Przypływy i odpływy młodości

Biblionezka

John Banville
Morze
The Sea
tłum. Jerzy Jarniewicz
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Warszawa 2007, str. 210

   Czy prozę utalentowanego Irlandczyka z Dublina cechuje coś wyjątkowego? Początkowo wydawało mi się, że tak. Wspaniały język, porywające opisy przyrody, pogody, żywiołu wody oraz dorosłych i dzięcięcych bohaterów… Czuje się umiejętność władania piórem i mądrość życiową doświadczonego człowieka. Po kilku pierwszych stronach czujemy się naprawdę uwiedzeni przez pisarza.


[...] Są chwile, kiedy przeszłość ma taką moc, że mogłaby każdego unicestwić.

   Każdy z nas doświadcza okresów przypływów i odpływów wspomnień. Przeszłość, która z całą mocą powraca obrazami, zapachem, smakiem lub usłyszaną muzyką, może oznaczać czasy odległe, ale równie dobrze czas sprzed kilku miesięcy. Dystans nie zaważy na jej percepcję i siłę przeżyć. Potrafi lekko wkroczyć w nasze życie dodając smaku i kolorytu teraźniejszości, ale może również sprawić, że grunt usunie się nam spod nóg, a w uszach rozbrzmiewać będą wyimaginowane fanfary.
   Powieść Morze Johna Banville’a  – Irlandczyka urodzonego w roku 1945 – początkowo wydał mi się urokliwym opisaniem jednego długiego lata z dzieciństwa, w które wplata najważniejsze punkty zwrotne swojego życia. Wraz z rozwojem akcji, sielankowy obraz wakacji w małej nadmorskiej miejscowości Ballyless ujawnia coraz więcej rys i skaz. Wyidealizowany w pamięci czas dzieciństwa zaczyna podsuwać swoje rzeczywiste, często mroczne i nieczyste oblicze. Błędem byłoby w przypadku obcowania z tą powieścią liczenie na szybką i sensacyjną akcję. Nie polecałabym jej również nikomu, kto ceni liczne i trafne życiowe dialogi, bowiem w tej książce prawie ich nie ma. Pisana w pierwszej osobie, snuje się leniwie jak gawęda przy ognisku, czy rodzinne spotkanie przy kominku, pełne przywoływania chwil dni minionych. Morze jest bliższe niskobudżetowemu filmowi, którego twórców stać było zaledwie na jednego aktora mówiącego bezpośrednio do kamery, osadzonego w jednostajnym pejzażu. Tempo opowiadania często jeszcze bardziej zwalnia, zdaje się długim, spokojnym oddechem starca, niechcianą stopklatką, a my musimy spokojnie zaczekać, aż narrator ocknie się z tego letargu i zacznie kontynuować swoją historię.
   Kogo może zrazić taka kameralność i wyciszenie planu niechaj po prozę Banvilla nie sięga. Ta książka nie ma nic z literatury mogącej trafić do masowego czytelnika. Ale nie wszyscy poszukujemy w słowie drukowanym tego samego. Krytycy niemal jednogłośnie zachwycili się leniwą ciszą letniego dnia zamkniętą pośród kart książki. Niektórzy nazwali ją emocjonalną odyseją i mistrzowskim studium żalu, pamięci i zgubionej bezpowrotnie młodości. Ja odczytałam między wersami również pragnienie bohatera rozliczenia się – często bardzo bolesnego – z utraconą niewinnością i dawnymi fascynacjami. Także tymi zakazanymi. Morze nagrodzono w 2005 roku prestiżową Nagrodą Bookera. Wpływ na to miała na pewno ciekawa fabula, ale i piękno języka, doskonałość kompozycji, perfekcyjna dbałość o szczegóły i przekazanie prawdziwego oblicza życia, z całym bagażem najtrudniejszych doświadczeń, takich jak śmierć ukochanej osoby, nadejście starości i uświadomienie sobie przemijalności bytu.

[…] Być może całe życie jest zaledwie długim przygotowaniem do chwili, w której się z nim rozstajemy.

    Czy prozę utalentowanego Irlandczyka z Dublina cechuje coś wyjątkowego? Początkowo wydawało mi się, że tak. Wspaniały język, porywające opisy przyrody, pogody, żywiołu wody oraz dorosłych i dziecięcych bohaterów… Czuje się umiejętność władania piórem i mądrość życiową doświadczonego człowieka. Po kilku pierwszych stronach czujemy się naprawdę uwiedzeni przez pisarza. Aż chciałoby się podnieść bunt i poprosić o zaprzestanie szarpania tak intensywnie naszymi emocjami. Ale z całą mocą wpadamy w kolejne zastawione przez Banville'a sidła. Jesteśmy zakochani w słowach, identyfikujemy się z wspomnieniami narratora – starzejącego się pisarza pisującego biografie ludzi sztuki. Wszystko co mówi o przeszłości jest takie trafne i prawdziwe. Nawet jeśli są to stwierdzenia i refleksje, do istnienia których nie chcielibyśmy się przyznawać.
   Ale po tym pierwszym zachwycie przychodzi kolejna refleksja – że to nie pierwszy raz, że to nie pierwszy taki autor, który rzucił nas na kolana, że te wszystkie atrakcyjne triki już znamy. I przesuwają się przed oczami minione lektury, które dostarczyły nam podobnych uniesień. Złapałam się na myśli, że fragmenty wywołujące silne emocje (a było tego sporo w moim przypadku) nieustannie kojarzyły mi się z innymi powieściami. Jednak Morze przywołuje w pamięci tylko te książki, które okazały się lekturami najważniejszymi. Zatem, jeśli styl Banville'a przypomina mi moją kultową literaturę, to sam pisarz bezsprzecznie plasuje się obok tych najbardziej utalentowanych, charakteryzujących się ogromną wrażliwością. Stawiałabym go na równi z elektryzującą prozą Iris Murdoch, Iana McEwana, Grahama Swifta, Angeli Carter czy Antonii Susan Byatt. To moja ścisła czołówka. A że przez liczne skojarzenia wykluczyłam wyjątkowość i nowatorstwo Irlandczyka, to jednocześnie z ogromną radością włączyłam go w mój prywatny panteon literackich bogów.
    Powieść Morze nie jest objętościowo pokaźna. W porównaniu z Morze. Morze Iris Murdoch (również laureatka Bookera) mogłaby być tylko szkicem do czegoś większego. Ale nie ma takiej potrzeby. Jest historią, jaką moglibyśmy usłyszeć na jakimś rodzinnym spotkaniu. Ot, zebrało się starszemu panu na wspomnienia. Ale  śledzi  się je z nieskrywaną przyjemnością, a wyobraźnia przy tym może poszaleć. I ma to swój elektryzujący urok.

  Bohaterem i narratorem książki jest pisarz Max Morden – starszy już mężczyzna – któremu niedomogi starości depczą po piętach, a życie całkiem niedawno się załamało. Max utracił ukochaną żonę. Przegrała walkę z chorobą. A on, choć towarzyszył jej w ostatnich chwilach, nie mógł przewidzieć jak będzie się czuł, kiedy zostanie sam. Odejście Anny spowodowało, że utracił swój pancerz ochronny. Życie zaczyna go dotkliwie ranić na każdym kroku. Nie był na to zupełnie przygotowany. Relacje z dorosłą córką Claire nie są wzorcowe, a przeszłość coraz intensywnej zaczyna gościć się w jego głowie, jakby teraźniejszość przegrała z nią pojedynek. Powroty do miejsc z lat dziecięcych mają wymiar nie tylko duchowy. Max postanawia odwiedzić małą letniskową miejscowość Ballyness, gdzie lata temu przyjeżdżał z rodzicami na letnie wakacje. Ta realna podróż jest czasem dialogu z samym sobą, psychicznym odmłodzeniem, ale i próbą lepszego poznania własnego dziecka.

    Naprawdę, życie można przeżyć ponownie, wystarczy się tylko postarać i wszystko sobie przypomnieć.

   Pobyt w nadmorskim kurorcie miał być terapią, wyciszeniem, zastąpieniem bólu utraty czymś jasnym i nieskalanym. Ale uchyliwszy drzwi do przeszłości, nie zawsze możemy być pewni co po latach za nimi zobaczymy. Czy będzie tam tylko sielanka, czy znajdzie się także mrok. Dla Maxa kraina dzieciństwa, mityczny kraj wiecznej szczęśliwości, szybko traci swój dawny wymiar. Zanika niewinność i naiwność chłopięca. Max zdawał sobie sprawę, że podejmując się tej podróży podejmuje ryzyko rozczarowań. Przez lata przetworzył w pamięci obrazy z Ballyless, rzeźbiąc z nich swoją krainę szczęśliwości. Konfrontacja w terenie z współczesnym wizerunkiem miasteczka boleśnie go rani. Nawet rozmowa z córką o jej nieudanych związkach nie odciąga jego uwagi od tego, co przesuwa się za oknami samochodu. Jej miłostki tak naprawdę nigdy nie zyskały jego aprobaty, podobnie jak fakt, że w własnym potomku widział więcej wad niż zalet, jakby była niechcianym podrzutkiem, a nie efektem miłości do Anny. Bohater Morza bywa okrutny w swych osądach wobec Claire. Widzi w niej nieatrakcyjną młodą kobietę z zaprzepaszczonymi szansami na udane życie. Nie potrafi (może nawet nie chce?) polepszyć ich wzajemnych relacji. Nawet po śmierci żony nie pragnie się do niej zbliżyć i scementować więzi rodzinnych.

   Na plan pierwszy opowieści wysuwają się jednak retrospekcje – dni, kiedy był małym chłopcem i poznał na wakacjach lepiej sytuowaną rodzinę Grace’ów. Jego rodzina zamieszkiwała w obskurnych domkach letniskowych z toaletami na zewnątrz. Nowi znajomi zajmowali eleganckie pokoje w pensjonacie zwanym Domem pod Cedrami. Podstarzały Max postanawia właśnie tam po latach wynająć pokój. Po cichu liczy nawet na cud i odnalezienie jakichkolwiek śladów po bytności w tych murach państwa Grace. Jednak po takim czasie otoczenie i dom nie przypominają kadrów zatrzymanych w pamięci. Przechadzki po miasteczku również rozczarowują. Nie ma dawnych kawiarni, kina, sklepów, część budynków już nie istnieje. Odwiedzanie starych kątów przenosi nas w konkretne wspomnienia z nimi związane. Krok po kroku poznajemy tajemnice letnich dni i rozwój znajomości z każdym z Grace'ów – od platonicznej fascynacji matką po zabawy z jej dziećmi – a przede wszystkim urokliwą Chloe. Wszystko to zaprowadzi nas ku dramatowi z przeszłości, który rozegrał się na jego oczach. Powolna leniwa narracja podskórnie pulsuje i buduje napięcie. Pomiędzy zwyczajne zdarzenia wkradają się nastroje niepokoju, zapowiadające przyszłą tragedię. Im dalej oddajemy się wraz z Maksem wspomnieniom, tętno historii wzrasta, by osiągnąć wkrótce stan nagłej, niezapowiedzianej tachykardii. Rozwikłanie wszystkich tajemniczych wątków w drugiej części książki przekonuje, że nasze niepokoje były uzasadnione.

   Dzieciństwo Maksa w Ballyless pozostawiło w jego psychice obrazy jakie nosi w sobie wielu z nas. Beztroskie wakacje ze szkolnych lat to okres przyjaźni, w które wkradają się pierwsze tajemnice, doświadczenia miłości platonicznej, ale także mniej lub bardziej niewinne seksualne gierki. To fascynacja osobami dorosłymi i ich tajemniczym, ale ciekawym życiem przenosi często naszą uwagę na rówieśników, w których szukamy tych samych emocji. Tego wszystkiego doświadczał także bohater Banville'a. Najpierw zauroczony matką, szpiegujący i podpatrujący swój obiekt w konspiracji, szybko przerzuca swoje zainteresowanie na córkę. Odkrywa też przez przypadek tajemnicę opiekunki dzieci Grace'ów – pani Rose – co staje się początkiem przyszłej tragedii. Wspomnienia Maksa skaczą dość chaotycznie między obrazami z wakacji i okresem choroby żony, jej powolnego, bolesnego odchodzenia, walki, która była z góry skazana na porażkę. Często tak przewrotnie bywa, że pamięć łączy obrazy bolesne z najlepszymi wspomnieniami. Jakby tymi dobrymi chciała szybko uleczyć nasz nieukojony ból. Takie same figle płata również umysł bohatera. Akcja dziejąca się współcześnie pozwala nam poznać zmieniony upływem czasu pensjonat. Nie jest już tak ekskluzywnym miejscem, ale prowadzi go wciąż pani Vavasour – kobieta obecna już w jego wspomnieniach z młodości. Na kwaterze Max poznaje innego wiekowego gościa – pułkownika, który walczy o względy gospodyni i każdego dnia próbuje poczuć się kimś ważnym i potrzebnym swojej rodzinie. Ostatecznie dzieci pułkownika rezygnują z przyjazdu do Ballyless skazując go na uczucie odrzucenia i zapomnienia. Przykre doświadczenia związane ze starzeniem i odchodzeniem dotykają obojga pensjonariuszy Domu pod Cedrami.
   Powieść Morze – poza charakterem czysto wspomnieniowym – jest w dużej mierze traktatem o tym ,jak radzimy sobie z upływem czasu, śmiercią i przemijaniem. Odejście żony – doświadczenie wciąż świeże i bolesne dla Maksa – skierowuje jego myśli ku innemu tragicznemu doświadczeniu z przeszłości. Obie chwile zmuszają do zastanowienia się nad celami i priorytetami ludzkiego życia.

   Fakt, że można się tą powieścią zachłysnąć i rozkoszować każdym opisem, to wielka zasługa autora. Jest genialnym obserwatorem życia i spogląda na nie oczami przedstawicieli różnych pokoleń. Te odmienne punkty widzenia są przekonywające i celnie oddają sposoby rozumienia świata w zależności od nabytego doświadczenia. Cała tzw. "wspomnieniowa" część, każe mi chylić czoło przed przenikliwym wzrokiem autora, który dopatruje się detali dodając swojej opowieści realizmu, a chwilami idąc nawet w kierunku naturalizmu. Sceny opisujące chorobę i śmierć Anny naprawdę poruszają. To nie jest ckliwe granie na emocjach w celu wywołania wzruszenia potencjalnego czytelnika.
   Myślę, że Banville tworząc swe utwory w ogóle nie myśli o ich odbiorze i przyszłych ocenach. On po prostu obcując ze słowami czuje się jak ryba w wodzie i kreuje niezwykle światy dla samego procesu tworzenia. Podczas lektury bardzo często identyfikowałam się z przeżyciami i myślami różnych bohaterów. Ich doświadczenia są osobiste, a zarazem bardzo uniwersalne – mogą być równie dobrze wyjęte z pamięci każdego z nas, tak jak wielu mogłoby znaleźć w wspomnieniach swoje własne Ballyless w postaci reminiscencji z Kołobrzegu, Świnoujścia czy Pogorzelicy. Cześć zdarzeń minionych wciąż może wywoływać ból, inne mogą mieć charakter jedynie sentymentalny. Myślę, że najważniejsze jest aby z tej dość ponurej wizji pisarza wyciągnąć najbardziej lśniące diamenty mądrości człowieka doświadczonego.

[…] Jesteśmy kruchym stateczkiem smutku żeglującym w stłumionej ciszy przez jesienny mrok.

   Bunt przeciwko upływowi czasu nie ma sensu, gdyż nie mamy na czas wpływu. Pokorna akceptacja pewnych zmian bywa najlepszym rozwiązaniem. Banville, podobnie jak jego bohater Max, chciałby mieć w nas dobrego słuchacza, i to na pewno możemy mu dać. Ofiarowując swój czas na przeczytanie tej książki, przyzwalamy jednocześnie, aby opowiedział nam tę historię – po swojemu i do samego końca. Irlandczyk uchodzi w swoim kraju za stylistę współczesnej prozy. To bardzo trafne określenie. Ma swoje ulubione wątki i tematy. W Morzu zawarł je wszystkie i powraca do nich jak fala w innych swoich powieściach. W Polsce pozostanie na pewno twórcą niszowym, ale wielka sztuka nigdy nie oznaczała kultury masowej. Jego książki nie staną na półkach witryn obok bestsellerów, lecz kto zechce do nich dotrzeć zapewne znajdzie je na regałach księgarń. Jeśli posiadamy w sobie otwartość i chęć zmierzenia się z literaturą dla czystej przyjemności obcowania z wybitnym stylem i doskonałym wyczuciem psychiki ludzkiej, taka książka jest wręcz lekturą obowiązkową. Mimo ocierania się o tematy najtrudniejsze, podtrzyma w nas wrażliwość i ciekawość dziecka, a jednocześnie pozwoli spojrzeć na bohaterów z perspektywy swojego wieku i zebranych doświadczeń. Banville zawczasu próbuje wskazać jakie wartości okażą się u kresu życia najistotniejsze. Warto wiedzieć o tym wcześniej, tak jak opłaca się podarować temu pisarzowi swój czas. Zatem posłuchajmy:

[…] Wszyscy wydają się dziś młodsi ode mnie, nawet zmarli. Widzę ich, moich biednych rodziców, jak nienawistnie bawią się w dom, w dzieciństwie świata. Ich nieszczęście było elementem stałym moich najmłodszych lat: wysoki, niekończący się rejwach, poza zasięgiem słuchu. Nie żywiłem do nich nienawiści. Kochałem ich zapewne. Tylko, że stali mi na drodze, zasłaniając widoki na przyszłość. Z czasem nauczyłem się patrzeć mimo nich, patrzyłem przez moich przezroczystych rodziców.



Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl