Drukuj
Lipiec 2008 autor: Jan Śliwa

Muzyka i język

Uśmiech Zofii


   U ludzi muzyka na ogół powiązana jest z ruchem. Nauczyliśmy się co prawda spokojnie siedzieć w filharmonii, ale jest to sztuczne, tak jak stanie na baczność lub siedzenie w klasie z rękami założonymi do tyłu. Nigel Kennedy, osobnik bez zahamowań, grając Vivaldiego wystukuje rytm trampkami, jak gdyby to był rock, a nie barok.




   Poniższy tekst to dalszy ciąg artykułu o początkach języka i muzyki oraz ich powiązaniach. Ponieważ mówimy o bardzo dawnych czasach, gdy homo ledwo się stawał sapiens, słowa muzyka używamy w bardzo szerokim zakresie obejmującym intonację wypowiedzi, podśpiewywanie, wystukiwanie rytmów itp.


Koncert na stalaktyty w jaskiniowej Carnegie Hall

   Człowiek otoczony jest przez dźwięki. Dziś oprócz stuku maszyn i buczenia komputerowego wentylatora jest to na ogół muzyka ludzkiej produkcji. W tej chwili u mnie – Knock, knock, knockin’ on heaven's door. Kiedyś był to szum wiatru i wody, a zwłaszcza głosy zwierząt. Od poprawnego ich rozpoznawania zależało, czy ja będę coś jadł, czy coś zje mnie. Trzeba ich uważnie słuchać, dobrze jest je umieć naśladować, by ogłupić zwierzynę podczas polowania. Homo jednak, zwłaszcza sapiens, bez przerwy kombinuje, jako ludens szuka rozrywki. Zwłaszcza, gdy się nudzi, jak eskimoskie (Inuit) kobiety czekające tygodniami na powrót chłopów z polowania. Inuicki śpiew gardłowy daje niezłe wyobrażenie o hipotetycznych początkach wokalistyki. Zajmuje też wysokie miejsce w mojej hierarchii najdziwniejszych dźwięków dających się wydobyć z jamy ustnej.

   Otoczenie składa się z przedmiotów, a przedmiotami można postukać. I dziś olbrzymi jest zakres instrumentów perkusyjnych, bębnów, grzechotek i terkotek. Wyobraźmy sobie imprezę magiczną w jaskini, paleolityczne widowisko Son et lumière. Nie ma prądu, w świetle ognisk i pochodni majaczą postacie uczestników. Płomienie migocą, więc i wymalowane na ścianach byki i jelenie drżą, tańczą. Efekt ekstatyczny wzmacniany jest ziółkami i grzybkami. Wielka sala jaskini jest puszką rezonansową. Ktoś wybija rytm uderzając stalaktyty. Można wydawać dźwieki o różnej wysokości, grać solo i w grupie. Może nie brzmi to całkiem jak steel drums, ale idzie w tym kierunku.

   Po wyssaniu szpiku z kości otrzymujemy rurkę, a w rurkę można podmuchać. Rurka piszczy. Kto pierwszy wpadł na to, by coś na niej zagrać? Znaleziono kilka kości z dziurkami, np. w Geissenklösterle w Niemczech lub w Divje Babe w Słowenii. Czy były to flety? A może dziurki są tylko śladami zębów drapieżnika? Ale jeżeli nawet wbił tam zęby niedźwiedź, to człowiek mógł tę kość podnieść i w nią dmuchnąć. Na stronie dotyczącej Geissenklösterle znajdują się próbki dźwięku (na replikach), fantazyjne jak zawsze. Znów odzywa się nieszczęsna ulotność muzyki. Egipcjanie wiedzieli, co robią, budując piramidy. Nie znamy dokładnie techniki budowy, ale nie da się zaprzeczyć że stoją. A muzyka? Vivaldi się ulotnił na parę stuleci, odżył dzięki partyturom. A jak partytur nie ma? Szkoda. Ale badacze pracują. Jeżeli nie mamy bezpośrednich śladów, zawsze możliwe są kreatywne hipotezy i eksperymenty. Otoczenie mało się zmieniło (pomijając linie wysokiego napięcia), kamyki stukając wydają taki sam dźwięk, możemy go łatwo zrekonstruować. Mądrze nazywa się to litoakustyką. Jeżeli ktoś zamierza wczuć się w duszę jaskiniowca, tu może nabyć repliki prehistorycznych instrumentów.

   Oczywiście stukanie stukaniu nierówne. Gdyby jakiś mój daleki potomek za dziesięć tysięcy lat znalazł prehistoryczny klawesyn, załóżmy że nastrojony, nie sądzę by zagrał coś więcej, niż Wlazł kotek na płotek. Nawet przez myśl by mu nie przyszło, że w tym instrumencie zaklęte są Wariacje Goldbergowskie. Nie powinniśmy więc niedoceniać naszych przodków, może kreowali na stalaktytach, bębnach i piszczałkach arcydzieła.

Tańce, hulanki, swawole

   U ludzi muzyka na ogół powiązana jest z ruchem. Nauczyliśmy się co prawda spokojnie siedzieć w filharmonii, ale jest to sztuczne, tak jak stanie na baczność lub siedzenie w klasie z rękami założonymi do tyłu. Nigel Kennedy, osobnik bez zahamowań, grając Vivaldiego wystukuje rytm trampkami, jak gdyby to był rock, a nie barok (nie udało mi się tego znaleźć na video, tu gra w punkowskim stroju klezmerski kawałek w Krakowie). Takie zachowanie jest całkowicie naturalne. Dzieci, którym jeszcze nie wtłuczono do głowy zahamowań, tańcują do muzyki nie zwracając uwagi na otoczenie – w miejscach prywatnych i publicznych.

   Niektórzy twierdzą, że dwunożny chód wymusza podstawowy rytm. Podobnie wspólna praca. Burłacy ciągną liny w takt pieśni, również żeglarzom ułatwiają pracę szanty. Czynność wyznacza częstotliwość ruchów, a ta z kolei rytm. Stąd szanty fałowe, kabestanowe, kotwiczne, pompowe. Długość liny wyznacza liczbę zwrotek. Świński tekst pozwala zapomnieć o poranionych rękach:

Sally Brown, jasna Mulatka,
– Way-hey! Ciągnij go!
Irlandzkiego miała dziadka.
– Spłukałem się na Sally Brown!

   Widzimy tu, jaką rolę odgrywa muzyka w organizacji wspólnego działania. Powyższe przykłady dotyczą trywialnej koordynacji ruchów. Wiemy przecież też, jak istotne są muzyka i taniec w wszelkich obrzędach – plemiennych, religijnych, państwowych – od buszmeńskich szamanów po paradę równości. Wspólne pieśni podtrzymują identyfikację grupową. Pokolenia podkreślają swą odrębność poprzez muzykę, której nie trawią rodzice. Niemożliwy byłby sukces rynkowy walkmanów oraz iPodów, gdyby muzyka była jedynie mało znaczącym dodatkiem.

   Skądinąd zwierzęta nie tańczą, więc znowu mamy efekt, który u nas jakoś powstał, a u innych nie. Po fakcie wszystko się zgadza, ale co było przyczyną, co skutkiem, trudno powiedzieć.


Muzyjęzyk matczyny

   Pierwszą naszą przewodniczką po świecie dźwięków, dotyku i wrażeń wzrokowych jest matka. W świat dźwięków wprowadza nas nawet przed urodzeniem, gdy mędrcy tego świata dyskutują uczenie, czy jesteśmy już ludźmi. W praktycznie wszystkich kulturach matki mówią do dzieci specjalnym językiem (mowa matczyna, po angielsku Baby talk, Motherese, lub naukowo-urzędniczo Child-directed speech (CDS)). Ma on uproszczoną syntaktykę, wiele onomatopei, powtórzonych sylab, jest melodyjny, lecz przede wszystkim naładowany emocjonalnie. Jest też używany w kontekście autentycznych sytuacji, potrzeb i wymagań. Nikt nie tłucze słówek i odmian w tej mowie, no chyba żeby nazwać pieska i kotka.

   Czy taki był prajęzyk? Może. W próbach odtworzenia przeszłości staramy się znaleźć materialne ślady, lecz w przypadku czegoś tak ulotnego jak język ich nie mamy. Stosujemy wtedy analogie. Jedną jest analiza zachowania pokrewnych nam obecnie żyjących zwierząt lub społeczeństw tzw. prymitywnych. Inną jest obserwacja rozwoju osobniczego człowieka, w nadziei że podpowie nam ona możliwe drogi rozwoju i sposoby nabywania naszych umiejętności. Oczywiście analogia, to tylko analogia. Buszmen to nie homo erectus, a dziecko nie wynajduje mowy od zera, jest mu ona przekazywana przez dorosłych.

   Tyle refleksji o różnych aspektach prajęzyka. Teraz parę słów o tym, jak to (być może) działa.

Modularność mózgu

   Ewolucja języka ma ścisły związek z ewolucją człowieka rozumnego, jako że język jest jedną z najbardziej złożonych funkcji mózgu. Pozwala na nazywanie pojęć słowami, a więc i na powstawanie pojęć jako takich, konkretnych i abstrakcyjnych. Dzięki językowi możliwe jest współdziałanie w złożonych przedsięwzięciach oraz ich planowanie. Można wyrazić marzenie lotu na Księżyc przez pojękiwanie z wyciągniętym w górę palcem, nie wystarcza to jednak do zbudowania rakiety.

   Sporo się ostatnio publikuje na temat początków języka i muzyki, również w kontekście neurofizjologii i kognitywistyki. Ponieważ zarówno język, jak i muzyka związane są z recepcją i analizą dźwięku oraz jego generacją, podejrzewa się, że pewne moduły mózgu mogą być wykorzystywane w obu dziedzinach. Moduły mózgu (mentalne) według definicji Jerry Fodora posiadają następujące cechy: szybkość działania, automatyzm, specyficzną funkcję, izolację informacji, wykorzystanie specyficznych neuronów oraz wrodzoność. Nie wszystkie cechy są niezbędne, na przykład moduły czytania tekstu lub jazdy na nartach nie są wrodzone. Moduły te mają być czymś realnym, fizycznym, mierzalnym.

   Jak to w psychologii, wiele nam o normalnym mózgu mówią jego anomalie. Oprócz różnych zaburzeń mowy (afazja), mamy do czynienia z zaburzeniami przetwarzania muzyki (amuzja). Oliver Sacks, autor wielu popularnych książek o psychologii, m.in. Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem, ciekawie opowiada o amuzji (i nie tylko) na stronie dotyczącej swojej nowej książki Musicophilia. Bardziej technicznie traktują zagadnienie Isabelle Peretz i Krista Hyde z Uniwersytetu w Montrealu.

   W systematyzowaniu modułów mowy i języka ta sama Isabelle Peretz i Max Coltheart opierają się na przypadkach klinicznych urazów mózgu oraz upośledzeniach wrodzonych. Jeżeli ktoś, dajmy na to, nie rozpoznaje melodii, ale rozpoznaje słowa i inne dźwięki z otoczenia, a u innego jest odwrotnie, to prawdopodobnie moduły przetwarzające różne dźwięki są niezależne i rozłączne. Jakie są to moduły? Czy wielkie, monolityczne (język, muzyka, inne dźwięki, czy specjalizowane mikromoduły? Peretz i Coltheart proponują konkretny zestaw modułów analizy parametrów dźwięku (wysokość, rytm, kontur), asocjacyjnej pamięci słów i melodii, przetwarzania ekspresji emocjonalnej itp. Uczciwie mówiąc przypomina to trochę projekt inżynierski, czyli jakbyśmy to my skonstruowali gadającą maszynę. Oczywiście ma to pewien sens i wyznacza kierunek dalszych badań, jak każda rozsądna hipoteza.

   Nie przypadkiem pojawia się tu raz po raz nazwisko Isabelle Peretz. Kieruje ona laboratorium zajmującym się związkami neuropsychologii z muzyką. Lista publikacji, a nawet sama różnorodność czasopism – od Cognitive Neuropsychology po Music Perception – sugeruje szerokość zainteresowań.

   Dlatego też będziemy powoli zamykać temat, zanim się nie rozrośnie do nieskończoności. Widzimy, jak wielką rolę odgrywa połączenie sił wielu nauk. Neuropsychologia, archeologia, antropologia, muzykologia współpracują w rozgryzaniu zagadnienia. Jest to walka na wielu frontach. Mało mówiłem na przykład o analizie, do jakiego stopnia upodobania muzyczne są uniwersalne, a więc być może wrodzone. Jasne, że zbiór miłośników Mozarta i punkrocka się nie pokrywają, lecz oba kierunki opierają się jednak na tych samych tonacjach. Znamy (znać możemy) muzyki innych kultur, jak indyjską czy chińską, ale jak wygląda muzyka ludów, które nie miały kontaktu z muzyką zachodnią? Coraz to trudniejsze, bo radio, a z nim Christina Aguilera docierają do najgłębszych zakątków dżungli. Możemy badać syntaktykę języka i muzyki, ich cechy matematyczne i statystykę rozkładu dźwięków. Ale to już (być może) innym razem.

   Na marginesie: Pożyczyłem ostatnio płytę kanadyjskiego zespołu Tafelmusik z L'Estro armonico Vivaldiego. Dołączona była płyta DVD z wariacjami na temat Czterech pór roku. Barokowy zespół uzupełniły solistki: Chinka grająca na chińskiej lutni (pipa), Hinduska na sarongi i dwie Inuitki ze swym wspomnianym wyżej śpiewem gardłowym. Efekt był szokujący. Jeżeli ktoś ma ochotę rozruszać sobie neurony muzyczne, gorąco polecam.

 
Fot. asifthebes (serwis SXC.hu)


Zobacz poprzedni odcinek:
Mruczanki i zdania