Wspomnienia dziadka Ignacego - cz. XII

Spis treści
Wspomnienia dziadka Ignacego - cz. XII
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Wszystkie strony

WOJNA 1918 - 1921

    Krążyły pogłoski, że tworzy się armia polska na wojnę z Ukraińcami, bo ci  chcą zabrać Galicję Wschodnią, aż do Sanu.
W ramach monarchii Habsburgów, Galicja Wschodnia stanowiła obszar, zamieszkiwany wspólnie przez Polaków i Ukraińców (Małorusinów). Według badań, granica etniczna, rozdzielająca zwarte obszary polskie od ukraińskich, na przełomie wieków XIX i XX przebiegała od rzeki Poprad poprzez powiaty nowosądecki, grybowski, sanocki, brzozowski, przemyski i jarosławski.

 Ludność ukraińska zamieszkiwała północne stoki głównego grzbietu Beskidów. W Galicji Wschodniej ludność polska zamieszkiwała północne części powiatów rymanowskiego i sanockiego, cały powiat brzozowski i dynowski. Linia rozdzielająca szła wzdłuż traktu łączącego Rymanów z Sanokiem. Na wschód od Sanu  znajdowały się jedynie liczne mniejsze i większe grupy ludności polskiej, zamieszkałej głównie w miastach i dworach ziemiańskich. Na terenach tych Ukraińcy stanowili 60%, Polacy 28%, ludność żydowska 12% ogółu mieszkańców. Układ ten kształtował się w okresie kilkuset lat. Przemysł w Galicji był słabo rozwinięty; miasta posiadały charakter rzemieślniczo-kupiecki. Przeważała w nich ludność żydowska. Duże ośrodki kulturalne znajdowały się przede wszystkim we Lwowie, Stanisławowie, Przemyślu.  Rzeszów był miastem  prowincjonalnym, a Błażowa tylko z nazwy mogła być miasteczkiem.
Ludność ukraińska (małoruska) była słaba ekonomicznie. Kultura i oświata była na stosunkowo niskim poziomie, ukraińska świadomość narodowa i polityczna nie miały większej tradycji; nabierały dopiero szerszego rozmachu.

Konflikt polsko-ukraiński silnie podsycał  rząd Austro-Węgier, który stosował politykę wygrywania jednych narodów przeciw drugim metodą divide et impera. Celem jeszcze większego skłócenia tych dwu narodowości, w latach 40-tych ubiegłego wieku na terenie Galicji Wschodniej niespodziewanie wprowadzono do szkół średnich  jako obowiązkowy język ukraiński, jednocześnie czyniąc nadobowiązkowym - polski. Kokietowanie ludności ukraińskiej z jednej strony miało służyć osłabieniu polskich dążeń do niepodległości a z drugiej strony osłabieniu Rosji przez zmobilizowanie przeciw niej zamieszkujących jej tereny Ukraińców.

Po wybuchu rewolucji 1917 roku w Rosji, Austro-Węgry wspólnie z Niemcami poparły dążenia nacjonalistów ukraińskich w tworzeniu państwa ukraińskiego - Ukraińskiej Republiki Ludowej (Centralna Rada Ukraińska). 9 lutego 1918 r. państwa centralne podpisały z URL tajny traktat tzw. brzeski, który przekazywał  jej Ziemię Chełmską i Podlasie - obszary zamieszkałe w 70 procentach przez ludność polską. Traktat przewidywał przyłączenie w przyszłości do URL Galicji Wschodniej. Na czele dyrektoriatu URL stanął ataman Semen Petlura.
Ludność ukraińska Galicji Wschodniej nie popierała idei połączenia, lecz zmierzała do utworzenia samodzielnego państwa.
Ujawnienie tajnych klauzuli traktatu wywołało powszechne oburzenie społeczeństwa polskiego i poderwało Polaków do walki.

Ruchy ukraińskie znajdowały poparcie arcyksięcia Wilhelma Habsburga, zwanego przez nacjonalistów Wasylem Wyszywanym. Ukraińcy potworzyli w poszczególnych ośrodkach rady narodowe i poczynili w Wiedniu zabiegi o przekazanie im władzy w całej Galicji Wschodniej. Równolegle podjęto przygotowania wojskowe.
Udało się im uzyskać decyzje Wiednia o wyekspediowaniu z terenów Wschodniej Galicji oddziałów z dużym udziałem Polaków na inne tereny; w to miejsce do Galicji Wschodniej ściągnięto oddziały ukraińskie z Bukowiny i innych regionów. Miało to na celu znaczne wzmocnienie sił militarnych Ukraińców.
Wydarzenia jesieni 1918 roku zaskoczyły ludność polską.

W nocy z 31.X na 1.XI 1918 r. Ukraińcy opanowali Lwów i inne ośrodki. W Stanisławowie powstał rząd Zachodnio - Ukraińskiej Republiki Ludowej (nawet chciano się połączyć z URL ale było za dużo sprzeczności). W pierwszych dniach swego istnienia ZURL opanowała całą Galicję Wschodnią aż do Przemyśla wyłącznie.
Tej nocy ukraińscy konspiratorzy rozbroili i internowali żołnierzy Polaków, obsadzili ważniejsze gmachy i przejęli kontrolę nad Lwowem. Dowodzący konspiracją ukraińską sotnik Dymitr Witkowski miał do dyspozycji około 2500 ludzi, zaś siły polskie liczyły tylko około 400 ludzi z POW i około 250 wojskowych kpt. Tatara-Trześniowskiego. Dysproporcja sił była znaczna. Równocześnie ze Lwowem opanowane zostały przez Ukraińców wszystkie - poza Przemyślem - miasta Galicji Wschodniej. W Przemyślu,  po krótkiej strzelaninie zawarte zostało porozumienie polsko-ukraińskie i utworzono wspólną komisję do sprawowania władzy w mieście. Jednak dwa  dni później Ukraińcy porozumienie złamali i zajęli miasto.

Walki we Lwowie rozpoczęły się już rano w dniu Wszystkich Świętych. Wywołały panikę w garnizonie austriackim. Tysiące żołnierzy, porzucając broń, usiłowało wydostać się z miasta. Wśród nich byli również żołnierze ukraińscy. Ta dzika demobilizacja okazała się zbawienna dla polskich obrońców Lwowa. Dostarczyła broni i amunicji masowo zgłaszającym się ochotnikom i wprowadziła dezorganizację, umożliwiającą zorganizowanie obrony. Po kilku dniach zaciętych walk, w których dużą rolę odegrała polska młodzież szkolna ("orlęta lwowskie"), zachodnia część miasta znalazła  się w rękach  polskich, a wschodnia - ukraińskich. Lwów został odcięty.

Bratobójcze walki o miasto trwały kilka tygodni.
Ludność ukraińska uzyskiwała pomoc z terenów wschodnich. Z pomocą Polakom wyruszyły oddziały tworzone w Galicji Zachodniej. Pierwsza odsiecz ruszyła z Krakowa 9 listopada. Dwa dni później odbito Przemyśl. 20 listopada płk Tokarzewski na czele ponad 1300 żołnierzy liczącej grupy wkroczył do Lwowa.

Warto tu może wspomnieć o niesławnym epizodzie naszej historii. Gdy tylko Lwów  znalazł się w rękach polskich, rozpoczął się pogrom ludności żydowskiej, która w walkach polsko-ukraińskich zachowywała neutralność, co Polacy uznali za zdradę. Rabowano sklepy, palono synagogi, mordowano żydów. Liczbę zamordowanych oceniono na 150. Gwałt ten został potępiony przez polskie rządy, ale nic nie było w stanie zrównoważyć zbrodni.

Walki o Lwów przeciągały się aż do stycznia 1919 r.
Wydarzenia te rozgrywały się wprawdzie niedaleko, ale do naszej zapadłej wioski docierały tylko ich zniekształcone echa. Nikt nie rozumiał o co tu chodzi. Przecież przez ponad wiek nikt nie kształtował w chłopach poczucia polskości
i świadomości politycznej. Polski nie było ponad 120 lat. Było Cesarstwo Austro-Węgierskie i jemu tylko wszyscy poddani zmuszeni byli służyć.

Pewnego dnia na tygodniu przyjechał do Wesołej polski oficer z gorącą mową patriotyczną. Zachęcał chłopców do ochotniczego wstąpienia do Wojska Polskiego. Mówił:
- Chłopcy .. trzeba iść bić się za Polskę .
I poszliśmy.
Na ochotnika zgłosiło się kilkunastu byłych żołnierzy austriackich. Zgłosiłem się i ja. Bez żalu zrezygnowałem z pisarstwa gminnego. Nie widziałem w tej funkcji widoków dla siebie. Pisarstwo gminne przejął ode mnie kierownik szkoły.

Pod koniec listopada 1918 roku wyjechaliśmy do  wojska w Przemyślu. Było to już Wojsko Polskie, bo od 11 listopada już istniało państwo polskie. Zacząłem  służyć w 38 pułku piechoty. Uzbrojono nas dosyć prymitywnie.
Pierwsze walki z Ukraińcami stoczyliśmy w Przemyślu. Było nas za mało. Coś około 25 chłopa. I tylko jeden karabin maszynowy. Dostaliśmy potem  dodatkowo na wyposażenie przestarzałego typu armatę. Wyruszyliśmy na front w kierunku Chyrowa. Bojem doszliśmy do Posady Chyrowskiej. Tam trafiliśmy na większy opór. Armatę nam rozbili i zabili artylerzystę. Był to chłopak z Wesołej, z Magierowa. Musieliśmy się wycofać przez wieś Sielce. I tak cofaliśmy się, aż pod Przemyśl. W Medyce ponownie starliśmy się z Ukraińcami. Zginął kolega Chruszcz.

Około połowy grudnia znaleźliśmy się ponownie w Przemyślu. Sposób prowadzenia wojny przypominał raczej partyzantkę. Nie było stałego frontu. Wojska polskiego było za mało. Organizacja jego była słaba, bo między innymi brakowało kadry oficerskiej.
W Przemyślu staliśmy w zabudowaniach klasztornych na Zasaniu obok mostu (a raczej kładki) prowadzącego przez San. Atakowaliśmy w kierunku Rynku, Zamku oraz Ruskiego Seminarium Duchownego. W dzień tłukliśmy się na prawym brzegu Sanu, a na noc wracaliśmy na Zasanie. O świcie znowu powtarzało się to samo. Na noc nie mogliśmy pozostać po drugiej stronie rzeki, gdyż było nas za mało i Ukraińcy mogliby nas otoczyć. Zresztą i oni też nie mieli zbyt dużych sił do uzyskania nad nami zwycięstwa.
Po paru dniach takich wypraw wróciliśmy do koszar, które znajdowały się na tej samej ulicy co zabudowania klasztorne (dziś ul. 3-go Maja). Nikt się nami nie interesował. Z jedzeniem było kiepsko. Ponieważ zbliżały się święta Bożego Narodzenia - postawiłem karabin w kącie na korytarzu i poszedłem do domu. Tak samo postąpiło jeszcze kilku kolegów. Nie było nawet komu się odmeldować. Chyba tak samo postąpili Ukraińcy, po drugiej stronie Sanu.

W połowie stycznia 1919 r władze ogłosiły pobór do Wojska Polskiego roczników 1897 i 1898. Ja urodziłem się w 1897 roku, toteż miałem obowiązek stanąć do asenterunku. Przegląd poborowych odbywał się w Brzozowie. W tym dniu padał śnieg i była silna zawierucha. Gmina dała podwody i pojechaliśmy do miasta. W tym dniu stawali do Komisji również chłopcy z innych okolicznych wsi.
W Komisji Poborowej zasiadał niechętny mi kierownik szkoły z Wesołej. Gdy wszedłem, to zaczął coś szeptać urzędnikom na mój temat. Mimo, że sam chciałem iść do wojska, wstąpił we mnie jakiś duch przekory. Kazano mi się rozbierać. Ponieważ wyczułem intrygę kierownika szkoły, zacząłem zachowywać się arogancko. Swoim zachowaniem, wymierzonym przeciwko kierownikowi, spowodowałem zamieszanie na Komisji. Zapytali, czy chcę iść do wojska. Przecież nie na wesele - odpowiedziałem arogancko, bo wiedziałem, że kierownik już mi pobór zapewnił. Wypędzili mnie do dużej sali na górze, gdzie zbierali się poborowi. W czasie odczytywania list poborowych nie usłyszałem swojego nazwiska. Podczas tego przekomarzania z Komisją pisarz zapewne zapomniał wpisać moje nazwisko na listę. Mimo tego pojechałem ze wszystkimi, aż do Rzeszowa.

Wiele było zamieszania z odliczaniem nas i sprawdzaniem listy. Oficer konwojujący nas kilkakrotnie sprawdzał listę i zawsze mu wychodziło o jednego za dużo. Ostatecznie machnął ręką, najważniejsze, że w obowiązkowym poborze nie brakowało mu jednego poborowego. Zakwaterowano nas w koszarach na Batorego. Mimo, że miałem szczerą ochotę iść do wojska, zostałem przekonany przez kolegów, że nie jestem zaasenterowany, bo mnie nie ma liście. Wobec tego wieczorem, wraz z jeszcze dwoma kolegami, wyszedłem dziurą z koszar i poszedłem do domu.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl