Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Wielkie Księstwo Warszawskie

Biblionezka
gdzie Wielkie Księstwo Warszawskie


Andrew Uffindell
Wielcy generałowie wojen napoleońskich i ich bitwy 1805-1815
Great Generals of the Napoleonic Wars
Dom Wydawniczy Rebis
Poznań 2007

   Sierot po Bonapartem jest podobno w Polsce więcej niż (wyłączając Korsykę) w samej Francji, więc pośród czytelników historycznych cegieł poruszających tematykę epoki napoleońskiej nie może być inaczej. Logiczne zatem, że z wielkimi oporami sięgają oni po prace anglosaskiego autorstwa.

   Dziwić to nie powinno – mnie samemu zdarzyło się kiedyś obcować z tak wyspiarsko-błyskotliwą biografią triumfatora spod Waterloo, że gdybym nie wdziewał co rano munduru grenadiera Starej Gwardii, uwierzyłbym, że jedynym tytułem do wielkości Napoleona było to tylko, iż przegrał z Wellingtonem. Nic dziwnego, że po Wielkich generałów wojen napoleońskich i ich bitwy 1805-1815 pióra Andrewa Uffindella sięgnąłem z wielką dozą ostrożności.

   Książka jest zbiorem minibiografii dwunastu wybranych przez autora dowódców. Pisząc o Francuzach, autor świadomie i z rozmysłem pominął takie tuzy, jak Davout, Massena, czy Lannes, zdecydował się zaś na "mniej znanych": Eugeniusza de Beauharnais i Lassalle’a. O ile w pierwszym wypadku A. Uffindell ma rację, to w drugim nie: trudno bowiem zgodzić się z twierdzeniem, że "cesarz lekkiej kawalerii" jest postacią mało znaną. Być może w Wielkiej Brytanii, bo w Polsce słynny generał "prasę" ma i miał zawsze dobrą i niemałą. Wystarczy wspomnieć choćby o książce Marcela Duponta General Lassalle oraz jej doskonałym tłumaczeniu, spłodzonym przez literacko utalentowanego (o czym mało kto wie) gen. Wieniawę. W części "francuskiej" Uffindell zajmuje się też i samym Napoleonem, a traktuje go wprawdzie bez owacji na stojąco, lecz obiektywnie.

   Stronę brytyjską reprezentuje ks. Wellington, bez wątpienia największy wódz brytyjski tamtych czasów. Warto podkreślić, że choć podziw wyziera z każdego prawie zdania – autor zachowuje godną pochwały trzeźwość, zauważając, że nie wiadomo czy triumfator spod Waterloo odniósłby sukcesy, potykając się z francuską machiną do zabijania w dobie jej szczytowych możliwości, w latach 1805-1809. Obiektywizm autora wynika być może z faktu, że podjął grę wartą całego świecznika: przedstawił wodzów stron przeciwnych w jednej pracy porównawczej, a nie jak to zwykle bywa podług zasady: jedna książka – jedna armia. Dzięki temu zabiegowi łatwiej uświadomić sobie można podobieństwa i różnice opisywanych postaci. Łatwiej też było ukazać esprit pasjonującej epoki empire.

   Niestety, nieco obiektywizmu zabrakło autorowi podczas prezentacji sylwetek zupełnie nieznanego polskiemu czytelnikowi gen. Moore’a oraz nieco mniej "utajnionego" gen. Hilla. Szczególnie w tym pierwszym wypadku niejedna brew nieco się unieść może ze zdziwienia, co postać ta robi w tak doborowym towarzystwie. Dla odmiany, pisząc o Prusakach Uffindell jest pedantycznie krytyczny wobec von Gneisenaua (nie do końca słusznie czyniąc zeń tylko teoretyka), a zastanawiająco pobłażliwy wobec miewającego ataki choroby psychicznej (nawet w ogniu bitew) Blüchera. Podobnej taryfy ulgowej nie stosuje autor pisząc o jedynym Austriaku w opisywanym gronie – arcyks. Karolu Habsburgu, choć za samo Aspern-Essling zasłużył on ewidentnie na łagodny wymiar kary. Na brak autorskiej troski nie może natomiast narzekać arcykozioł ofiarny armii carskiej gen. Barclay de Tolly, czyniony przez Uffindella – nieco na wyrost –  twórcą podwalin pod rosyjski triumf nad Napoleonem. I odwrotnie – wylansowany (również i przez Tołstoja) na narodowego bohatera Rosji Bagration, łajany jest przez brytyjskiego autora w każdym niemal akapicie. W wielkiej mierze – słusznie. Podobnie Kutuzow.

   Można się oczywiście spierać o zasadność wyboru opisywanych postaci, dyskutować nad autorskimi ocenami każdego z wybrańców. Nie należy jednak tracić z pola widzenia większości ogólniejszej natury uwag autora tyczących opisywanej epoki. Refleksje te zawarł on przede wszystkim w początkowych partiach książki i  przyznać trzeba, iż są z reguły nad wyraz trafne, celnie napoleońską i antynapoleońską wojskowość charakteryzujące. Autorskie przemyślenia podane są rzetelnie, a jednocześnie w sposób świadczący o sporym pisarskim temperamencie Uffindella: książka skrzy się anegdotą, karmi czytelnika bon motami, którymi błyszczały opisywane w książce czasy. Wielka erudycja nie przeszkodziła jednak autorowi w napisaniu książki charakteryzującej się przejrzystą, spójną narracją, posiadającej jasną i logiczną konstrukcję. Każdą z części Wielkich generałów… rozpoczyna nota biograficzna właściwego dowódcy, po niej następuje charakterystyka (wraz z oceną) jego sztuki dowódczej, a na deser otrzymuje czytelnik zawsze ciekawą, choć czasem nie pozbawioną pewnych usterek, analizę jednej z bitew, w której generał ów się odznaczył.

   Wobec wskazanych rzetelności i erudycji Uffindella szczególnie dziwić muszą i razić niezrozumiałe wpadki, na szczęście nieliczne. Dokąd bowiem "wyparowało" spod Austerlitz 20 tysięcy żołnierzy rosyjskich i austriackich, przez co Napoleon zyskał kilkutysięczną przewagę liczebną? Zastanawiające jest też określenie bitwy pod Wagram jako "nierozstrzygającej", skoro późniejsze działania pokonanych w niej Austriaków polegały już tylko na mniej lub bardziej zorganizowanym odwrocie i w wojnie tej do żadnej wielkiej bitwy już nie doszło. Jest też swoistą dla mnie rewelacją pominięcie w podsumowaniu zwycięskiej dla arcyks. Karola bitwy pod Aspern-Essling "drobiażdżku", który jednak wysoce zaważył na wyniku starcia, a mianowicie chronicznego braku amunicji we francuskich lufach, co wynikało z kilkakrotnego rwania mostów przez wezbrany Dunaj.

   Mimo wymienionych potknięć należy stwierdzić, że Wielcy generałowie wojen napoleońskich, to książka warta lektury, również i z tego względu, że polski czytelnik jako nieco zaczadzony królującą u nas "białą legendą" Napoleona powinien mieć świadomość, co o empire’owych wojnach myśli strona nam wówczas przeciwna. A warto to wiedzieć tym bardziej, że skłonniejsza jest dziś ona do obiektywizmu – czasy, kiedy zwała Bonapartego Apokaliptyczną Bestią 666 dawno już minęły. Nie rozumiem tylko (tłumacz do dymisji? redaktor? obaj?): gdzie szukać (poza 48 stroną książki Uffindella) "Wielkiego Księstwa Warszawskiego" (sic!)? Gdzie Krym, gdzie Rzym, a gdzie państwo z Tylży? Nawet ze szkolnych podręczników wiadomo, że "Wielkim" ni z nazwy, ni z obszaru nigdy nie było. A szkoda.


Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl