Jak nie należy zbierać grzybów

Jak nie należy zbierać grzybów

ilustr. Lidia Nowakowska/pinezka.pl



    Ktoś gdzieś powiedział, że wszystkie grzyby są jadalne, ale niektóre tylko raz. Mając na uwadze to spostrzeżenie (zawierające w sobie niewątpliwie ważną życiową prawdę) pełna optymizmu i wiary w moje grzybiarskie zdolności, postanowiłam bez odwrotu: idę w tym roku na grzyby!

    Wyprawy te mają w sobie chyba coś nostalgicznego; taki obraz grzybiarza, z laską w dłoni i koszykiem oraz kozikiem do odcinania grzybka od podłoża (oczywiście, według innej szkoły grzyby się ukręca, a nie odcina, ale zainteresowanych proszę o zerknięcie do fachowej literatury, tudzież o popytanie znajomych grzybiarzy. Bo ja to tylko grzybiarz sezonowy, nostalgiczny).

    W pogodny dzień, zaopatrzywszy się w odpowiednie akcesoria: nożyk (jednak ukręcanie łebków jakoś mi nie wychodzi), aparat fotograficzny (trofea trzeba uwiecznić dla potomności) oraz w towarzysza, czyli mamę, idę uzbrojona do lasu. Rozochocona (i trochę nieufna, bo może grzybów nie będzie?), ale też w dobrym humorze, bo jeśli nie grzyby, to może znajdzie się w lesie coś innego? Jestem bowiem zdania, że i teraz, w wieku XXI, w erze Barbie, Internetu i innych głupstw człowiek może wrócić do natury i żywić się w chwilach trudnych choćby korzonkami, które nawet nieźle smakować mogą.

    Może należy jeszcze dodać, że znajdujemy się w lesie niemieckim, nie polskim. Znaczenie ma to duże, bo tubylcy na grzyby nie chodzą. Raz z tego powodu, że świeże i pewne grzybki można zakupić na targu (wygodnictwo!), dwa - strach po eksplozji w Czernobylu nadal jest wszechobecny, a grzyby radioaktywność w sobie kumulują, trzy - no, po prostu, jakoś zwyczaju chodzenia na grzyby nie ma.
    Tak, właśnie zwyczaju, bo mało kto chodzi na grzyby z konieczności. Szansa na grzyba jest więc dużo większa w lesie niemieckim niż polskim, co okazuje się prawdą, bo nawet ze ścieżki, codziennie przecież uczęszczanej przez biegaczy i spacerowiczów, można dojrzeć kozaka czy podgrzybka.

    W moim skromnym zakresie pamięci grzybów jadalnych są zakodowane tylko trzy grzyby: właśnie podgrzybki, kozaki i prawdziwki. No i może jeszcze kurki, bo rosną w kupie i w specyficznych miejscach. Przeróżne gąski, surojadki i pocieki są czarną magią, tematem tabu, jednym słowem terenem dla którego jestem pełna respektu, żeby nie powiedzieć - strachu. Oczywiście, jak większość z nas, odróżniam muchomora, ale tylko tego w czerwonym kapeluszu i z białymi kropkami (widziałam w książce dla dzieci).

ilustr. sabba/pinezka.pl    Zdaję sobie sprawę, że grzybiarz ze mnie kiepski, ale zachęcona tak łatwym sposobem zdobycia grzyba jadalnego wchodzę w gąszcz. I tutaj grzybów już co niemiara, a co najgorsze, rożnych. Niektóre bardzo do siebie podobne.
    W myśl stereotypu, że kobieta to nie wie czego chce i w ogóle zdecydować się nie może, napotykam na problemy! Najchętniej zerwałabym wszystkie, bo wtedy koszyk byłby pełny i z dumą mogłabym powędrować do domu. Ale grzyby te chciałabym też w najbliższej przyszłości zjeść...
    Próbuję więc przeprowadzić selekcję naturalną: znam - nie znam. Dla pewności pytam mamy, ale widzę w jej oczach pewne wahanie... Jestem zdruzgotana, bo kto jak kto, ale mamy wiedzieć wszystko powinny - a moja - nie wie! Zostaje mi tylko użyć sposobu ryzykownego, ale skutecznego: nadgryźć kawałek kandydata na grzyba jadalnego i jeśli gorzki, wypluć i wyrzucić, jeśli bez smaku, włożyć do koszyka.
    Gdzie indziej słyszałam o sposobie lizania nóżki grzyba, ale wrodzony zmysł (hahaha) estetyczny nie pozwala mi najpierw obśliniać kandydata, a potem serwować go rodzinie na obiad... Podejrzane o jadalność grzyby zostały poddane testowi na zdolność spożycia z wynikiem pozytywnym, więc radość wielka.

    Ruszamy dalej w grzybolubne tereny, natrafiamy na olbrzymie, lekko ześlimaczone PRAWDZIWKI!!!!! Tak, tak, tutaj dla pewności też test smakowy i grzyby sypią się do koszyka. Po kolejnych minutach spędzonych w lesie odczuwam jednak pewien niedosyt. Coś mi tu nie gra. Czegoś mi brakuje. Coś jest podejrzane.
    Już wiem. Grzybów jest za dużo! Grzyby po prostu są. Nie trzeba ich szukać, godzinami po lesie łazić, pod każdy liść zaglądać. Po 10 minutach znika radość z pierwszego egzamplarza, to nic, że na wpół robaczywego, na wpół przez ślimaki zjedzonego. Nie trzeba się natrudzić, żeby znaleźć dobrego grzyba, zanikają okrzyki radości, a zastępują je stwierdzenia, że lepiej zamknąć oczy i nie patrzeć, bo inaczej trzeba by je było zbierać, zbierać, zbierać... Czyż nie jest to okropne uczucie?

    Dumą napawa dopiero powrotna droga do domu, bo spotykamy ludzi, którzy chwalą nasze grzyby, ich wielkość i jakość, co nas utwierdza w przekonaniu, że to jednak jadalne okazy, skoro nie budziły sprzeciwu u przypadkowo spotkanych jednostek (oczywiście zakładam, że każdy z nich jest wyrobionym fachowcem od grzybów). Tak, niepewność jednak zostaje: podczas przygotowania grzybów do suszenia, w kompoście lądują kolejni "niepewni" kandydaci. Lekkie wahanie mamy i pytanie: "A może by tak lepiej wszystkie wyrzucić?" zlekceważyłam piorunującym spojrzeniem. Oczywiście, że NIC NIE WYRZUCAMY!!!! Czułabym się jak morderca... To po co ja niby te grzyby zbierałam???? Hmmm... Chyba nie pomyślałam o tym, że to JA będę je jeść.

    Koniec końców: grzyby pachną ponętnie, już ususzone, w papierowej torbie. Czekają na zimne dni, kiedy to uraczę siebie i znajomych bigosem na podgrzybkach. Zastanawiam się jednak, kto ze znajomych przyjmie zaproszenie, bo koleżanka już oświadczyła, że tego roku ona mojego bigosu nie tknie. Mąż przypatruje się podejrzliwie i mówi, że w zasadzie to on najbardziej lubi pieczarki.
    Moja pewność zwiększa się jednak, gdy przypominam sobie, że do licha ciężkiego, żaden z nich nie był gorzki w w smaku! (Czy aby na pewno? A może mój smak tego dnia był jakiś inny niż zwykle...). W każdym razie, zachęcona tematem, zakupiłam poradnik grzybiarza. Mam dylemat, bo na temat podgrzybków znalazłam wiadomość, że ten grzybiarzom najmilszy grzyb, od czasów Czernobyla raczej dobrze na żołądku nie leży. Smaczny jest, ale niezdrowy, zwłaszcza zerwany w okolicach Czernobyla. Czy mój las zalicza się do tych okolic?????

    No trudno. Odczekam. Jeśli w przyszłym roku się tu nie pojawię, pomyślcie o mnie mimo wszystko pozytywnie.... I obiecajcie, że nie będę dla was przykładem!

 
 
{jos_sb_discuss:23}

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl