Strach przed "Strachem"

Biblionezka

   Książkę tę zrecenzowano i przedyskutowano dużo wcześniej, niż polski czytelnik mógł się z nią zapoznać. Zanim do jej wydania przez krakowski Znak doszło, głos zabrało wielu znających ją w wersji amerykańskiej, jak i tych, którzy po prostu wiedzą, czego się po autorze można spodziewać. Ta druga postawa w przypadku prac poruszających tematykę stosunków polsko-żydowskich nie stanowi niespodzianki, lecz raczej mimowolne poparcie tez wielekroć już wcześniej stawianych przez autora Strachu... i a priori negowanych.

   Autor twierdzi bowiem, że antysemityzm wśród Polaków był i jest, oponenci temu zaprzeczają, nie wiedząc jeszcze, co konkretnie Gross napisał. Tego typu postawa stała się niejako odruchowa od czasu Sąsiadów, którzy zrazu potępiani (i przez prymasa) jako naciągane brednie, kłamstwa i bezpodstawne uogólnienia – z czasem doprowadzili do zbadania i uznania zbrodni jedwabieńskiej za dokonaną polskimi rękoma. Już choćby przez pamięć dawnych dyskusji warto byłoby ponownie polemizując z Grossem zachować wstrzemięźliwość. Tak na wszelki wypadek. Tymczasem ze strachu przed Strachem..., z obawy, by autor po raz kolejny nie zburzył naszego narodowego samozadowolenia, napiętnowano książkę, zanim znalazła się na księgarskich półkach. Praktyka to nie nowa.

   Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści jest esejem traktującym o wzajemnych tużpowojennych stosunkach ocalałych z hitlerowskiej rzeźni Polaków i Żydów, a raczej o tej ich sferze, na którą składały się prześladowania kończące się niejednokrotnie mordem. Liczbę ofiar opisywanych przez Grossa erupcji nienawiści ocenia się różnie. Jakie by wszakże nie padły liczby pomordowanych – przerażają wszystkie.
   Esej Grossa charakteryzuje niezwykła emocjonalność, tak samej argumentacji, jak i nacechowanych nią stawianych tez. Nie powinna wobec tego dziwić nie mniejsza temperatura polemik, tym bardziej, że autor (notabene odznaczony w 1996 r. Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej) rozdrapuje rany, a to nigdy, nigdzie i u nikogo nie budzi aplauzu. Tym bardziej zatem pośród nacji oskarżanej o owych ran zadanie. Nie da się ukryć, a co umyka uwadze (chciałbym w to wierzyć) wielu polemistów, iż co by nie powiedzieć o książce Grossa, rany te jednak istnieją i to nasi rodacy zadali je Żydom (a nie odwrotnie). My zaś przez z górą półwiecze staraliśmy się o tym nie pamiętać, a także dziwić się zagranicznym opiniom o polskim dwudziestowiecznym antysemityzmie, przeciwstawiając mu – archaiczne już dziś mocno – "państwo bez stosów", czyli I RP.
   We wstępie do wstrząsającej książki Anny Bikont My z Jedwabnego pada zdanie: Nie odczuwam specjalnego dyskomfortu, że Polacy okazali się mordercami. Morderców można znaleźć w każdej nacji. Porażająca i hańbiąca jest dla mnie dopiero ich obrona. A podejmują się jej biskupi, uczeni, publicyści. Czy, jakże przedwcześnie zmarły, autor tych niezaprzeczalnie mądrych słów, Jacek Kuroń, napisałby je i we wstępie do książki J. T. Grossa? Mógłby.

   Neguje się podstawową tezę Grossa o powszechnej w powojennej Rzeczypospolitej polskiej nienawiści wobec Żydów, która jest ponoć niesłusznie i "wysoce zgeneralizowana". Przyznam się, że w początkowej fazie lektury Strachu... miałem podobne obiekcje, ale z każdą przeczytaną stroną ustępowały one przerażeniu skalą zjawiska. Przerażeniu tym większemu, że nie zauważyłem nigdzie, by negowano przez Grossa przytaczane fakty. Trzeba przyznać, że dziesiątki cytowanych przez autora relacji ukazują krajobraz straszliwy. I wbrew pewnym opiniom nie jest tak, że Gross maluje swój obraz "na podstawie rozmowy dwóch mężczyzn w Kielcach".

   Pomijając absolutnie "nieprzemakalnych", nikt nie podejmuje się zaprzeczyć istnieniu polskiego antysemityzmu (w wielkiej skali) przed wojną i podczas niej (nie tylko jedno Jedwabne obciąża polskie sumienie). Teoretycznie rzecz biorąc nienawiść taka powinna zniknąć wraz z wyparciem Niemców z Polski. Czy aby na pewno, skoro i bez niemieckiego przymusu doszło do naszych mordów na Żydach? Antyżydowskie nastawienie (określenie mocno łagodne) nie zniknęło i nawet obserwacja hitlerowskiego antyżydowskiego terroru, ani bycie ofiarą działań podobnie zbrodniczych, nie wypleniły antysemityzmu z polskich głów na tyle choćby, by hitlerowców (ku ich zadowoleniu) w zabijaniu Żydów nie wyręczać, to na jakiej niby zasadzie tuż po wojnie miałaby zapanować powszechna nasza miłość do "braci starszych w wierze"? Tak być nie mogło i nie było.

   Oczywiście pojawia się w tym miejscu zasadne pytanie o skalę zjawiska. "To tylko margines!" można było odpowiadać, ale tylko póki nie ukazali się Sąsiedzi, nie zakończyło IPN-owskie śledztwo, póki A. Bikont nie opublikowała swego reportażu. Mówi się dziś, że żadnych nowych w tej sferze faktów Gross nie podał, że skumulował w Strachu... fakty od dawna znane. Cóż, z pewnością znali je i "sami zainteresowani", i zawodowi historycy, ale czy z ręką na sercu ktoś powie, że opinia publiczna, że tzw. przeciętni czytelnicy również? I czy kiedy zarzuca się dziś Grossowi "niezasadne uogólnienia", nie wypadało wcześniej na wielką skalę dotrzeć do czytelnika z zasadnymi? Szeroko, to potrafiliśmy się tylko oburzać na twierdzenia o powszechnym polskim antysemityzmie. Tymczasem na tez tych poparcie Gross przytacza oficjalne enuncjacje Grota-Roweckiego, Delegata Rządu na Kraj (ponurą w wymowie) oraz opinie takich intelektualistów, jak Zofia Nałkowska, czy prof. Witold Kula. Nie są to zatem "dwaj panowie z dworca w Kielcach", lecz zupełnie ktoś inny. O ile faktycznie na podstawie peronowej rozmówki nie jest uprawnione formułowanie jakichkolwiek uogólnień na temat tego, co się w głowach społeczeństwa kłębi, to jeśli jest ona dopełnieniem ledwie bogatej układanki urzędowych opinii wysokiego rangą polityka, dowódcy AK oraz intelektualistów – rzecz zaczyna wyglądać inaczej. Podobnie, kiedy wypowiada się taki Gałczyński, przypominając jednocześnie ze skruchą o swym własnym przedwojennym antysemityzmie.

   Na temat faktycznych czy też rzekomych nieuprawnionych Grossowskich uogólnień nie chcę się wypowiadać z dwóch powodów: po pierwsze nie bardzo potrafię się domyślić, ile to aktów barbarzyństwa trzeba opisać, żeby uogólnienia o powszechnym powojennym antysemityzmie Polaków były uprawnione (podkreślam raz jeszcze – przytaczanych przez Grossa faktów o zbrodniach nikt poważny nie neguje), a po drugie, nie jestem kompetentnym fachowcem z branży historycznej, by oceniać warsztat badawczy autora.
   Jest też powód trzeci: nie uogólnienia autora wryły mi się przede wszystkim w pamięć, ale przerażające swą potworną treścią i wymową opisy zbrodni. Prawdopodobnie nie będę pamiętał, że Gross zawyża ponoć liczbę czynnych uczestników kieleckiego pogromu (nawiasem mówiąc – jego w tej kwestii polemista sam mnoży dwukrotnie IPN-owskie ustalenia), zapamiętam natomiast postawę biskupów. Kiedy Żydzi błagali hierarchów polskiego kościoła katolickiego, by celem zapobieżenia kolejnym tragediom publicznie zdeprecjonowali zbrodniogenne bzdury (przyjmowane przez "lud" za pewnik) o mordach rytualnych – spotkali się albo z dziwacznie uzasadnioną odmową (późniejszy Prymas Tysiąclecia!), albo z milczeniem czy kluczeniem wokół tak prostej, zdawać by się mogło, sprawy. Jedynym sprawiedliwym okazał się być biskup Kubina, za co go zresztą w bezprecedensowy sposób skarciła konferencja episkopatu. Niepojęte: w połowie XX wieku "głowy" polskiego kościoła w obliczu brudnej zbrodni nie potrafiły się zdobyć na publiczne zaprzeczenie średniowiecznym przesądom, które sporą części motywacji do mordowania stanowiły. Zgroza. Fakty te są nie do podważenia. Czy wobec nich oraz arcykłamliwego raportu biskupa Kaczmarka, który posunął się do łgania amerykańskiemu ambasadorowi o rzekomych żydowskich salwach do kieleckich Polaków jako detonatorze pogromu – można z czystym sumieniem twierdzić, że Gross nieuprawnienie uogólnia pisząc o sporym udziale kościoła w formowaniu postaw antysemickich? Czy wobec przytoczenia niekwestionowanych relacji o wyciąganiu Żydów z pociągów na terenie Polski i mordowaniu ich (często poprzez kamienowanie) nadal będziemy usiłować twierdzić, że trudno oceniać skalę zjawiska? Przecież jest faktem, że kiedy pasażerowie pewnego pociągu natchnęli sobie podobnych wieścią o Żydach porywających niedaleko chrześcijańskie dzieci, ci bez namysłu rozpoczęli polowanie na Żyda w swoich wagonach. Czy pasażerami pociągów byli sami bandyci i poszkodowani przez żydowskich funkcjonariuszy UB? Czy w świetle takich faktów, takiej "podatności na sugestie" można upierać się przy stanowisku, iż "nie jest pewne, że antysemityzm był powszechny"?

   W polemikach z książką Grossa pojawiają się różne stwierdzenia. Zgadzam się, iż w dyskusji o stosunkach polsko-żydowskich Polacy przeszli już długą drogę, nie zgadzam się natomiast z twierdzeniem, jakoby Gross faktu tego jakby nie zauważał. Z kolei uwaga, iż nie wszyscy tę drogę przeszli i nie do końca jest celna, ale... Mam wrażenie, że wytykając Grossowi skłonność do przejaskrawionych uogólnień niejednokrotnie popełnia grzech przeciwny – nadmierną we własnych uogólnieniach ostrożność. W kraju wiecznie żywego (i dzięki państwowym dotacjom) Radia Maryja i całkiem nieźle na siebie zarabiających broszurowych Bubli, sformułowanie "nie wszyscy i nie do końca" trąci zbytnią pobłażliwością. Nie potrafię zapomnieć – o ile się orientuję – niekwestionowanych nigdzie przez Grossowych oponentów opisów pogromu krakowskiego, kiedy to "aryjskie" pielęgniarki traktowały ranne ofiary zbrodni w sposób trudny nawet do nazwania. Czy faktycznie w kraju wolnym od antysemityzmu mogło dojść do podobnych scen i czynów?
  Naprawdę, wobec makabry zawartej w opisach tragedii, na drugi plan (dla mnie) schodzą Grossowe uogólnienia oraz ich zasadność, na pierwszy zaś wysuwa się niewiarygodna rzeczywistość, w której ludzie narodowości tępionej bezlitośnie przez hitlerowców giną z rąk członków nacji "drugiej w kolejce do gazu". Czy przyczyny tej tragedii Gross zanalizował z należytą skrupulatnością, czy dał bezapelacyjnie umocowaną w materiale dowodowym odpowiedź na pytanie: dlaczego mogło do tego dojść? Nie jestem w stanie odpowiedzieć. Teza o chęci wyeliminowania świadków wcześniejszych zbrodni oraz obawie przed utratą zagarniętego mienia "pożydowskiego" jest chyba niekompletna jako jedyne wytłumaczenie. Jednakże negowanie tychże motywów (a przynajmniej ich powszechności) nie przemawia do mnie również.
   Podnosi się często w odpowiedzi Grossowi  argument "zażydzenia" bezpieki. Tak, Tak! Tej samej bezpieki, co to wg niektórych powojenne polskie mordy na Żydach prowokowała (zaiste – perfidia żydowska przechodzi ludzkie pojęcie!). Ponowna lektura wspomnianej książki A. Bikont przypomniała mi właśnie, że już przy Jedwabnem podobne argumenty padały – z ofiar, w istocie, czyniąc rodziców zbrodni. Zarzuca się też dziś Grossowi – tu częściowo się zgodzę – iż zastanawiając się nad przyczynami mordów zapomina o mentalnej traumie wywołanej u Polaków wojną. (Z pewnością wyjaśnia ona brak oporów przed zabijaniem Żydów, lecz przecież nie może usprawiedliwiać!) Idąc dalej tymże tropem – czy na podobnej zasadzie (wojenny horror i zdewastowana przezeń psychika) nie powinno się przypadkiem tłumaczyć żydowskich funkcjonariuszy UB, tym bardziej że byli przecież członkami narodu poszkodowanego przez hitleryzm (i stalinizm!) w stopniu jeszcze większym niż Polacy? Sugestia oburzająca zapewne i karkołomna. Ale może przez nią dopiero widać brak uprawnień tej o Polakach "naturalnie" odreagowujących hitleryzm na Żydach.

   Skoro przytoczonych przez autora Strachu... faktów nie da się zanegować, samo postawienie pytania o przyczyny zbrodni było konieczne, bez względu na to, kto i jak się obruszy, kto i jak gromko zaprotestuje. Już raz zresztą mieliśmy do czynienia z podobną do dzisiejszej wrzawą, a potem okazało się, że "antypolak" Gross miał rację, mimo tego nawet, że w kilku miejscach treść Sąsiadów nie wytrzymała próby IPN-owskiego śledztwa. Aż po odkrycie i upublicznienie prawdy o Jedwabnem (a przecież nie tylko o tej jednej miejscowości) chodziliśmy wszyscy w szatach głównej ofiary hitlerowskiego terroru. W szatach nieugiętych wrogów nazizmu, wśród których nie było Quislinga, lecz tylko i wyłącznie bojowcy i tłumy tych, co ich drzewka rosną w Yad Vashem, a szmalcownicy stanowić mieli zaledwie margines. Gross już raz nas z owych, jakże miłych w użyciu, szat rozdział, Strachem… zaś pozbawia kolejnych części mitologiczno-narodowej garderoby. Nikt nie lubi, kiedy go rozbierają wbrew jego woli, ale to już nie jest wina autora, że niektóre wdzianka mamy uszyte z fałszywej historycznej pamięci.

   Czy Strach... warto czytać? Zależy kto o to pyta. Nie warto, kiedy się "wie", iż Gross  z natury rzeczy łże. Nie warto, kiedy się "wie", że wszystkiemu winni i wszystko tłumaczą "żydokomuna" wraz z Hitlerem. Warto natomiast, kiedy się chce znać historię Polski CAŁĄ, również jej najbardziej cuchnące karty. O nich, moim zdaniem, mamy wręcz obowiązek wiedzieć. I wcale nie jest tak, że kiedy ktoś (jak Gross) zabiera się do czarnych kart przewracania, to wcześniej musi napisać opasłe tomisko o tych czystych i jasnych. Pisząc o tużpowojennym mordowaniu polskich Żydów przez Polaków, wcale nie ma się obowiązku – a sugestia taka przebija ze sporej części polemik z Janem Tomaszem Grossem – wymieniania z imienia i nazwiska tych wszystkich, którzy nie wzięli w mordach udziału.

Jan Tomasz Gross
Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści
tyt. oryg. FEAR: Anti-Semitism In Poland after Auschwitz, an essay in historical interpretation
tłum. J. T. Gross
Wydawnictwo Znak, Kraków 2008

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl