O wiele mostów za blisko

Biblionezka

George F. Cholewczyński
Rozdarty naród. Polska brygada spadochronowa w bitwie pod Arnhem
(Poles Apart. The Polish Airborne at the Battle of Arnhem)
Tłumaczenie: Maciej Antosiewicz
A.M.F. Plus Group, 2006

   Skandaliczne postępowanie Browninga i Montgomery’ego wobec polskiej brygady nie spotkało się z żadną próbą oporu ze strony polskiej. Gen. Kopański (z akceptacją prezydenta Raczyńskiego) odwołał Sosabowskiego ze stanowiska, kierując go na boczny tor. 


   W zrealizowanym na podstawie rewelacyjnego reportażu Corneliusa Ryana filmie O jeden most za daleko Gene Hackman mówi po polsku. Niewiele, ale jednak – w pewnym momencie pada jedno, jedyne słowo. Zduszonym szeptem rzucone: – Cznur! I w zasadzie jest to apogeum polskiego wątku w epickim dziele Richarda Attenborough. Pomijając oczywiście kilkakrotne pojawienie się Hackmana (i tym samym przypomnienie) słynnego gen. St. Sosabowskiego. Słynnego?

   Aż po triumfalny marsz przez ekrany kin świata filmu o operacji "Market-Garden", mało kto (prócz kombatantów i profesjonalnych historyków) znał nazwisko dowódcy polskich spadochroniarzy. Generał ewidentnie nie miał szczęścia, praktycznie popadł w zapomnienie i to już w kilka miesięcy po bitwie pod Arnhem. Świat, jak to świat, ale Polska? Zdawać by się mogło, że wódz "spływających z nieba" (jak to poetycko antycypował Macchiavelli) żołnierzy, toczących po wylądowaniu bohaterski bój z lepiej uzbrojonym i przeważającym przeciwnikiem – w takim kraju jak Polska idealnie nadaje się na bohatera. Tymczasem jest tak, że główny bohater książki George’a F. Cholewczyńskiego Rozdarty naród. Polska brygada spadochronowa w bitwie pod Arnhem jest prawie zupełnie u nas zapoznany.
   Autor książki wyjaśnia, dlaczego tak się dzieje. Tłumaczy, z jakich powodów gen. Sosabowski mniej jest znany od choćby gen. Maczka, a przecież wojenne zasługi obu są porównywalne (z tą różnicą, że "Czarne Diabły" miały to szczęście, że walczyły w operacjach solidnie zaplanowanych, i co za tym idzie – zwycięskich).

   Żołnierzem Stanisław Sosabowski został jeszcze podczas I wojny światowej, którą rozpoczął w szeregach "Strzelca", a zakończył jako porucznik armii austro-węgierskiej. Kontuzjowany na froncie, w wojnie polsko-radzieckiej czynnego udziału nie wziął, służąc w sztabie MSWojsk. Kampanię wrześniową odbył dowodząc 21 pp "Dzieci Warszawy", walcząc w rejonie Mławy, Modlina i obronie stolicy. Po klęsce generał przedarł się do Francji, gdzie udziału w walkach nie wziął, ponieważ władze francuskie nie dostarczyły dowodzonej przez niego jednostce na czas sprzętu. Po ewakuacji "turystów Sikorskiego" na wyspy brytyjskie Sosabowski został mianowany dowódcą brygady strzelców, którą z jego inicjatywy przekształcono w pierwszą w historii wojska polskiego jednostkę spadochronową.

   Spadochroniarzy (generał nie ograniczał się do nadzoru nad ćwiczącymi, lecz brał czynny udział w szkoleniu, oddając skoki spadochronowe) szkolono na terenie Szkocji, w słynnym z czasem ośrodku w Largo House, sam trening spadochronowy przeprowadzano z samolotów startujących z lotniska Ringway (Cholewczyński podaje fakt zdumiewający: twierdzi mianowicie, iż dopiero obserwacja ćwiczeń Polaków spowodowała, że Brytyjczycy zaczęli konstruowanie własnych wież spadochronowych na wzór polskiej). Co ciekawe – w polskim "małpim gaju", a nie w centrach brytyjskich, szkolono spadochroniarzy innych armii alianckich: Francuzów, Czechów, Belgów, Holendrów oraz Norwegów. Ci ostatni, wyszkoleni przez Polaków, przeprowadzili najbardziej spektakularny rajd komandosów II wojny – zniszczyli niemiecką wytwórnię ciężkiej wody Norsk Hydro w Vemörk (wagi tej akcji nie można wręcz przecenić wiedząc, jak bardzo zahamowała hitlerowskie prace nad konstrukcją bomby atomowej).

    We wspomnianych ośrodkach szkolono również słynnych "cichociemnych", co wywierało niemały wpływ na esprit 1 Polskiej Brygady Spadochronowej, mającej w ten sposób coś na kształt stałej łączności z krajem. Jednocześnie "cichociemni" kształtowali w okupowanej Polsce pierwociny legendy polskiej brygady, która przybędzie kiedyś z nieba i pomoże pobić hitlerowców. Legenda ta miała pewne podstawy realne: brygada spadochronowa była jedyną jednostką PSZ podległą bezpośrednio polskiemu Naczelnemu Wodzowi, a nie dowództwu brytyjskiemu. W założeniu, które za realne brali wówczas wszyscy podwładni Sosabowskiego i on sam, oczywiście, również – brygada miała być desantowana na ziemie polskie, jako wsparcie akowskiego powstania, do którego dojść miało w sprzyjającej sytuacji militarno-politycznej.
   Marzenia te spełzły jednak na niczym, gdyż z wiadomych przyczyn nie wysłano brygady na pomoc powstańczej Warszawie, co spowodowało wielką frustrację w szeregach spadochroniarzy. Była ona tym większa, że przez lata całe ta elitarna jednostka nie brała udziału w walkach, mimo doskonałego do nich przygotowania oraz ducha bojowego. Była też znakomicie dowodzona, czego dowodem jest brytyjska propozycja objęcia przez Sosabowskiego dowództwa brytyjsko-polskiej dywizji spadochronowej (dowodzić miał dywizją, której zaledwie 10% stanowić mieli polscy żołnierze – rzecz absolutnie bezprecedensowa, jak na brytyjskie warunki). Znamienne, że wspomniana propozycja w ogóle padła przy legendarnej wręcz nieufności brytyjskiej generalicji do cudzoziemców. Znamienne, że propozycję tę Sosabowski odrzucił.

   Brytyjska inicjatywa stanowiła świadectwo wysokiej oceny fachowości polskiego generała, a polska negatywna reakcja świadczy z kolei, jak wielką wagę polski Londyn przywiązywał do niezależności brygady oraz jak bardzo serio myślano o desantowaniu brygady w Polsce. Było przecież oczywiste, że nasi spadochroniarze w ramach hipotetycznej dywizji znajdą się pod dowództwem brytyjskim (korpusu czy armii) i plany przerzucenia ich do Polski, jeśli tylko kolidować to będzie z kalkulacją dowództwa wojsk Jej Królewskiej Mości – legną w gruzach. Pozostaje nierozwiązywalną zagadką, jak polskie władze wojskowe wyobrażały sobie desantowanie oddziałów Sosabowskiego w Polsce w sytuacji, kiedy PSZ nie dysponowały ani jednym niezbędnym do tego celu samolotem. Bez zgody i logistycznej pomocy RAF cała koncepcja musiała pozostać na papierze. I pozostała. Jak wyobrażano sobie przelot nad najeżonymi artylerią przeciwlotniczą Niemcami, dysponującymi jednocześnie sporą liczbą myśliwców – też nie bardzo wiadomo. W sytuacji, kiedy Amerykanie pomogli Stalinowi storpedować brytyjski plan otworzenia II frontu na Bałkanach, było to niemożliwością.

    Z pewnością, wbrew intencjom autora Rozdartego narodu..., wbrew poglądom (po dziś dzień aktualnym) weteranów brygady Sosabowskiego, można twierdzić (choć zapewne pogląd ten więcej będzie miał przeciwników niż wyznawców), że dobrze się stało, iż 1SBS nie została zrzucona na Warszawę. Można wątpić, czy wobec militarno-politycznej sytuacji powstania, wobec braku precyzji zrzutów (vide te zaopatrzeniowe) brygada osiągnęłaby jakikolwiek sukces. Jej pojawienie się (przecież bez broni ciężkiej) z pewnością przedłużyłoby agonię powstania, lecz na ostatecznym wyniku walki zaważyć by nie mogło. Pomnożyłoby natomiast ofiary. Nawet dziś, po tylu latach nikt nie zdoła dowodnie wykazać, że w okolicach Driel nasi spadochroniarze ponieśli straty bardziej dotkliwe, niż hipotetyczna danina krwi w gruzach walczącej stolicy.

    Skoro nie w obronie Warszawy, użyto polskich spadochroniarzy na zachodnim froncie wojny. "D-Day" obserwowali wprawdzie z oddali, ale na operację "Market-Garden", niestety, zdążyli. W ramach realizacji – tyleż dyletanckiego, co brawurowego – planu marszałka Montgomery’ego desantowali w okolicach Driel, by wspomóc brytyjskie "Czerwone Diabły" gen. R. E. Urquharta. Lądowanie sił polskich odbyło się w sytuacji kompletnego zamieszania w brytyjskich sztabach, które praktycznie zupełnie nie znały sytuacji w rejonie Arnhem – za cud należy uznać to, że Niemcy nie zdołali zlikwidować polskiego oddziału w pierwszych godzinach walki. Uczciwiej jednak przypisać to – jak podkreśla Cholewczyński – doskonałemu dowodzeniu Sosabowskiego oraz bitności naszych spadochroniarzy. Polacy walczyli m. in. osłaniając odwrót resztek dywizji Urquharta, którego opinia o podwładnych Sosabowskiego oraz o nim samym była nader pozytywna. Okazało się jednak, że to zbyt mało.

    Operacja "Market-Garden" (spartaczona już na etapie planowania), gdyby ją oceniać rzetelnie, wielce zaszkodziłaby legendzie Montgomery’ego, bohatera armii dobiegającego kresu imperium. Należało temu zaradzić i zaradzono. Brytyjski marszałek stwierdził, że niewiele brakło, by osiągnął wielki sukces. Za jedną z przyczyn klęski uznano słabą postawę... cudzoziemców. Padło na dowodzonych przez Sosabowskiego Polaków. Nie zasięgając (wbrew panującym normom postępowania służbowego) opinii bezpośredniego przełożonego polskiego generała, czyli R. E. Urquharta, dowodzący desantową częścią bitwy o holenderskie mosty gen. Browning (odznaczony zresztą orderem Polonia Restituta) napisał list do zastępcy Szefa Sztabu Imperium Brytyjskiego, kopie rozsyłając do Monty’ego i szefa sztabu PSZ gen. Kopańskiego. Opierając się na tezach tego listu, marsz. Montgomery powiadomił szefa Sztabu Imperium Alana Brooke’a, iż polska brygada walczyła źle i nie chce jej pod swoim dowództwem. Warto dodać, że Browning podkreślił, iż Sosabowski stwarzał mu nieustanne trudności zarówno w okresie szkolenia, jak i podczas przygotowań do "Market-Garden" oraz podczas samej bitwy.

    Skandaliczne postępowanie Browninga i Montgomery’ego wobec polskiej brygady nie spotkało się z żadną próbą oporu ze strony polskiej. Gen. Kopański (z akceptacją prezydenta Raczyńskiego) odwołał Sosabowskiego ze stanowiska, kierując go na boczny tor. Posunięcie to zaowocowało próbą buntu (spacyfikowaną przez samego Sosabowskiego) ocalałych ze "wspaniałej operacji Monty’ego" polskich spadochroniarzy. Dla generała wojna się skończyła, a kiedy demobilizowano PSZ, w odróżnieniu od np. gen. Andersa i gen. Maczka – po maju 1945 r. nie otrzymał renty wojskowej, co spowodowało, iż Sosabowski wegetował, zaczynając życie cywilne z 300 funtami w kieszeni. Jednym z etapów emigracyjnego życia generała było zatrudnienie się w brytyjskiej fabryce, w której pracował jako robotnik fizyczny. Zarabiający na życie w tej samej firmie polscy żołnierze na prośbę generała pomogli mu zachować incognito. Żaden z robotników brytyjskich nie wiedział, kim jest starszy mężczyzna dźwigający na plecach zwoje drutu.

    Zastanawiając się nad przyczynami takich, a nie innych kolei losu generała po bitwie o Arnhem, Cholewczyński wskazuje wybranie Sosabowskiego na kozła ofiarnego przez brytyjskich przełożonych oraz (tu już wprost autor tego nie formułuje) niechęć wobec niego polskiego Londynu. Niechęć, której przyczyn należy szukać w charakterze generała: choć kochany przez podwładnych, uchodził za tyrana, a poglądy miał na tyle niezależne, że niewygodne, nadto często nie pozostawiał swych ocen dla siebie, lecz wypowiadał je w dyskusjach z przełożonymi. Nie trzeba dodawać, że nie jest to wymarzony typ podwładnego. Przez całą karierę wojskową Sosabowski przysporzył sobie wielu zażartych wrogów. Przyjaciół jednak również, choćby (niejako zaocznie) mjr Briana Urquharta, który został odsunięty od "Market-Garden" jeszcze w fazie planowania (wiele o tym u Ryana) i odesłany na przymusowy urlop zdrowotny za to, że stwierdził w rejonie planowanych zrzutowisk niemieckie dywizje pancerne SS, które potem bitwę dla Hitlera wygrały. B. Urquhart, który po wojnie zrobił wielką karierę polityczną w Wielkiej Brytanii, odegrał sporą rolę w procesie rehabilitacji Sosabowskiego i jego żołnierzy. W tej kwestii nie da się też przecenić roli Corneliusa Ryana oraz autora Rozdartego narodu... i jego holenderskich "sojuszników".

    Czy Cholewczyńskiemu można cokolwiek zarzucić? Jeśli już, to tylko to, iż koncepcję "najkrótszej drogi do Polski" żołnierzy Sosabowskiego przyjmuje z całym "dobrodziejstwem inwentarza", nie stawia koniecznych pytań, stroni od weryfikacji realności tej koncepcji. Jest to niewątpliwa wada książki, lecz w moim przekonaniu jedyna i na swój sposób usprawiedliwiona. Autor pracując nad książką, co podkreśla we wstępie, nawiązał liczne przyjaźnie z żyjącymi weteranami brygady i siłą rzeczy w wielu kwestiach przejął ich optykę, która zrozumiała w czas wojny, dziś trąci już brakiem realizmu. Z jednej strony waży to na wartości Rozdartego narodu... negatywnie, z drugiej zaś sprawia, iż ładunek emocji zawarty w treści książki pozwala czytelnikowi w wielkim stopniu wręcz utożsamić się z polskimi spadochroniarzami.

    Język, jakim autor swą książkę napisał, jest nad wyraz plastyczny, pełnokrwisty i adekwatny do gorączki opisywanych wydarzeń. Nazywanie Cholewczyńskiego drugim Wańkowiczem jest wprawdzie, moim zdaniem, na wyrost, to jednak słynnej książce Ryana niewiele Rozdarty naród ... ustępuje. O ile brytyjski reportażysta na nowo postawił na porządku dziennym aliancki blamaż "Market-Garden" ukazując jego tragizm oraz partactwo Monty’ego, to Cholewczyński przywraca spadochroniarzom Sosabowskiego i jemu samemu należyte miejsce w dziejach polskiego oręża. Polski autor (ściślej – amerykański autor polskiego pochodzenia) czyni to z temperamentem nie mniejszym niż jego wielki poprzednik, z podobnym szacunkiem dla faktów, przelanej krwi oraz utraconych złudzeń tak szeregowych żołnierzy, jak i ich dowódców. O ile jednak dla głównych bohaterów Ryana udział w "sukcesie" Montgomery’ego był skokiem "o jeden most za daleko", tak dla bohaterów Rozdartego narodu... skok ten był o wiele mostów za blisko. I o tym jest ta książka.
   Książka, którą poznać trzeba koniecznie, nie rezygnując, broń Boże, z przedmowy Normana Davisa oraz słowa wstępnego  George’a F. Cholewczyńskiego.

Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl