, gestykulacja. Dziś świadomy wyborca nie pyta po roku rządów, gdzie są te trzy miliony mieszkań, czy trzy tysiące kilometrów autostrad, bo wie, że jest to forma retoryczna.

   Wiele słów ma swoje źródło w onomatopei – kukułka, trzask. Lubię sprawdzać obcokrajowców, czy zrozumieją o szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny. Język dziecięcy lubi onomatopeje. Ale nie tylko  dziecięcy. W Brazylii zmajstrowane pojazdy nazywają się paco-paco, w Szwajcarii motocykl to Töff. W japońskich komiksach (manga) alfabetem sylabicznym katakana oddawane są najbardziej fantazyjne odgłosy. Hipoteza, że od tego się zaczęło, brzmi wiarygodnie.

(ciąg dalszy nastąpi)

 


 

(*) Na tym stadionie w 1954 Niemcy pokonały Węgry (Wunder von Bern). Został przebudowany i z trywialnego Wankdorfu zmienił się w Stade de Suisse. Za dwa tygodnie zagra tam swoje trzy mecze Holandia.



Odcinek poprzedni: Kanały komunikacji (międzyludzkiej)

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl