Wspomnienia dziadka Ignacego - część II

Spis treści
Wspomnienia dziadka Ignacego - część II
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Wszystkie strony
Wspomnienia dziadka Ignacego

CZĘŚĆ DRUGA

Pewnego razu rodzice gdzieś pojechali, a ja, Antoszka i Józia pozostaliśmy na gospodarce. Nadeszła pora karmienia świń. Jakoś udało się nam wpędzić jedną ze świń do izby. Kiedy skończyła jedzenie wzięliśmy się za wypędzanie jej. Pewnie świnia wyczuła nasze dziecięce niezdecydowanie a może była jeszcze głodna, bo się zbuntowała. Nie chciała wyjść, zaczęła się stawiać do nas i próbowała gryźć. Ze strachu uciekliśmy na piec. Do obrony wzięliśmy leżącą tam łopatę do wkładania chleba do pieca i pociask (rodzaj drewnianej motyki do wygarniania żaru z głębi pieca piekarskiego). Świnia nie przestraszyła się naszej broni i nie pozwalała nam zejść z pieca. Uradziliśmy, że ja z Józią będziemy rzucać kawałki chleba aby odwrócić jej uwagę od poczynań Antoszki, która niepostrzeżenie dla świni przeszła z pieca na ławę, a z niej na następną i wreszcie dopadła drzwi. Myśmy przez cały czas rzucali kawałki chleba.

 Świnia zjadła pół bochenka. Trzymaliśmy ją na tym chlebie, by nie zauważyła Antoszki i nie rzuciła się na nią. Dziewczyna po wydostaniu się na pole zabezpieczyła wolną przestrzeń. Chlewik był tuż za stajnią. Drzwi od chlewika i od stajni były usytuowane prostopadle względem siebie. Antoszka zrobiła zaporę z jakichś cebrów, konwi i jeszcze czegoś, tak by świnia mogła poruszać się tylko tą jedyną drogą. My czekaliśmy niecierpliwie na piecu na jakiś znak od Antoszki, bo brakło nam chleba a świnia miotała się po izbie. Nareszcie Antoszka pootwierała wszystkie drzwi i kazała nam pędzić świnię. Chałupa była zbudowana tak, że drzwi z izby do sieni, z sieni do stajni a ze stajni na pole, usytuowane były w jednej linii. Antoszka pootwierała wszystkie czworo drzwi i uzbroiła się w kij na wypadek gdyby świnia nie chciała iść do chlewika a zaczęła atakować barykadę i trzeba było ją popędzić. Gdy zakrzyknęła:
- Gońcie - my z krzykiem zaczęliśmy wymachiwać naszą bronią, ale już z łóżka, na które przedostaliśmy się. Antoszka wołała:
- ... kuciu... kuciu.. - świnia wypadła z izby i przeskakując progi pognała do chlewika. Po tej akcji całą trójką rozpłakaliśmy się.
Jednej zimy zachorowała nam krowa. Wieczorem przyszedł wiejski weterynarz, Pomykała. Zwierzę wprowadzono do izby, bo w stajni nie można było nic przy niej zrobić. Weterynarz zawiązał wokół jej szyi cienki sznurek i mocno zacisnął. Do nabrzmiałej żyły przyłożył jakieś ostrze, uderzył w nie drewienkiem i z żyły trysnęła krew. Upuścił z półtora litra. Następnie podwinąwszy rękaw koszuli włożył rękę aż po łokieć krowie do odbytu i coś wygarnął. Okropnie to śmierdziało. Po tym wszystkim krowę okryli płachtą i wyprowadzili do stajni. Krowa wyzdrowiała.
Pewnego ranka obudziłem się i zobaczyłem w izbie dużego konia przywiązanego do ławy. To Maciek przyprowadził konia kupionego na targu w Łańcucie.
Zimową porą wpuszczano do izby kury, by je nakarmić. Dodawano im do jedzenia drobno tłuczone kości i szkło. Gdy się najadły, to rozsiadały się na ławie, na łóżku, wyskakiwały na stół i na piec. Było ich pełno wszędzie, a tym samym masa śladów po jedzeniu.

Gdy mrozy były silne, a brakowało drewna na opał, tatuś przywlekał do izby kłodę drewna i tu ją piłowano, a my dzieci, musieliśmy siedzieć na niej i przytrzymywać, by się nie ruszała. Później tatuś rąbał klocki na szczapy. Jeżeli drewno było zbyt mokre, to układano je na piecu, gdzie unoszące się wraz z dymem ciepło przyspieszało proces suszenia.
Sprawianie zabitej świni odbywało się też w izbie. Zabitą świnię oparzano wrzątkiem, a następnie skórę oskrobywano ze szczeciny. Słoninę solono i marynowano a następnie zawieszano na hakach w komorze. Z sadła formowano duże okrągłe plastry, obszywano je w błonę i też zawieszano na hakach. Mamusia odkrawała po kawałeczku słoniny lub sadła
i dodawała do gotującej się kapusty celem omaszczenia jej. Ugotowaną słoninę kroiła w drobną kostkę i dzieliła pomiędzy stołowników. Tatuś, jako ciężko pracujący, dostawał dość duży kawałek. My, dzieci, kłóciliśmy się o większe kawałki. Od czasu do czasu do kapusty mamusia wkładała kawałeczek kiełbasy. Świnię zabijano pod koniec stycznia. Słoniny starczało do późnego lata, kiełbasy też wystarczało na długo. Najwięcej tej spyrki dostawało się nam, gdy przychodzili goście.
Każdego roku rodzice robili zapusty. Niedługo po zabiciu świni spraszali gości. Mamusia gotowała wówczas dwa garnki słoniny, którą goście jedli popijając wódką i jakąś herbatą. My nie byliśmy dopuszczani do stołu, ale na boku mamusia podsuwała nam kawałki spyrki i kiełbasy.
Sadła używano do maszczenia, gdy już nie stało słoniny. Słoninę należało zużyć wcześniej, bo nie można było jej zbyt długo przechowywać. Natomiast sadło utrzymywało się w dobrym stanie rok a nawet i dwa lata. Stare sadło miało bardzo ostry charakterystyczny zapach. Wystarczał malutki kawałeczek w kapuście aby jej nadać wyraźnego aromatu, ale omasta była oczywiście nie wystarczająca.

Dwór właściciela Wesołej i Baryczy był zbudowany na wschodnim skraju wsi; obok przebiegała granica ze wsią Hłudno (wieś ruska). Do pana należał obszar ziemi przyległy do dworu a ciągnący się od wsi Izdebki do gościńca (drogi) przez wieś i wsi Łubno.
Dolina wzdłuż rzeki Baryczki jako najurodzajniejsza i dająca dużo siana należała do majątku dworskiego. Tak samo najurodzajniejszy duży obszar ziemi w Górnej Wesołej należał do dziedzica. Obszar ten do dziś ludzie nazywają "na folwarku", gdyż były tu zabudowania folwarczne. Na ziemi tej pańszczyznę odrabiali przeważnie chłopi z Baryczy.
Reszta obszaru Wesołej podzielona była na pasy szerokości około 40 metrów i długości 2 - 3 kilometrów, ciągnących się od rzeki Baryczki (z wyłączeniem łąk należących do dworu) na północ aż do Ujazdów i tak samo za rzeką po południowej stronie a ciągnących się aż do Izdebek i Golcowej. Każdy taki pas nosił nazwę "grunt". Na takich to gruntach pan osadzał chłopów. Chłop, który uzyskał więcej łask u pana dostawał grunt lepiej położony, a niekiedy nawet i dwa grunty. Chłopom leniwym, co nie wywiązywali się należycie z obowiązków pańszczyźnianych odbierał przydzielone grunty i przenosił ich daleko na skraj wsi lub pod las, gdzie otrzymywali zmniejszoną działkę. Zdarzały się nierzadko przypadki, że dziedzic nabrawszy do kogoś uprzedzenia przydzielał mu od razu taką gorszą działkę. Z takiego to "osadnictwa" powstały przysiółki Ryta Górka, Ujazdy, Magierów.
Chłopi zobowiązani byli do odrabiania pańszczyzny pieszej, ciągłej i oddawania daniny w naturze. Powinnością było oddawanie do dworu nici z włókna lnianego i konopnego. Konopie służyły do wyrobu lin, sznurów, powrozów, postronków do wozów. Włókno lniane przeznaczone było do przędzenia nici, z których tkano materiały. Z grubych materiałów szyto płachty i worki. Chłopi przędli z włókna dworskiego. Każdy musiał oddać wyznaczoną ilość tego włókna i to w dobrym gatunku. Jeżeli chłopu w danym roku len lub konopie nie obrodziły, lub obrodziły w gorszym gatunku, a pańskich brakło to musiał pożyczać lub kupować nawet za ostatni grosz, ale wymagania dworu musiały być spełnione.

Produkty odbierał karbowy (brygadzista - dozorca). Nazwa pochodziła od karbowania na kiju (wycinania) przez dworskiego oficjalistę - analfabetę umownych znaków oznaczających ilości i rodzaje świadczeń. Każdy chłop miał swój kij - kartotekę.
Nie zawsze udawało się osiągnąć wymaganą jakość dostarczanych do dworu produktów. Starano się więc przekupywać dworskich urzędników, w tym wypadku karbowego. Gospodyni odnosząca do dworu daninę wręczała karbowemu podarunek (kurę, jajka) często odbierane domownikom, nawet dzieciom od ust.
Odrabianie pańszczyzny zabierało praktycznie cały dzień tak, że niewiele czasu pozostawało na własne gospodarstwo. Przysposobienie odzieży (szycie, cerowanie), naprawę chodaków odkładano na niedzielne popołudnie.
Wieczorami gospodarze i młodzież wychodzili do karczmy, gdzie mogli potańczyć przy muzyce i popić wódki.
Pan "na Wesołej" był w stosunku do poddanych wszechwładny. To był zły człowiek, bił za lada przewinienie, np. za pozostawienie ziarna w kłosach po wymłóceniu cepami zboża, za przyniesienie gorszego gatunku włókna itp.

Aby utrzymać posłuszeństwo i strach oraz dla ochrony własnej, członków rodziny i majątku dziedzic utrzymywał hajduków. Sprawowali oni funkcje policyjne, ale na rzecz dziedzica. Obok dworu, przy drodze, był murowany areszt. Na górze mieszkali hajducy, w piwnicy więziono zakutych w dyby chłopów. Dziedzic posiadał psy zwane przez miejscowych "wilkołakami". Nocami włóczyły się po wsi i okolicy siejąc strach; był nawet przypadek rozszarpania człowieka w Rytej Górce.

Zawarcie małżeństwa zależało od woli pana. Mógł on nakazać zawarcie małżeństwa bez pytania o zgodę zainteresowanych, nawet wbrew ich woli. Czasami pomagał zakochanemu lub zakochanej nakazując drugiej stronie pojęcie "starającego" się za współmałżonka. Oporni byli źle widziani; parobcy nawet byli wysyłani do wojska.
Ciężkie było życie chłopa pańszczyźnianego w Wesołej. Większość życia trzeba było oddać na usługi dla dworu. Dla siebie i rodziny, a co najważniejsze na obrobienie własnego, przydzielonego mu pola niewiele pozostawało czasu. Pańszczyzna przetrwała do roku 1848.

Tereny Wesołej są mocno pofałdowane, ziemia nieurodzajna, występują rędziny leśne. Do tego dochodził brak wyspecjalizowanych narzędzi rolniczych i niedostateczne nawożenie z powodu niewystarczającej ilości obornika. Toteż efektywność gospodarki rolnej była znikoma a nakład pracy ogromny. Siano czyste żyto, ale zbierano go z domieszką stokłosy. Zbiory były bardzo marne. Ziarno mielono na mąkę, z której wypiekano chleb. Ziemniaki były drobne, ilość ich nie wystarczała na wyżywienie rodziny, dlatego z konieczności uprawiano dużo rzepy, którą następnie suszono na zimę. Pozwalała ona przeżyć głód przednówka.
Po ustabilizowaniu się sytuacji polityczno-gospodarczej w wyniku uwłaszczenia chłopów w 1848 roku w Wesołej jak i prawie we wszystkich wsiach zachodniej i środkowej Galicji powstały karłowate gospodarstwa 2 morgowe i 2-10 morgowe gospodarstwa małorolne. Tylko dziadkowa
i tatowa gospodarka wyjątkowo była większa. Gospodarze dwu pierwszych kategorii gospodarstw nie byli w stanie zapewnić swym rodzinom środków utrzymania; tworzyli w konsekwencji tanią siłę roboczą dla dworu, który formalnie utracił swe prawa nad chłopami.
Po reformie rolnictwo galicyjskie zachowało ekstensywny charakter. Dotyczyło to przede wszystkim gospodarki folwarcznej, a taką prowadził też dziedzic w Wesołej.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl