Jesienny śmieszny pan

Biblionezka

David Lodge
Skazani na ciszę (oryg. Deaf Sentence)
Tłum. Jerzy Kozłowski
Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2008, str. 368

   Już od pierwszej sceny Skazanych... – opisującej spotkanie bohatera z nieznajomą kobietą na wernisażu malarskim – daje się wyczuć starego, dobrego Lodge’a. Mamy w tym prologu cały majstersztyk jego stylu: humor, wnikliwość dobrego obserwatora, skupienie na detalach, dodających sytuacji bardzo realnego wymiaru, odrobinę naukowego wykładu (jak na nauczyciela akademickiego przystało).



   Same narodziny są wyrokiem śmierci – podejrzewam, że jakiś wygadany filozof już to kiedyś powiedział – jest to jednak przewrotna i niepotrzebna myśl. Lepiej smakować życie i starać się cenić mijający czas. 


   Jeżeli ludzkie życie przyrównamy do pełnego roku kalendarzowego, to przeżywamy w nim wszystkie cztery pory roku. Powszechnie słyszy się o wiosnach, latach i jesieniach, ale o zimie życia nie mówi się właściwie wcale. To czas kończenia wszystkich spraw, przekładania ostatnich kart księgi życia, przy sprzyjającym szczęściu i zdrowiu okres przemyślanego zamykania najważniejszych dokonań i świadomych pożegnań. Nie lubimy o tym myśleć, rozmawiać. Również sztuka z dystansem podchodzi do tego etapu jako motywu przewodniego filmów, powieści, obrazów czy fotografii. Chętnie kolejny raz obejrzymy album z wakacji, ale zdjęcia schorowanej ukochanej osoby, która już odeszła, przetrzymujemy na dnie szuflady pod grubą warstwą kurzu. Zima życia boli, wprowadza w nastrój jak w poczekalni lekarskiej, tylko że za drzwiami gabinetu nie będzie słów otuchy i życzliwego poklepania po plecach. Przez te drzwi przechodzi się tylko raz i, niestety, samotnie.

   Najnowsza książka Davida Lodge'a Skazani na ciszę – przez jego wielbicieli zapewne wyczekiwana – pokazuje bohatera jeszcze w jesieni życia. Zimę wyraźnie już czuć na drugim planie i pomału zaczyna ona zajmować terytorium, na którym wciąż jeszcze nie chcielibyśmy zdawać sobie sprawy z jej istnienia. Autor ostatecznie nie pozwolił swojemu bohaterowi  na przekroczenie tej cienkiej granicy, ale postawił go w progu – stąd już wyraźnie widać krainę, w którą kiedyś będzie musiał nieodwracalnie wkroczyć. Być może ponad 70-letni Lodge (rocznik 1935) sam czuje na własnych plecach lodowaty oddech zimy, lecz wyraźnie chce być wciąż aktywnym jesiennym panem mającym do zrealizowania wiele celów i z ciekawością witającym każdy nadchodzący dzień. Jakkolwiek by osobiście tego nie odbierał, napisał powieść o próbie godzenia się z odchodzeniem, przemijaniem, utratą sprawności fizycznej i umysłowej. Uczynił to jak zwykle wnikliwie, obrazowo, z psychologiczną głębią, genialnie nakreślonymi postaciami, a momentami nawet naturalistycznie – jakby chciał nami potrząsnąć i uzmysłowić, że życie to nie powieść – choć sam takie pisuje i odtwarza w nich nasze codziennie bytowanie i egzystencjalne rozterki. Pamiętajmy jednak, że mamy do czynienia z Lodge'em – mistrzem satyry na społeczności naukowe i prześmiewcą uczelnianych zwyczajów. Toteż dla równowagi i zachowania ciągłości tradycji wplata w Skazanych na ciszę sytuacje zabawne oraz dialogi rozładowujące ponurą atmosferę.

   Lata temu David Lodge wprowadzał mnie swoimi książkami w świat współczesnej literatury brytyjskiej. Dzięki jego powieściom połknęłam bakcyla i jak rozpędzony pociąg mknęłam od powieści do powieści, pragnąc zapoznać się ze wszystkim, co napisał. Dzięki niemu poznałam pojęcie powieści uniwersyteckiej (akademickiej) i zaczęłam sięgać również po innych pisarzy tego nurtu (np. Malcolma Bradbury'ego). Wszystko, co wtedy czytałam (ulubionymi po dziś dzień okazały się British Museum w posadach drży, Terapia, Co nowego w raju, Gdzie leży granica, Fajna robota), było dla mnie tak nowe i świeże, że czułam się jak odkrywca nieznanego lądu, jakbym pierwsza trafiła na złoża czegoś niezwykłego. To w konsekwencji przerodziło się nawet w dość nachalne podrzucanie książek Lodge'a wszystkim znajomym. Jego lekki styl, przesiąknięty zarazem elementami akademickiego wykładu, podbił moje serce, a złożona problematyka społeczna i sposób jej analizowania głęboko do mnie przemawiały.
   Książki Lodge'a to były wyprawy w głąb siebie. Nie sposób po odłożeniu ich na półkę od razu o nich zapomnieć. Ich autor jest jednym z niewielu pisarzy, który na dłużej każą się nam zatrzymać nad tym, co opisują. Nawet jeśli podane to zostało w sposób zabawny.

    Podobnie jest z jego ostatnią powieścią. Choć od zakończenia lektury minęło już kilkanaście dni, wciąż mocno we mnie żyje, a ja powracam myślami do poszczególnych scen, oceniam zachowanie bohaterów, zastanawiam się nad własnymi reakcjami w opisanych sytuacjach. Takie zachowanie jest chyba spełnieniem marzeń każdego pisarza – nie być skazanym na zapomnienie zaraz po zapoznaniu się z jego dziełem.

   Czytelnicy prozy Lodge'a wiedzą, że religia odgrywała zawsze ważną rolę w jego powieściach, a bohaterowie często oceniali wszystkie aspekty życia oz pozycji praktykującego katolika. Próby radzenia sobie w różnych sferach życia prywatnego oraz publicznego i  jednoczesne pozostawanie w zgodzie z naukami Kościoła było często podstawowym źródłem humoru w stworzonych przez niego historiach. W Skazanych na ciszę wątki religijne potraktowane zostały marginalnie. Ale czasami pisarz potrafił nas zaskoczyć wybraną tematyką. Tak było choćby w 2004 roku, kiedy na rynku ukazała się książka Autor, autor – biograficzna opowieść o Henrym Jamesie.

    Czy teraz, cztery lata od tamtej publikacji, Lodge zaskakuje nas czymś nowym? Myślę, że nie i odpowiedź przecząca ma w tym przypadku wydźwięk wyłącznie pozytywny. Skazani na ciszę oferują nam wszystko, co w tym pisarzu cenimy najbardziej. Jest kontynuacją nurtu, który nieśmiało krystalizował się w debiutanckich Kinomanach, a doszlifowywał w kolejnych książkach. Już od pierwszej sceny Skazanych – opisującej spotkanie bohatera z nieznajomą kobietą na wernisażu malarskim – daje się wyczuć starego, dobrego Lodge’a. Mamy w tym prologu cały majstersztyk jego stylu: humor, wnikliwość dobrego obserwatora, skupienie na detalach, dodających sytuacji bardzo realnego wymiaru, odrobinę naukowego wykładu (jak na nauczyciela akademickiego przystało). Ale te naukowe wtrącenia nie są bezsensownym wymądrzaniem się, lecz tą najlepszą z przypraw, która zdecyduje o ogólnym odbiorze książki przez czytelnika. Pisarz stosuje wszystkie znane sobie środki, aby przykuwać naszą uwagę do bohaterów reprezentujących całkiem różne pokolenia, kultury, narody i płcie. I doskonale mu się to udaje od samego początku.

   Zdawałoby się, że to przypadkowe spotkanie Desmonda Batesa (emerytowanego profesora lingwistyki) z Alex Loom (młodą doktorantką z Ameryki) stanie się kręgosłupem tej książki i wokół niego rozegrają się najistotniejsze zdarzenia. Ale Lodge poszedł w swych rozważaniach krok dalej, gubiąc po drodze wzajemne relacje bohaterów, jako motyw przewodni, i przesuwając je na dalszy plani. Być może zaczynając pracę nad Skazanymi na ciszę miał inną wizję tej powieści. Tego możemy się teraz tylko domyślać. Dla mnie – choć to tylko mój osobisty wniosek – stała się ona czymś ważniejszym od próby opisania emocji rozpiętych jak pajęcza nić pomiędzy starszym, inteligentnym mężczyzną, a młodą atrakcyjną kobietą o wyszukanych fantazjach seksualnych. To wszystko znajdziemy oczywiście w tej książce, ale ja odebrałam ją jako hymn na cześć życia, pisany przez osobę doświadczoną, egzystującą w jesieni życia i pragnącą dobrze przygotować się na ostatnią zimową porę. Lecz żeby móc docenić codzienność i wszystko, co przynosi nam los, bohater musi zmierzyć się również z jego najciemniejszymi stronami i raniącymi psychikę emocjami. Tym trudniejszym pod każdym względem doświadczeniem staje się dla Desmonda choroba i śmierć ojca, własna postępująca i nieodwracalna głuchota, która każde spotkanie towarzyskie i możliwość kontynuacji pracy zawodowej na emeryturze w charakterze wykładowcy zamienia w koszmar, dokładając na dobitkę stresujące obawy złego odczytania intencji rozmówcy. Osobnym, jednostkowym doświadczeniem wstrząsającym jego psychiką będzie odwiedzenie byłego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau. Nie ma osoby, która pozostałaby obojętna po zwiedzeniu tych miejsc. Obrazy rzędów ulic i baraków oraz eksponatów prezentowanych w salach muzeum długo przewijają się przed oczami i nie ulatują z pamięci. Dla bohatera obecność w tym miejscu zimową porą, w czasie tuż przed zamknięciem terenów obozu, kiedy praktycznie nie ma tam nikogo ze zwiedzających, staje się ważnym przełomem, każącym inaczej spojrzeć na losy świata i życiowe priorytety.

    Dla rodzimego czytelnika szczególnie ciekawe mogą się okazać liczne wątki polskie. Poza pobytem Desmonda w Oświęcimiu znajdujemy w Skazanych... opis kilkudniowej podróży po Polsce związanej z wykładami językowymi organizowanymi przez British Council dla studentów kilku wyższych uczelni Krakowa, Łodzi i Warszawy. Kraków szczególnie przypadł Lodge'owi do gustu, bo nazywa go stolicą światowej kultury. Nie szczędzi opisów miejsc znanych każdemu turyście, ale w tym przypadku każde spostrzeżenie jest ciekawe, bo widziane oczami angielskiego nauczyciela akademickiego. Znajdziemy w tej powieści również żywy i aktualny komentarz do inwazji polskich pracowników na tereny Wielkiej Brytanii, wpleciony w słowa ojca Desmonda, który ze zdziwieniem reaguje na informację, że syn ma lecieć z cyklem wykładów do Polski:
[…] – Polska? A po co ty tam do diaska jedziesz? Z tego, co piszą w mojej gazecie, wszyscy Polscy strasznie chcą przyjechać tutaj. Nigdy nie słyszałem o Polsce nic dobrego.

   David Lodge pisząc Skazanych... powrócił w całej klasie do swych korzeni – pisarza powieści akademickiej. Kto pokochał ten nurt przed laty, z przyjemnością zanurzy się ponownie w tej historii, bo spraw uczelnianych będzie tam sporo – i to opisanych bardzo wesoło, jak i krytycznie. Struktura angielskich uczelni, metody pracy ze studentami, jak i motywy awansowania pracowników od dawna drażniły pisarza i dopatrywał się w tym systemie wielu wad. Ta książka mogłaby powstać lata temu, ale od wcześniejszych dzieł Lodge'a różni ją wiek bohatera i wynikające z tego bogate doświadczenia. Odbiera się ją jako mocno autobiograficzną historię, co znajduje potwierdzenie w Podziękowaniach umieszczonych na końcu książki. Tam autor przyznaje się, że opisane doświadczenia niedosłuchu mają swoje źródła w jego własnym życiu.

   Wspominałam, że początkowo miałam wrażenie, iż będzie to opowieść o głuchnącym Desmondzie i doktorantce Alex. Ich wzajemne relacje (a raczej te niewypowiedziane emocje, jakie między nimi zawisły i rzucały światło na codzienne sprawy) są oczywiście tutaj ważne, ale nie pierwszoplanowe. Po lekturze Skazanych... uważam, że to książka o relacjach między ojcem i synem, rozprawa o życiu i śmierci, starzeniu się i zamianie ról, która zawsze wraz z wiekiem następuje. Kiedyś Jonathan Carroll w powieści Poza ciszą napisał słowa, które trwale zapadły mi w pamięć:
[…] W pewnym momencie życie sadza nas u szczytu stołu na miejscu naszych rodziców i nagle jesteśmy odpowiedzialni za ich "nakarmienie" podczas, gdy dotąd było odwrotnie. To wzruszająca i naprawdę kłopotliwa chwila  i dopiero po jakimś czasie rozpoznajemy jej charakter. (Poza ciszą, Dom Wydawniczy REBIS 1995, tłum. Maria Korusiewicz, str. 51)

   Takim przełomowym momentem dla bohatera Skazanych na ciszę okazała się nie starość ojca i widok zaniedbanego przez lata rodzinnego domu, w którym dorastał, ale nagły atak choroby, który uniemożliwił normalne komunikowanie się, a co za tym idzie niemożność bycia w pełni sprawnym i skazanie na pomoc innych. Scena, w której Desmond pomaga pielęgniarce umyć ojca na szpitalnym łóżku, jest poruszająca i doskonale opisana – zwłaszcza pod względem ładunku emocjonalnego, jaki ze sobą niesie i prawdziwości myśli, które przewijają się przez umysł Desmonda. Zapada w pamięć równie silnie jak rozważania o śmierci i gotowości na nią zamykające tę powieść i sprowadzające się do wniosków o wyższości afirmacji życia nad poddaniem się starości. Zalecane przez Horacego w słynnej pieśni Carpe diem aż samo narzuca się przy końcowych wnioskach bohatera. Nikt z nas świadomie nie chce śmierci, ale każdego ona kiedyś odwiedzi. Póki życie trwa, lepiej jest je smakować i doceniać czas, który jest nam dany tu i teraz. Niestety, do takich wniosków dochodzi się bardzo często tylko wtedy, kiedy dotknie się przeciwległego brzegu – miejsc i sytuacji bolesnych i trudnych.

    Bohater Davida Lodge'a systematycznie uczęszcza na kurs czytania z ruchu warg. Czasami dla osób niedosłyszących i całkowicie głuchych to jedyna metoda pełnego zrozumienia rozmówcy. Desmond/Lodge zdaje sobie sprawę z nieodwracalności choroby i tego, jak ważny jest w życiu właściwy odbiór adresowanego do nas przekazu, bo wiele zamieszania albo humoru może wywołać złe odczytanie czyichś intencji. Na szczęście autor potrafi jeszcze żartować z własnych ułomności. Sceny najbardziej zabawne są zazwyczaj konsekwencją niedosłuchu Desmonda. Z drugiej strony umiejętnie zestawia ten defekt organizmu z prawdziwymi życiowymi tragediami, przy których głuchota wydaje się tylko drobną niedoskonałością. Być może takie myślenie jest też pewnego rodzaju terapią samego pisarza, który po przelaniu na papier swoich bolączek czuje się po części od nich uwolniony. Mam nadzieję, że optymistyczny wydźwięk tej powieści i chęć walki z przeciwnościami losu pchną pisarza w stronę jeszcze niejednej wspaniałej historii, którą zechce się z nami podzielić.

   Bardzo cenię mądre, życiowe książki, takie, które – poza zabraniem nas w inny wymiar i świat – będą też szkołą życia i pozwolą poukładać właściwie priorytety. Są powieści, które zmieniają ludzi, które wskazują kierunki i wyjścia z najgorszych sytuacji. Wiem, że ten najnowszy Lodge może stać się dla kogoś takim zakrętem, do którego trzeba dotrzeć, ale za którym wyjdzie się na życiową prostą. Lodge ma w swoim dorobku powieść pt. Terapia – genialną i bardzo wzmacniającą duchowo, ale dla mnie cała jego twórczość mogłaby się znaleźć pod wspólnym leczniczym szyldem. Myślę, że każdy powód sięgania po tego pisarza będzie dobry. Toteż TAKICH lektur oraz TAKICH autorów życzyłabym sobie na księgarskich półkach jak najwięcej.

-------
*Tytuł recenzji wykorzystuje cytat z piosenki, do której słowa napisał lata temu p. Wojciech Młynarski. Lektura powieści przypomniała mi o istnieniu tego utworui z przyjemnością do niego nawiązuję, bo świetnie wpasowuje się w opisaną przez Davida Lodge'a historię.

Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl