Znaczy Kapitan - człowiek legenda

Biblionezka

Mamert Stankiewicz
Z floty carskiej do polskiej
Wydawnictwo Iskry
Warszawa, wydanie I – 1997, wydanie II – 2007, str. 388

   Każdy miłośnik literatury marynistycznej, natrafiwszy w książce na nazwisko kapitana Mamerta Stankiewicza, uśmiechnie się w duchu do siebie. Uśmiech ten wywoła nie ironia, rozbawienie osobą polskiego nawigatora czy jego niepoważna postawa życiowa, ale wszechogarniające uczucie sympatii i podziwu, które trudno pohamować, jeśli tylko kiedykolwiek mieliśmy sposobność zapoznać się z wspomnieniami jego ucznia, a później podwładnego – Karola Olgierda Borchardta.

    O ile niektórzy z pasjonatów historii rodzimej marynarki handlowej mogą nie wiedzieć o istnieniu książki powstałej na podstawie pamiętników Stankiewicza, o tyle Znaczy kapitan Borchardta to pozycja już niemal kultowa, popularna również poza środowiskiem ludzi związanych na co dzień z morzem. Może stać się ona doskonałym wprowadzeniem do publikacji, którą właśnie wznowiono, a która rodziła się pod piórem kapitana Stankiewicza przez prawie dwadzieścia lat. Karol O. Borchardt – absolwent Szkoły Morskiej w Tczewie – miał niesamowity dar opowiadania o ludziach morza i ich przygodach na wszystkich akwenach ziemskiego globu. Z niebywałym humorem portretował swoich wychowawców, ale także i kolegów z szkolnej ławy, nie zostawiając na nikim – jeśli zachodziła taka potrzeba – suchej nitki. W jego książkach przewijają się liczne osobowości ludzi morza, ale tylko Znaczy kapitana poświęcił całkowicie jednej postaci – Mamertowi Stankiewiczowi – kiedyś wykładowcy nawigacji, a po latach przełożonego na jednostkach, w których nabierał pierwszych doświadczeń pracy w polskiej flocie.
   Choć dzieliło ich pokolenie, uznawali podobne wartości i doskonale służyli morzu. Stankiewicz z wspomnień Borchardta to nie tylko bohater zabawnych, typowych dla autora,  historyjek z życia wilków morskich – to przede wszystkim człowiek o najwyższych wartościach moralnych, idealny przywódca, ale też niezawodny przyjaciel i kompan sprawdzający się w każdej sytuacji. O ile Borchardt stworzył na stronach swej książki wręcz legendarną postać kapitana statków i ludzkich dusz, niemającą skazy i wzorową pod każdym względem, o tyle osobisty dziennik Stankiewicza przedstawia jego bardziej prawdziwe, ludzkie oblicze, które nie jest wolne od wad, bolączek, niepewności powziętych decyzji i osobistych porażek. Dopiero te obie książki dają nam pełny obraz, z którego możemy zbudować portret kapitana – na poły legendy, na poły zwykłego człowieka, który żył z pasji i dla niej gotowy był ponieść najwyższą cenę.

   W okresie aktywności zawodowej nie wszyscy współpracownicy Stankiewicza zdawali sobie sprawę, że w chwilach przerw, gdy nie stał na kapitańskim mostku, pisywał bardzo osobisty dziennik. Notował w nim nie tylko codzienne zdarzenia z własnego życia, ale wspominał też młode lata, edukację, pierwsze doświadczenia na wielkiej wodzie oraz opisywał codzienność i skomplikowane czasy, w których przyszło mu dorastać i wchodzić w obrane, z pełną świadomością trudów jakie przyjdzie mu napotkać, życie zawodowe.
   W przypadku zapisków Stankiewicza trudno jednoznacznie mówić o dzienniku. Dziś przypomina to bardziej materiał pisany z myślą o przyszłej publikacji wspomnień. W oryginale nosił on tytuł Korsarz i Don Kichot, który wydawca zdecydował się jednak zmienić.

   Te zachowane rękopisy powstawały prawdopodobnie od lat 20. XX wieku, a zakończył je luźny wpis z 1937 roku. Zawierają one nie tylko ciekawe osobiste akcenty, ale ważne z perspektywy czasu przemyślenia na temat formującej się polskiej floty handlowej, jej trudnych początków, kłopotów z jakimi musiała borykać się cała kadra pracowników poszczególnych jednostek pływających, sposób odbioru marynarzy przez powojenne społeczeństwo, które bazowało głównie na stereotypowych i błędnych obrazach ludzi morza ukształtowanych przez literaturę i plotkarskie pisma – wizerunek ludzi-lekkoduchów, nie przywiązujących wagi do swych korzeni i więzi rodzinnych, znajdujących w każdym napotkanym porcie wyłącznie przyjemności i czerpiących z takiego stylu życia pełną gębą. Taki obraz osób pracujących na morzu bardzo ranił kapitana – często musiał z nim walczyć i przekonywać do swoich, zgoła odmiennych, racji.

   Początkowo na bazie wpisów i notatek miały powstać dwie książki. Pierwsza, o charakterze wspomnieniowym, opisująca lata dzieciństwa i nauki oraz druga, dotycząca początków i rozwoju Polskiej Marynarki Handlowej. Niestety, musiało minąć wiele lat, zanim słowa kapitana mogły trafić do szerokiego kręgu odbiorców i wszystkich entuzjastów morza. O mały włos, a nigdy nie doszłoby do tej ciekawej publikacji, bowiem jedyny maszynopis dziennika w ostatniej chwili uratowała żona, zabierając go z płonącej Warszawy w 1944 roku. Dzięki temu zapobiegliwemu gestowi zachowała się do dziś również część zdjęć archiwalnych, jaka wzbogaca tę książkę w warstwie ilustracyjnej.
   Już w 1939 roku Borchard osobiście dowiedział się z ust swego przełożonego o istnieniu takich notatek. Temat wspomnień Stankiewicza odżył na nowo na łamach prasy, kiedy pod koniec lat 50. przypomniał o nich w publikacji w miesięczniku Morze syn kapitana – jego imiennik – Mamert Stankiewicz. Już wtedy Borchardt miał okazję zapoznać się z całkiem surową wersją tekstu i skonfrontować swoją wizję kapitana z człowiekiem, który przemawiał do niego ze stron maszynopisu. Jak zaznaczył, pisząc wstęp do kolejnego wydania Znaczy kapitana, nie był po lekturze rozczarowany. Powrót do odległych w czasie dni skłaniał raczej do refleksji o wspólnych rejsach i chwilach jakie dzielili na pokładach statków.
   W pierwszym wydaniu Z floty carskiej… poruszającą przedmowę do wspomnień napisał Jan Kazimierz Sawicki, dzięki któremu ostatecznie po 60 latach starań doszło do wydania książkowego. Oryginalny maszynopis wspomnień został darowany Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni przez córkę autora.

   Jaki był kres życia "kapitana własnej duszy" – jak pięknie pisał o nim Borchardt – wie każdy czytelnik Znaczy kapitana czy innej publikacji o historii polskiej marynarki handlowej. Storpedowany w 1939 roku m/s "Piłsudski", którym dowodził wtedy Stankiewicz, poszedł na dno niedługo po opuszczeniu brytyjskiego portu Newcastle upon Tyne, skąd wypłynął w drogę morską do Australii. Niestety, atak niemieckiego u-boota okazał się celny. Na rozkaz kapitana załoga opuściła statek, a on pozostał na nim czekając i wierząc w nadchodzącą pomoc. Uszkodzony statek szybko nabierał wody i żeby uratować cześć lojalnej załogi, która nie chciała pozostawić swojego kapitana na posterunku, zszedł z nimi na tratwę. Walka o przetrwanie tocząca się z wysoką falą, zimnem i lodowatą wodą, którą musiał pokonać wpław do oddalonej już tratwy, zakończyla się śmiercią na skutek głębokiej hipotermii. Mamert Stankiewicz zmarł na bezpiecznym już pokładzie brytyjskiego niszczyciela, który ocalił załogę "Piłsudskiego", ale nie zdołał uratować tej jednej, najważniejszej duszy. Kapitan odszedł na wieczną wachtę, a jego grób znajduje się do dziś w Hartlepool (Wielka Brytania). Pionowa płyta z nazwiskiem informuje odwiedzających cmentarz, że "zginął na posterunku śmiercią marynarza". W 1940 roku tak odebrał miejsce jego pochówku bliski współpracownik I późniejszy pisarz - Karol O. Borchardt:
Bezkresna płaszczyzna pozbawiona zieleni ciągnęła się do końca widnokręgu, urywając się stromo do morza. W oddali, na końcu drogi biegnącej między morzem a torem kolejowym, widać było kamienne ogrodzenie cmentarza. Wichry od morza i jałowa ziemia pozbawiły cmentarza roślinności. Był to chyba najbardziej surowy cmentarz jaki widziałem. [Znaczy kapitan, rozdział: Meczet Omara]

   Dziś, po wielu latach, możemy czerpać korzyści ze słów jakie pozostawił Stankiewicz w swoich dziennikach. I pozostaje nam być naprawdę dumnymi, że ludzie współtworzący pierwszą szkołę morską i uczący praktycznej nawigacji na pokładzie "Lwowa" trafiali potem razem ze swymi wychowankami na największe rodzime jednostki i przynosili chwałę Polsce w wielu portach świata. Dzięki nim kształtował się doskonały wizerunek polskiej floty handlowej i świetnych specjalistów, którzy nią dowodzili.
   Mamert Stankiewicz wierzył w rozwój i przyszłość polskich statków. Całe życie poświęcił temu, aby budować dobre imię floty, choć zawodowo zbierał nie tylko same pochlebstwa. Cienie tej pracy rzutowały latami na jego zdrowie i kondycję psychiczną. Ograniczony kontakt z rodziną to cena, jaką płacić musi każdy w tym zawodzie. Stankiewicz płacił ją na każdym etapie swego życia. Kiedy tylko była taka możliwość, sprowadzał do siebie żonę i dzieci, ale dowodzenie na statkach to samotna i bardzo odpowiedzialna służba. Zanim jednak zaszedł na szczyty i kapitański mostek, musiała nadejść chwila, kiedy w młodziutkim sercu narodziła się fascynacja morzem i pracą na nim.

   Pierwsza część książki to opis dzieciństwa w Mitawie (miejscowość niedaleko Rygi). Już w tych pierwszych obrazach z dalekiej przeszłości czuć styl pisarski, który rozkwitnie w miarę spisywania wspomnień.
   Urodzony w 1889 roku Mamert pochodził z polskiej szlachty kresowej. Niezwykle ciekawie i dość obszernie sportretowany został okres nauki w Korpusie Kadetów Morskich w Petersburgu, gdzie miały miejsce jego pierwsze sukcesy i porażki. Jakże dziś egzotyczne i różne od naszych wydają się te czasy. Zainteresowani znajdą rownież bogate i wnikliwe studium społeczeństwa carskiej Rosji, obrazy biedy i bogactwa, środowisk ludzi wykształconych i prostych, obyczaje świąteczne, mody, zwyczaje szkolne i inne elementy codziennego życia. Czas nauki w Szkole Kadetów przypadł na okres rewolucji. Uczącą się młodzież starano się odizolować od tego co działo się na zewnątrz szkolnych murów, ale przepływ informacji między szkołami powodował, że rozprzestrzeniały się niepokojące wieści. Po ukończeniu szkoły można było kontynuować edukację na 3-letnich studiach kursów specjalnych, z czego Stankiewicz skorzystał. Umożliwiało to praktyki na żaglowcach oraz pierwsze kontakty z regularną załogą okrętów pływających do wielu europejskich portów.

   Przebieg kariery zawodowej od chwili zakończenia nauk w Petersburgu bywał dla Mamerta burzliwy i trudny. Służył m.in. we flocie wojennej, przeżył rewolucję bolszewicką i wojnę domową w Rosji. W międzyczasie bywały lata obecności na lądzie i tęsknego oczekiwania na powrót na morze. Stankiewicz przebył wiele kontynentów, zanim w 1921 roku stawił się w Warszawie i oddał do dyspozycji szefa Departamentu do Spraw Morskich. Wtedy rozpoczął się nowy rozdział jego zawodowego życia – współtworzenie Szkoły Morskiej w Tczewie (został tam kierownikiem Wydziału Nawigacyjnego, a w okresie letnim kierownikiem praktyk; po 1924 roku pełnił funkcję komendanta na "Lwowie"). Ideologicznie był wielkim zwolennikiem Piłsudskiego i jego polityki otwarcia się na morze. Zawsze podkreślał, że rozwój polskiej marynarki handlowej nastąpił dzięki wielkiemu wodzowi, którego to portret niezmiennie ozdabiał obejmowane przez niego kapitańskie kajuty.

   Druga część książki to historia powrotu na tereny ojczyste, praca wykładowcy w Tczewie, szkolenia uczniów na "Lwowie", służba na statkach Żeglugi Polskiej, praca pilota w budującym się dopiero porcie Gdynia, dowodzenie statkami handlowymi w Polskim Transatlantyckim Towarzystwie Okrętowym (1930-34) i Liniach Żeglugowych Gdynia-Ameryka (po 1934 roku). Wspomnienia Stankiewicza dostarczają więc cennych informacji o początkach i rozwoju rodzimych transatlantyków (m/s "Pułaski", "Kościuszko", "Piłsudski", "Polonia"). Ich dzieje opisywał dotąd ze swojego punktu widzenia Karol O. Borchardt w Szamanie morskim, gdyż również jego służba okrętowa przebiegała na pokładach wielu z nich. Ale najbardziej umiłował sobie pracę u kapitana Stankiewicza, co wielokrotnie podkreślał.
   Ponieważ nasze transatlantyki pływały do Nowego Jorku, Mamert Stankiewicz dobrze poznał tamte ówczesne środowiska i ciekawie opisuje losy Polonii amerykańskiej. W domach wielu rodaków bywał na przyjęciach i uczestniczył w oficjalnych rautach przygotowywanych na cześć naszych statków i ich załogi. Polska flota mogła wtedy śmiało konkurować z obcymi liniami promowymi. Zapiski Stankiewicza są o tyle ciekawe w każdym poruszanym przez niego temacie, że widzimy kapitana takim, jakim on sam siebie spostrzegał. Co nie jest łatwe, starał się być obiektywny i nie stronił od krytykowania. Szczerze wskazuje własne błędy i wady, motywuje swoje decyzje jako przełożonego i ocenia ich skutki.

   Z ogromnym podziwem śledziłam kolejne strony Z floty carskiej…. O ile Borchardt nie mógł przekazać tak wiele prywatnych faktow o rodzinie i losach Mamerta Stankiewicza poza okresem pobytu na morzach, o tyle jego własne wspomnienia drobiazgowo relacjonują nam każdy okres jego życia (w tym walki w Flocie Bałtyckiej, uczestnictwo w armii Kołczaka na Syberii, praca w Stanach Zjednoczonych). Co ciekawe – jeden z naszych największych kapitanów musiał jako młody chłopak przełamać swój ogromny lęk przed wielką wodą. To dla niej poświęcił swoje życie i w niej je zakończył. Swoją pracę uważał za najwyższą wartość i nigdy nie miał wątpliwości czy warto zapłacić dla niej najwyższą cenę. Był niezwykle lojalny i miał stabilne poglądy na wiele spraw. Choć nie raz życie ciężko go doświadczało, nigdy nie przenosił tych trosk na swoich podwładnych. Wielu z nich na zawsze zapamiętało go jako człowieka wyjąkowego, kogoś o mocnym kręgosłupie moralnym. Już za życia bywał dla wielu z nich niedoścignionym wzorem. Na lądzie czuł się fatalnie, skrzydła rozwijał w pełni, kiedy statek odbijał od brzegu.
   Wszystkie opublikowane zapiski są równie rzetelne jak wykonywana przez niego praca. Autor nie nadużywa zbędnych ozdobników, trzymając się jedynie faktów i konkretów. Jednocześnie dba, aby to co przekazuje było zrozumiałe i czytelne.

   Dzięki kolejnemu wznowieniu tej książki pamięć o "kapitanie własnej duszy" jest wciąż żywa. Można mieć nadzieję, że młode pokolenie opuszczające gmach Szkoły Morskiej w Gdyni będzie miało w pamięci postacie tak wyraziste i znaczące dla rozwoju naszej floty. Mamert Stankiewicz współtworzył kolebkę najlepszych nawigatorów i już wtedy myślami wybiegał w przyszłość, próbując wyobrazić sobie jak przyszłe pokolenia dumnie będą reprezentować Polskę i dobrze jej służyć. Wierzę, że początkujący w pracy na morzu wybiorą sobie na zawodowej drodze najlepsze wzorce, o których uczyli się i zgłębiali ich osiągnięcia. Choć takich postaci było wielu, tylko nielicznych wyróżniano nadając ich imieniem nazwy statków. W przypadku tak zasłużonej osoby jak Mamert Stankiewicz nie było co do tego wątpliwości. 29 czerwca 1963 roku Polska Żegluga Bałtycka podniosła banderę  na m/t "Kapitan M. Stankiewicz".

   Jakkolwiek będzie się Czytelnikom kojarzyć jego osoba – czy z zabawnymi wspomieniami Borchardta, czy jego własnymi notatkami – na pewno pozostawi po sobie trwałe, ciepłe wspomnienie, takie jakie budzą osoby nam bliskie, niemal rodzina. Bo w końcu na ludziach to on się znał, o czym nie trzeba nikogo przekonywać. Dla miłośników literatury marynistycznej wspomnienia Stankiewicza powinny się stać lekturą obowiązkową. Dla czytelników chętnie sięgających po biografie, dzienniki i książki historyczne – może stać się ciekawą wyprawą do nieznanej epoki i w przystępny sposób pokazać dzieje floty i ludzi ją tworzących. Dla amatora w tematach morskich proponowałabym na pierwszy ogień Znaczy Kapitana Borchardta. Jeśli zachwyci, pozostanie już tylko skonfrontować wizję ucznia z obrazem kapitana – tak jak sam siebie postrzegał. Każde z tych spojrzeń to doskonała literatura oparta na faktach, a także szkoła życia i wskazywanie najważniejszych priorytetów. W czasach, kiedy tak mało jest wzorców i postaci wyrazistych – osoba kapitana powinna przywrócić rolę autorytetów.

Komentarze (5)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl