Szpicbródka kartuska

Biblionezka

Andrzej Garlicki
Piękne lata trzydzieste
Prószyński i S-ka
Warszawa, 2008

   U Garlickiego nie znajdzie czytelnik entuzjastycznych opisów budowy COP-u, ani pochwały Gdyni. Może natomiast poznać sanacyjną praktykę polityczną wobec opozycji, mniej jowialną twarz Wańkowicza, dowiedzieć się, że antysemityzm na ówczesnych polskich wyższych uczelniach to nie była tylko endecka młodzież, ale i – niejednokrotnie – tchórzostwo uczonych (znalazły się szlachetne wyjątki), a także piłsudczykowska polityka kokietowania "przyszłości narodu" zbrojnej w laski i kastety.  



   Kiedy tylko GW opublikowała fragment najnowszej książki prof. Andrzeja Garlickiego Piękne lata trzydzieste, w internetowej wersji gazety momentalnie wylano autorowi wiadra, a wręcz wanny pomyj na głowę. "Okazało się", że Garlicki będący "komunistycznym pachołkiem" po raz kolejny "opluł Polskę".

   Niezwykle modne w PRL były dowcipy o Radiu Erewań, które sięgnęło absolutu w interpretacji tzw. oczywistych faktów. – Czy to prawda– pyta radiosłuchacz – że Iwan Piotrowicz znalazł na Placu Czerwonym w Moskwie kombajn? Tak – odpowiada radio Erewań. – To czysta prawda. Wprawdzie, nie Iwan Piotrowicz, ale Piotr Iwanowicz, i nie w Moskwie, a Leningradzie, i nie na Placu Czerwonym, a Newskim Prospekcie, i nie kombajn, a rower. I nie znalazł, lecz mu go ukradli, ale to wszystko prawda.
   Szkoda, że szacowna rozgłośnia odeszła w niebyt wraz z minioną epoką, gdyż byłaby niezwykle akuratna w polemice z zacytowanymi wyżej internautami. Faktycznie bowiem prof. Andrzej Garlicki jest komunistycznym pachołkiem, który po raz kolejny opluł Polskę. Wprawdzie kiedy wielu jego kolegów po fachu odmieniało złote myśli pewnych sekretarzy przez przyczynki i przypisy, profesor przemycał na księgarskie półki coś na kształt niedopuszczalnej w owych czasach biografii Piłsudskiego w odcinkach (w wielu miejscach przychylnej zakazanemu politykowi). Wprawdzie II RP nie opluwał, lecz pisał o niej obiektywnie, wprawdzie…

    Fragment, który wprawił "prawdziwych Polaków" w tak ekspresyjną furię, traktował o Berezie Kartuskiej, niechlubnej instytucji II RP, o której mało kto już dzisiaj wie cokolwiek – a szkoda wielka, gdyż stanowiła "piękne" ucieleśnienie do dzisiaj popularnych koncepcji dzielących społeczeństwo na swoich (których prawo ma tylko bronić) oraz "tamtych", których owo prawo traktować winno z całą surowością, aż po rezygnację ze stosowania wobec nich jakiegokolwiek prawa innego, poza wolą akurat silniejszych, znajdujących się u steru władzy. Nie bardzo rozumiem, dlaczego historia II RP pozbawiona Berezy miałaby być prawdziwsza, jak chce wielu dyskutantów, skoro obóz ten istniał naprawdę, a "lokując" go oparto się na doświadczeniach hitlerowskich Niemiec. To, że nie eksterminowano w Berezie przeciwników sanacji, to również prawda, podobnie jak i to jednak, że nie taki też był początkowo cel organizowania w III Rzeszy obozów koncentracyjnych. Czarnej plamy, jaką Bereza była na rzeczywistości Polski przedwojennej, wywabić też nie może istnienie za naszą ówczesną wschodnią granicą Archipelagu Gułag. Stosowny rozdział książki A. Garlickiego zdecydowanie to uświadamia.

   Autor Pięknych lat trzydziestych świadomie stawia na krytyczne przypomnienie ciemnych stron II RP, co wydaje się szczególnie cenne dzisiaj, kiedy potoczna wiedza o tym stadium polskiego bytu państwowego czerpana jest z podręczników szkolnych, po raz kolejny w naszych dziejach biało-zaplamionych oraz takich "monografii historycznych" jak makabryczne przedwojenne celuloidowe kicze klasy D oraz bardziej współczesne Hallo, Szpicbródka, Lata dwudzieste, lata trzydzieste i wiele podobnych. Co znamienne – z listy tej należy koniecznie wykreślić Karierę Nikodema Dyzmy jako obraz zastanawiająco (i – modne określenie – porażająco) aktualny, nadto nakręcony na podstawie książki Dołęgi-Mostowicza, autora mającego poważny problem z tym, że skatowali go "nieznani sprawcy w oficerskich mundurach z odznakami I Brygady na piersiach".

   U Garlickiego nie znajdzie czytelnik entuzjastycznych opisów budowy COP-u, ani pochwały Gdyni. Może natomiast poznać sanacyjną praktykę polityczną wobec opozycji, mniej jowialną twarz Wańkowicza, dowiedzieć się, że antysemityzm na ówczesnych polskich wyższych uczelniach to nie była tylko endecka młodzież, ale i – niejednokrotnie – tchórzostwo uczonych (znalazły się szlachetne wyjątki), a także piłsudczykowska polityka kokietowania "przyszłości narodu" zbrojnej w laski i kastety.

   Nie ku pokrzepieniu serc, a mózgów napisał swą książkę Garlicki, i bardzo dobrze. Jak celnie zauważył bowiem T. Łubieński (przy podobnej okazji), dość już serca mamy pokrzepione, a kraj dziś do tego stopnia niepodległy, że krzepić się nie ma potrzeby, warto natomiast o swej historii wreszcie bez ograniczeń dyskutować. Garlicki w dyskusji tej zabrał głos w sposób rzetelny, pełen temperamentu historyka, któremu publicystyczna stylistyka nie jest obca. Głos zabrał piórem potrafiącym zadowolić i uwieść nawet czytelnika wzdrygającego się na co dzień na sam dźwięk słowa "historia".
    Zarzut zaś skupienia się na "ciemnej stronie" II RP jest o tyle trafny, co chybiony. Trafny, gdyż faktycznie autor pisze o wspomnianej Berezie, o niesławnym procesie brzeskim wieńczącym jeszcze bardziej niesławne aresztowanie i maltretowanie liderów opozycji, o – prawie się dziś o tym nie wspomina – obrzydliwej walce o stosowanie na uczelniach wyższych numerus clausus oraz gett ławkowych. Natomiast nietrafne jest oskarżenie o "czarnowidzenie" dlatego, iż nie można przecież wymagać (w dobie pozłacania dwudziestolecia), by za każdym razem, kiedy się o czymś negatywnym wspomni, tonować to laurką o ówczesnych sukcesach. Już przed wojną wykpił takie żądania Słonimski (przytacza to autor) twierdząc, że by je spełnić, należałoby na koniec każdego sądu krytycznego umieszczać "m.ż.g.s.r." – "mimo, że Gdynia się rozbudowuje".

   Garlicki blaski II RP dostrzega, czego dowody dał przecież w rozlicznych publikacjach, lecz tym razem (czy przypadkowo?) za ważniejsze uznaje to, iż MIMO owych blasków, cieniem na Polsce kładło się wówczas ograniczanie demokracji (przy zachowywaniu pozorów jej pielęgnowania), akceptowanie (wręcz promowanie) w polityce władz brutalności oraz języka nienawiści oraz niwelowanie kontroli społecznej nad rządzącymi. Słusznie autor Pięknych lat trzydziestych podkreśla, że czynił to obóz, który po władzę sięgnął pod hasłami moralnej odnowy, uzdrowienia i walki z korupcją. Stanowić to powinno dla czytelnika coś na kształt ponurego memento. "M.ż.g.s.r.".

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl