Raport kinomAnki - marzec 08

Do zobaczenia

Opinie o filmach, które goszczą w naszych kinach, a z różnych względów powinny być zauważone

Lejdis
Polska, 2007
Reżyseria: Tomasz Konecki
Występują: Edyta Olszówka, Anna Dereszowska, Izabela Kuna, Magdalena Różczka, Robert Więckiewicz, Piotr Adamczyk

Moja ocena: 4/6

   Ogromna akcja promocyjna, reklama we wszystkich gazetach, obecność aktorów promujących film na każdym kanale TV sprawiają wrażenia, że film jest wydarzeniem co najmniej na miarę Amadeusza, no i skoro go jeszcze nie widziałeś to musisz być frajerem.

   Dlatego uspokajam wszystkich, którym do kina się nie śpieszy – spokojnie można poczekać na wydanie DVD, choć fenomen tego filmu jest faktycznie zastanawiający…

   Na początek trochę faktów. "Lejdis" to 4 przyjaciółki z dzieciństwa: Łucja – rozwiedziona nauczycielka biologii, mieszkająca z nastoletnim synem – oczywiście dojrzałym nad wiek, czasem stanowczo dojrzalszym od matki, która na gwałt szuka męża; Korba – singielka, której mężczyźni potrzebni są tylko do zaspokajania potrzeb seksualnych (jak się później okazuje, jej zachowanie podyktowane jest trudnym dzieciństwem i brakiem ojca); Monia – bogata i znudzona małżonka "współczesnego Rzymianina", marząca o powiększeniu piersi i stanowczo za rzadko odwiedzająca ojca; Gośka – żona dyplomaty, która stara się o dziecko, jednak jej plany zostają pokrzyżowane, gdyż jej mąż okazuje się gejem, ale na szczęście w okolicy pojawia się przystojny Węgier (słodki Tomasz Kot z zabójczym akcentem).

   Przez 2,5 godziny mamy szansę zobaczyć, jak kobiety radzą sobie z oszustami, z niewiernymi facetami, z mężami-gejami, a nawet z zakochanymi mężczyznami, wszystko to robiąc z urokiem i dużą dawką niecenzuralnych słów.
   Film ma wiele bardzo słabych momentów, dużo scen pochodzi rodem z Chłopaki nie płaczą, kobiety pokazane są bardzo schematycznie, aktorki nie silą się na wielką ekspresję (z wyłączeniem Izy Kuny w roli Gośki – b. dobra), faceci z zasady są potworami albo mają zaczątki na bycie potworami, ale...
   Dużo złego można by powiedzieć o tym filmie, trudniej wymienić pozytywy – przede wszystkim pośród kiepskich momentów zdarzają się perełki, tak zabawne i inteligentne, aż brzuch od śmiechu boli, scena goni scenę, zatem 2,5 godziny mijają w oka mgnieniu, Więckiewicz i Szyc: ich sposoby na usidlenie kobiety – nowatorskie, no i przede wszystkim kobieca przyjaźń, która potrafi przetrwać wszystkie burze i zawsze sprawi, iż "jedna za wszystkie, wszystkie za jedną".

   Lejdis doskonale wpisuje się w zapotrzebowanie rynku, na lekką, łatwą i przyjemną komedię romantyczną i muszę przyznać, że gdy po pierwszych minutach szoku i chęci wyjścia wyłączyłam racjonalne myślenie, to naprawdę dobrze się bawiłam i pewnie nie raz będę chciała powtórzyć ten wieczór już na DVD.

PS. A i tak będę miała nadzieję, że duet Konecki-Saramonowicz w końcu nakręcą film na miarę Ciała.

Rezerwat
Polska, 2007
Reżyseria: Łukasz Palkowski
Występują: Marcin Kwaśny, Sonia Bohosiewicz, Grzegorz Palkowski, Artur Dziurman, Violetta Arlak

Moja ocena: 4/6

  Serce mi roście, kiedy oglądam w polskim kinie takie filmy jak Rezerwat. Jestem dumna, że już nie muszę patrzyć na czeskich Samotnych czy norweskie Historie kuchenne, aby zobaczyć "normalne życie"… wiem już, że Polacy też umieją pięknie opowiadać proste historie i z czułością przedstawiać zwyczajne życie, zarówno młodych i pełnych pasji ludzi, jak i pijaczków z warszawskiej Pragi.

   Bohaterów swoistego praskiego "rezerwatu" jest kilku: Marcin – fotografik, który zostaje przez ex-dziewczynę wyrzucony z mieszkania i przeprowadza się do lokum w starej kamienicy, Hanka – fryzjerka z narzeczonym brutalem, Grześ – nastoletni łobuziak, akceptowany tylko przez matkę, Pan Roman – były policjant i wielu, wielu innych. Głównym, choć niemym bohaterem jest jednak kamienica, która lata świetności ma już dawno za sobą a obecny jej właściciel chce ją wyburzyć i na tym miejscu postawić efektowny apartamentowiec. W filmie przedstawiono kilkanaście dni z życia tej małej społeczności, dni, które jednak zmienią życie każdego z bohaterów – i choć słowa te brzmią bardzo patetycznie, w filmie patosu na szczęście nie ma ani szczypty, a nawet ważne rzeczy pokazane są lekko i z wyczuciem.

   Obraz ten zachwyca przede wszystkim galerią wyrazistych i soczystych postaci. Każda rola jest dobrze napisana i zagrana, całość jest i śmieszna, i smutna, słowem... cacko. A że wszystko tak dobrze i słodko się kończy?... a czy w życiu nie może być spełnienia marzeń i odrobiny magii?

   Film polecam z całego serca i będę z niecierpliwością wyczekiwać kolejnej realizacji pana Palkowskiego.

Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street
(Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street)
USA, Wielka Brytania 2007
Reżyseria: Tim Burton
Występują: Johnny Depp, Helena Bonham Carter, Sacha Baron Cohen, Alan Rickman, Laura Michelle Kelly

Moja ocena: 3/6

   Ostatnia produkcja Tima Burtona (znanego z najwspanialszego, w mojej skromnej opinii, kreowania bajkowego świata w filmach oraz nakręcenia takich perełek jak Big Fish czy Corpse Bride), jest adaptacją kinową musicalu Stephena Sondheima Sweeney Todd. Główny bohater jest świetnym golibrodą, który przed laty został wygnany z Londynu przez okrutnego sędziego Tupina, pragnącego posiąść piękną żonę Todda. Po wielu latach wygnania Todd powraca do rodzinnego miasta, aby dowiedzieć się, że jego żona się otruła, a malutka córeczka jest obecnie dorosłą pannicą wychowaną przez sędziego, wobec której ten ostatni ma plany matrymonialne.

   Przeniesienie musicalu na taśmę filmową jest trudnym przedsięwzięciem i rzadko któremu reżyserowi taką transformację udaje się obronić w starciu z publicznością. Jak pokazuje historia, w większości przepadków wygrywają te filmy, w których dokonano wielu zmian, odchodząc charakterem od pierwowzoru.

   W przypadku Sweeney Todd Burton postawił na wierne odwzorowanie musicalu i przeniesienie wszystkich piosenek (śpiewanych całkiem udanie przez występujących aktorów). Niestety, nie wyszło to filmowi na dobre, gdyż przeładowanie piosenkami sprawia iż w filmie nie ma żadnej akcji, a historia która swobodnie zmieściłaby się w 30 minutach zostaje rozwleczona do prawie 2 godzin. Wydaje mi się, że Burton zachwycił się wykreowanym przez siebie światem i zapomniał o prawach rządzących filmem. Oczywiście, wierni fani filmów Burtona znajdą w nim ulubiony mroczny klimat gotyckiego horroru, jednak atmosfera i duet Depp–Bohnan Carter to stanowczo za mało.

   Choć nigdy nie odwrócę się od filmów Burtona, uważam że na jakiś czas powinien chyba przerwać współpracę z Deppem i odpocząć… może z kukiełkami?

Elizabeth: Złoty Wiek (The Golden Age)
Wielka Brytania, 2007
Reżyseria: Shekhar Kapur
Występują: Cate Blanchett, Samantha Morton, Clive Owen, Geoffrey Rush, Abbie Cornish

Moja ocena: 3/6

   Złoty wiek jest kontynuacją filmu z 1999 r., w którym przedstawione były pierwsze lata rządów królowej angielskiej Elżbiety I, jej transformacja od zalotnego podlotka do "poślubionej Anglii" dziewicy; od nieśmiałej kobiety do charyzmatycznego przywódcy narodu. W rolę Elżbiety wcieliła się wtedy Cate Blanchett i trzeba przyznać, że swoją pracą otworzyła sobie wrota do ścisłego grona najlepszych aktorów. Filmowi można było zarzucić pewne uproszczenia i kalki, lecz gra Blanchett wszystko tuszowała, nie można było od niej wprost oderwać oczu.
   Po wielu latach (i 2 kiepskich filmach) Shekhar Kapur postanowił powrócić do sprawdzonego tematu i ponownie wskrzesić postać Elżbiety na ekranach. Tym razem skupił się na latach jej świetności, swoistym Złotym Wieku Anglii. Wybór głównej aktorki był od razu wiadomy – jedyną osobą, która mogła zagrać królową, była Blanchett – i choć wielokrotnie powtarzała w wywiadach, iż nie chce wracać do tej roli, w końcu uległa namowom.

   Złoty wiek rozpoczyna się w 1585 r., kiedy to Elżbieta włada krajem już blisko 30 lat, jej przeciwnicy spiskują, coraz śmielej ustalając plan jej zgładzenia, monarchowie z innych krajów starają się o jej rękę, król hiszpański Filip szykuje swoją flotę na podbój Anglii, a na domiar złego królowej coraz bardziej doskwiera samotność i brak partnera, co staje się szczególnie dotkliwe, gdy w jej otoczeniu pojawia się bardzo pewny siebie podróżnik o niezbyt czystej przeszłości – sir Walter Raleigh.

   W przypadku tego filmu świetne, jak zawsze, aktorstwo Blanchett nie wystarczyło, żeby przykryć niedoróbki. Autorzy tym razem starali się zmieścić w dwóch godzinach porcję informacji, która spokojnie starczyłaby na mini serial, z tego powodu jednak film sprawia wrażenie niespójnego i bardzo chaotycznego. Również zauważyć można przerost formy nad treścią – scena walki na morzu, która miała być punktem kulminacyjnym produkcji, nie sprawia wrażenia przemyślanego taktycznie zadania, a zabawę przedszkolaków. Rozterki sercowe zamiast wzruszać – śmieszą i niecierpliwią. I choć rozumiem królową, która czuje powoli kres swojej kobiecości i chce wykorzystać czas, który jej pozostał, jednak sposób przedstawienia tych intensywnych emocji nie wywołuje u mnie żadnych pozytywnych uczuć. Z tego powodu uważam, że film skierowany jest bardziej do wielbicieli Blanchett niż do osób zainteresowanych życiorysem Elżbiety I.


Skala ocen:
6 - wybitny (wiem, że do niego wrócę)
5 - bardzo dobry
4 - dobry
3 - całkowicie przeciętny
2 - oj, źle jest
1 - nie zbliżać się do kina! (gorzej być nie może)


Więcej na ten temat

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl