Wspomnienia dziadka Ignacego - część III

Spis treści
Wspomnienia dziadka Ignacego - część III
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Page 6
Wszystkie strony
Wspomnienia dziadka Ignacego

CZĘŚĆ TRZECIA

Pewnego razu rodzice przywieźli z Dynowa worek białej mąki, tak białej i gładkiej jak aksamit. Spytałem, na jaką to okazję. Mamusia powiedziała, że to na Maryśki wesele. Miałem wówczas 5 lat.
Gdy zbliżył się czas wesela, panna młoda ubrała się jak do kościoła w białą koszulę, gorset aksamitny z cekinami, spódnicę do samej ziemi i buty z cholewami. Dobrała sobie jakąś zamężną kobietę i poszła z nią po wilku:
 - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
 - Witajcie, witajcie - odpowiadali domownicy.
Panna młoda podejmowała pod kolana (obejmowała kolana) wszystkich domowników, poczynając od najstarszego i wypowiadała przy każdym:
- Proszę o błogosławieństwo.
Każdy odpowiadał:
- Niech Pan Bóg błogosławi - i przy tym dawali jakiś prezent na nowe gospodarstwo. Zazwyczaj była to pszenica, ale gdzie niegdzie dawali pieniądze. Pieniądze zbierała panna młoda, a dary rzeczowe towarzysząca jej kobieta, która miała na tę okazję różne torby i woreczki.
Tak też po wilku chodziła i Maryśka.

Kilka dni przed weselem tatuś pojechał na Barycz do szlachtuzu (rzeźni). Przywiózł flaki z dwóch krów. Wysypał to z płachty na środek izby. Strasznie to wyglądało, a jeszcze gorzej śmierdziało, gdyż żołądek i flaki były z całą zawartością. Kobiety te flaki oczyściły z nieczystości, obwarzyły, oskrobały, przygotowały do ostatecznego obgotowania. Pokrojone flaki najpierw gotowano w wodzie, później dosypywano kaszy i zalewano mlekiem. Do tego była jeszcze kapusta, ale to dla tych co wypiją więcej wódki.

Rano w dzień przed weselem do naszego domu przyszli muzykanci: cymbały, skrzypce jedne, skrzypce drugie i basy. Przyszedł pan młody z kilkoma drużbami. Zespół ten chodził na odgrywkę, to jest prosić na wesele. Prosili gospodarzy, prosili też dziewczyny na drużki i kawalerów na drużbów. Najpierw podchodzili pod dom i odgrywali pod oknami, a następnie starszy drużba prosił gospodarzy, aby pozwolili rozweselić ich dom. Jeżeli gospodarze chcieli skorzystać z zaproszenia na wesele, to zapraszali towarzystwo do chaty. Pan młody przyklękając na kolano podejmował wszystkich pod kolana i prosił na wesele. Ta ceremonia trwała tak długo, dopóki proszony nie wyraził zgody. Drużki i drużbów proszono bez tych cerygieli.
Po dogrywce, wieczorem, wszyscy poszli do domu pana młodego, gdzie bawili się, jedli i pili aż do rana. Tę część ceremonii weselnej zwano swaszczyny.
Rano uczestnicy swaszczyn udawali się z panem młodym do domu panny młodej. Przyszły drużki. Po proszonych gości wysyłano drużbów z muzykantami i sprowadzano ich w asyście  muzyki.

Około godziny ósmej uformowany orszak wyruszał do kościoła.
Pochód otwierali muzykanci, a za nimi szła para młodych w otoczeniu drużek i drużbów. Drużbów było tylu, ile było drużek, tak, by mogli stanowić pary. A dalej szli goście weselni.
Przed ślubem młodzi musieli obowiązkowo odbyć spowiedź i przystąpić do komunii świętej. Spowiednikiem musiał być ten sam ksiądz, który miał udzielić sakramentu małżeństwa.
Po ślubie młodzi udawali się do domu panny młodej.
Muzykanci do kościoła nie wchodzili, tylko po podprowadzaniu orszaku pod kościół udawali się do karczmy obok. Powrócili, gdy weselnicy mieli już wychodzić z kościoła.
Młodych do mieszkania nie wpuszczono, musieli się przedtem okupić, naturalnie flaszką wódki, którą wypito na dworze.
Dróżki i drużbowie w czasie marszu do i z kościoła śpiewali różne pieśni indywidualnie i zespołowo.

W izbie goście usadowili się za stołem. Stołem była szeroka decha umocowana na kołkach wbitych w ziemię. Po bokach ustawiono ławy.
Najpierw w obieg dookoła stołu poszła wódka, potem goście wzięli się za jedzenie chleba z masłem. Był to bardzo smaczny biały chleb upieczony z tej białej mąki; upieczono chyba z 50 bochenków. Po takiej przekąsce gospodyni  podała  w dużych miskach flaki z kaszą na mleku. Łyżki były drewniane. Z jednej miski jadło do 10 ludzi. Gospodyni musiała dolewać do misek, aby zawsze były pełne, no bo jak by to wyglądało, gdyby goście drapali łyżkami dno miski. Ludzie by powiedzieli, że na weselu było mało jedzenia. Gospodarz
w tym czasie obchodził stół dookoła i dolewał gościom wódki i piwa zachęcając do jedzenia i picia.
Po skończonym śniadaniu muzykanci ulokowywali się na stole w pobliżu drzwi, wysoko, aby górować nad tańczącymi. Weselni uformowali się do tańca. Najpierw szła para młodych, za nimi starszy drużba ze starszą drużką zwaną swaszką. Oni to prowadzili całe wesele. Następnie szli goście weselni a na końcu domownicy. To był pierwszy obowiązkowy taniec, coś w rodzaju poloneza. Wszyscy chodzili wokół izby w rytm wolnej melodii. Później orkiestra zagrała coś skocznego i tancerze puścili się w wir.

Wraz z innymi dziećmi gości weselnych siedziałem na piecu. Siedzieliśmy jak na galerii w teatrze i wszystko obserwowali. Od czasu do czasu mamusia podawała nam białego chleba i to jeszcze posmarowanego masłem.
Po rozejściu się pierwszego korowodu w kręgu tanecznym pozostawała młodzież, ale czasami zawieruszył się ktoś ze starszych mający już nieco w czubie.

Tańce odbywały się w ten sposób, że przed orkiestrą stawał któryś z drużbów lub gości, wrzucał do basów szóstkę tj. monetę niewielkiej wartości i śpiewał początek jakiejś piosenki. Był to znak, że życzy on sobie by mu zagrać do tańca właśnie tą melodię. Muzykanci podchwytywali melodię, inicjator puszczał się w tan a za nim inni weselnicy dobierając sobie dziewki do tańca. Taniec trwał około 10 minut, po czym muzykanci raptownie urywali granie i czekali na powtórzenie się procedury. I podchodzili następni, wrzucali szóstaka, intonowali melodię i puszczali się w tan. Tak toczyła się zabawa od rana do wieczora i od wieczora do rana. Gdy drużba był nieśmiały, lub nie miał głosu do zaintonowania melodii, dawał pieniądze koledze, który go wyręczał. Dziewka chcąc zatańczyć do taktu swej ulubionej melodii dawała pieniądze drużbie, aby ten zainicjował taniec i tańczył z nią. Muzykanci przy godzeniu ich na wesele nie brali pieniędzy jako wynagrodzenie za granie; zarabiali pobierając opłatę od tańczących za każdy taniec osobno.

W czasie tańców gospodarz krążył wśród weselników częstując ich wódką i piwem. Tańczyła młodzież; starsi kumowie w tym czasie siedzieli za stołem zajadali chleb i popijali. Młodzi nie mieli na tyle odwagi by podejść do stołu i coś przekąsić, toteż szybko się upijali.
Dopiero około 9 wieczorem gospodyni stawiała ponownie na stole miski, rozłożyła łyżki, nakroiła dużą ilość chleba i stawiała masło. Do misek ponalewała flaków na mleku z kaszą. Podała także kapustę. Bardzo smakowała, szczególnie tym co więcej wypili.
I były to już wszystkie potrawy jakie podawano na uczcie weselnej.

Nam mamusia podała miskę flaków, do miski włożyła parę łyżek drewnianych. Każde dostało do ręki po kromce białego chleba z masłem. Dzieci pchały się na wesele by dostać taką porcję specjałów.

Po kolacji z wielkim hukiem i graniem zabrano pannę młodą do komory. Swaszka posadziła ją na stołku, rozplatała warkocze, Tymczasem drużba z drutu zwinął kółko. Z długiej słomy zwinął podobne kółko, połączył je oba w całość i owinął czerwoną szmatą Powstawało coś na kształt obwarzanka. Nazywało się to chemełką. Nałożyli tę chemełkę pannie młodej na głowę, a swaszka z drużką rozdzieliwszy włosy na połowy, owinęły je wokół tej chemełki. Zaczęły owijanie od tyłu, a skończyły z przodu. Teraz to dopiero wyglądało na obwarzanek, grubszy z tyłu a cieńszy z przodu. Cieńszy koniec przywiązała swaszka czerwoną wstążką do włosów. Na chemełkę nałożono czerwony czepek.
Przez cały czas trwania tej ceremonii zwanej oczepinami wszyscy śpiewali a panna młoda płakała.

Atmosfera wesela psuła się, gdy zaczynano podgrzewać potrawy. Trzeba było wówczas palić w piecu, a że chata była kurna, dym rozchodził się po izbie. Zazwyczaj, gdy w izbie nie było ruchu, unosił się on pod powałę, ale w czasie tańców wirujące pary, a szczególnie kobiety szerokimi spódnicami rozwiewały go po całej izbie.
 Dym wpadał w ten wir wypełniając nawet dolną partię izby i dokuczliwie gryzł w oczy. Weselnicy nie zważali na to i uparcie tańczyli. Tylko muzykanci siedzący wysoko grali z zamkniętymi oczami. Nie mieli możliwości ocierać łzawiących oczu, gdyż ręce mieli zajęte instrumentami.

Po południu część gości porozchodziła się do domów, a część starszych i młodzież przysposobiła się odprowadzać pannę młodą do domu pana młodego. Przybywało trzech chłopców na koniach. Trzymali żerdzie, a na nich jedwabne chustki, niby chorągwie i kosze, niby to na wiano panny młodej. Ze śpiewem całe towarzystwo odeszło do domu pana młodego. Rodzice szli z nimi.
W niedzielę po południu ponownie zeszli się weselni na poprawiny, które trwały zwyczajnym trybem, ze śpiewaniem i tańcami, aż do końca wesela, późno wieczorem.

Jedzenie wiejskie było proste i monotonne. Zasadniczym pożywieniem była kapusta i ziemniaki. Jedzono dużo nasion motylkowych - fasoli, grochu, bobu. Do omaszczania potraw używano sadła (słoniny).
Jedzenie gospodyni gotowała rano i to w takiej ilości by wystarczyło dla wszystkich na cały dzień. Zapalała w piecu drewno, garnki ustawiała u wylotu pieca, a gdy było ich więcej ustawiała je również w głębi. Były to garnki żelazne; jeden z ziemniakami dla świń, jeden z ziemniakami dla ludzi i jeden z kapustą. To było codzienne menu. Czasami tylko dostawiano garnek z jakimś innym jadłem. Garnki nakrywało się bryłkami tj. wyszlifowanymi kamiennymi płytkami, spełniającymi rolę pokrywek. Bryłki należało podgrzewać powoli, bo nagłe podgrzanie powodowało ich pękanie.
Wydostające się z pieca płomienie obejmowały ścianki garnków i tak je rozgrzewały doprowadzając do gotowania potrawy.


Jedzenie mamusia gotowała rano i to w takiej ilości by wystarczyło dla całej rodziny na cały dzień.
Na śniadanie, każdego dnia niezmiennie, jedliśmy kapustę z ziemniakami miętymi, czasami zwanymi tłuczonymi. Kapustę maściło się słoniną lub sadłem. W dnie postne lub przy braku słoniny - masłem lub olejem. Maściło się też grochem lub fasolą. A robiło się to tak: gotowało je tak długo, aż się rozgotowały i dawały rozkłócić. Farmuszkę tę wlewano do kapusty i takim to sposobem kapusta stawała się okraszoną czyli omaszczoną.
Czasami na drugie danie były kluski na słodkim mleku lub z serem. Od czasu do czasu była kasza na mleku lub maślance. Jadało się też barszcz z bobem i chlebem. W biedniejszych czasach były tylko ziemniaki z kwaśnym mlekiem.
W okresie dojrzewania jagód (mogły to być czereśnie) lub jabłek, na obiad był specjał zwany pamułą. Pamułę gotowano w ten sposób, że owoce zalane wodą gotowało się aż do ich kompletnego rozgotowania a następnie zagęszczało mąką pszenną i nadal gotowało, aż do zgęstnienia. Pamułę jedliśmy z mlekiem słodkim lub kwaśnym, czasami z serwatką. Gdy gotowanie pamuły zbiegło się z robieniem masła, to jedliśmy ją z maślanką.

W niedziele i święta mamusia gotowała coś smaczniejszego - królika lub pierogi. Pierogi były bardzo duże. Do ciasta zawijano kapustę, ziemniaki, ser, lub ziemniaki z serem. Ja lubiłem te ostatnie, nie znosiłem pierogów z kiszonej kapusty.
Gotowano też kwasówkę. Była to polewka gotowana z kwasu kapuścianego, podprawionego mąką pszenną lub żytnią. Czasami polewkę gotowano z serwatki lub maślanki.
Gdy potrawy były zbyt gorące - mamusia dolewała zimnej wody prosto ze studni.
Chleb pieczono z mąki żytniej, mielonej na żarnach w domu. Piekło się raz w tygodniu 6 bochenków. Biały chleb z mąki pszennej piekło się z okazji uroczystości lub na drogę, gdy komuś z domowników wypadło iść na odpust, na Kalwarię.
I to by był koniec listy potraw, jakie jadłem w dzieciństwie. Można do tego dodać chleb z masłem, serem lub mlekiem, a niekiedy była jajecznica, ale niezmiernie rzadko. Nabiał był przeznaczony na sprzedaż, bo był potrzebny grosz na opędzenie wydatków, opłacenie podatków, kupno odzieży, kucie koni, kupno sprzętu rolniczego.
Mimo, że jedzenie było niewyszukane, nikt z nas nie chorował na żołądek, czuliśmy się zdrowi i silni, a praca w gospodarce wymagała wiele wysiłku.

Po skończonym śniadaniu mamusia zsypywała pozostałe jedzenie z powrotem do garnka. Garnek wstawiała do pieca i obsypywała żarem, aby ciepło utrzymało się do obiadu. Na wieczerzę jedzenie trzeba było odgrzewać lub jeść na zimno. Do podgrzewania nie palono już w piecu. Na polepie rozstawiano trójnóg a na nim garnek. Pod garnkiem rozpalano mały ogień ze specjalnie kutych (struganych) szczypek (drzazg). Na wieczerzę gotowano często zupę ziemniaczaną. Niekiedy gotowano ziemniaki mięte do kwaśnego mleka, co najbardziej lubiłem. Lubiłem ziemniaki rozdrobnione mlekiem.
Oprócz trójnoga mieliśmy jeszcze okrągły żeliwny kociołek na trzech nogach przeznaczony właśnie do gotowania na nalepie. Była jeszcze rynka (mały żeliwny kociołek na trzech nogach o płaskim dnie) służąca do topienia słoniny lub sadła jak również do smażenia jajecznicy, zwanej przez nas jaśnica.

Jedzenie mamusia nalewała do misek glinianych lub blaszanych. Misek blaszanych używano rzadko, gdyż były drogie. W powszechnym użyciu były miski gliniane, a łyżki drewniane. Starsi ludzie mówili, że jedzenie żelazną łyżką nie jest zdrowe. Jedliśmy z jednej miski.
W okresach nasilenia prac polowych na wiosnę i w lecie, pracującym w polu wynosiło się obiad. Pracującym szkoda było czasu na schodzenie do domu na posiłek. Nosiliśmy z mamusią garnki, miski, łyżki i chleb zawinięty w chustę.
W czasie żniw nosiło się dużo jedzenia, bo tatuś najmował nawet dziesięciu żniwiarzy. W okresie sianokosów kosiło ośmiu kosiarzy, bo kosiarze lubili kosić gromadnie.

W czasie wolnym od prac polowych, tatuś woził kamienie na gościniec budowany przez Ujazdy i Wyręby. Kamieniołom znajdował się na skraju naszego gruntu w pobliżu Ujazdów. Rząd austriacki wydzierżawił od nas ten teren celem eksploatacji kamienia. W czasie tych prac nosiłem wraz z Józią obiad tatusiowi do tzw. Skały.
Ziemniaków sadzono bardzo dużo. Musiało ich wystarczyć na wyżywienie ludzi i świń aż do nowych zbiorów. Musiało też wystarczyć na sadzeniaki. Po wykopkach był pełny sklep i jeszcze się pewną ilość kopcowało.
Kapusty kiszono dużo. Kapustę kiszono w całości, bo szatkownicy jako takiej prawie nie znano. Szatkownicę miał tylko proboszcz i żyd w karczmie.
Kapustę po zebraniu z pola obierano tylko z wierzchnich twardych liści. Tak oczyszczone głowy kapusty układano w dobrze napalonym piecu piekarskim, który szczelnie zamykano. Kapusta się zaparzała i miękła. Taką układano warstwami w beczkach przekładając każdą warstwę gałązkami dębowymi z liśćmi, aby kapusta trzymała się twardo (bo dębina zawiera garbnik) i udeptywano. Napełnioną kapustą beczkę zalewano zimną wodą, następnie przykrywano drewnianym denkiem, które dociskano ciężkimi kamieniami. Gospodyni wyjmowała z beczki całą główkę i siekała ją specjalnym tasakiem na specjalnej desce zwanej krajaczką. Z wody zalanej do kiszenia powstawał gęsty, zawiesisty jak oliwa kwas. Z kwasu tego, po rozcieńczeniu wodą gotowało się kwasówkę. W każdą niedzielę kobiety myły tym kwasem głowy. Dawało to ładny połysk i puszystość włosów. Kwasu używano też do tępienia insektów u bydła.

Pęcak (jęczmień obłuszczony z łusek) przygotowywano w domu. Do tego służył przyrząd zwany stępą. Zrobiona ona była z grubej kłody, o średnicy 70 -80 cm i wysokości około 1 m. Dolna połowa tej kłody była cieńsza, bo ociosana. Górna, grubsza część kłody była wydrążona. Tu wsypywało się ziarno. Do otworu tego dopasowany był stąpor, tj. ruchomy klocek z twardego drewna dębowego. Był on umocowany na ośce na końcu około 2 metrowej belki służącej za dźwignię. W połowie swej długości dźwignia ta miała też oś i poruszała się jak huśtawka zrobiona z deski.
Aby „obtłuc” pęcak, przyciskało się nogą wolny koniec dźwigni i stąpor się unosił, zwalniało nogę - stąpor opadał w stępę, uderzając w jęczmień. Było to „deptanie” jedną nogą. Czynność tą trzeba było powtarzać wielokrotnie. Jęczmień musiał być zwilżony, by łuska łatwiej odchodziła od ziarna.

Mąkę mełło się w żarnach codziennie. Żyto musiało być przesuszone na piecu, by łatwiej się mełło. Każdego dnia trzeba było poświęcić każdą wolną chwilę od pracy na mielenie, by zgromadzić wystarczającą ilość mąki na chleb, który musiał wystarczyć na cały tydzień. Wydajność mielenia była bardzo mała, stąd ten nieustający obowiązek mielenia. Przeważnie mełło się we dwoje. Nawet dzieci musiały mleć, a że były małe i nie dostawały do żarnówki - musiały stać na stołku.
Żarnówka był to kij, który się wkładało do kłopotnicy, tj. do otworu deski umocowanej nad żarnami. Było to jedno łożysko, a drugie stanowiło gniazdo wykute w kamieniu żarnowym, w które wkładało się drugi zaostrzony koniec żarnówki. Ruchem kołowym obracało się żarnówkę, a ta wprawiała w ruch obrotowy kamień. Oczywiście, żarna składały się z dwóch kamieni o kształcie koła, z czego górny był przewiercony na wylot. Zboże wsypywano garściami w centralnie umieszczony otwór górnego kamienia. Dzięki specjalnemu nacięciu kamieni, w czasie ruchu obrotowego ziarna zboża przesuwały się między nie i ulegały roztarciu na mąkę, która wysypywała się szczeliną między kamieniami do podstawionej niecki .

Bieliznę prano na dwie raty, rozpoczynano w domu, a kończono w rzece. Koszule, portki, zapaski i spódnice zrobione z grubego płótna najpierw moczono w wodzie. Mydła nie używano. Prano każdego tygodnia. Każde z nas miało tylko dwie zmiany ubrania; gdy jedną się prało, to w drugiej się chodziło. Prane rzeczy były namaczane na całą noc, rano wszystkie te rzeczy rozciągano na ziemi i posypywano popiołem drzewnym. Tak „napopielone” sztuki mamusia skręcała w rulony i wkładała do pieca. Piec musiał być przedtem dobrze nagrzany.
Zazwyczaj wykorzystywano piec zaraz po pieczeniu chleba. Bielizna parzyła się w takim piecu. Czasami bielizny nie parzyło się w piecu, lecz wykorzystywało urządzenie zwane polewaczką.
Polewaczka to było coś w rodzaju beczki stojącej na trzech nogach. W dnie tej beczki była dziura, zatkana równą słomą, spełniającą rolę sitka. Obsypane popiołem rzeczy wkładano do tej beczki i zalewano wrzącą wodą. Następnie wkładało kamienie rozgrzane prawie do czerwoności po to, by woda w beczce przez długi czas wrzała. Przez słomę odsączała się brudna woda. Wyparzoną w piecu lub polewaczce bieliznę wkładano do konewek i niesiono do rzeki.

W rzece prały starsze siostry i mamusia. W zimie nawet wielki mróz nie był w stanie przeszkodzić w praniu w rzece. Praczka ogrzewała kostniejące z mrozu ręce w gorącej bieliźnie, lub w przyniesionej ze sobą w konewce specjalnie do tego celu gorącej wodzie. W miejscu prania, na brzegu rzeki, była przybita deska zwana ławką. Pranie na rzece polegało na tym, że praczka rozciągała praną sztukę bielizny na ławce i biła kijanką polewając cały czas wodą z rzeki. Praczka pobijała bieliznę kijanką na płask i kantem, tak długo aż bielizna zbielała.
Wyprane rzeczy nazywano chustami. Chusty praczka krochmaliła krochmalem ziemniaczanym, wieszała na dworze pod ścianami chałupy. Wisiały tak długo, aż wyschły. Nikt nie ukradł.
W długie zimowe wieczory krewni i sąsiedzi schodzili się na prządki.

Przychodził do nas szwagier Skotnicki, mój chrzestny ojciec Ormian, dziewczęta i chłopcy. Chrzestny zawsze mi coś przynosił, był to albo piątak, albo bombony (cukierki kuliste zawijane w kolorowe papierki), czasami była to jedna lub dwie figi. Józia i Antoszka prosiły bym im dał bombona albo spatrzać (spróbować) figi. Bombona rozgryzałem i dawałem każdej po połowie. Figę dawałem ugryźć, ale bacznie patrzyłem, by nie odgryzły za dużego kawałka. Wolałem sam odgryźć po kawałku i dać im, bo tak było korzystniej, sam kontrolowałem darowaną ilość i smak pozostawał w ustach.
Goście opowiadali bajki i przedziwne historie o strachach.
Każdy przynosił przędziwo tj. włókno lniane do przędzenia. Brali przysiadki tj. kawałek deski z wbitym prostopadle na końcu niej kołku. Na desce się siadało, by ta się nie przewróciła a na kołek nasadzano krążek zwany kądzielą z nawiniętymi nań włóknami lnu przeznaczonymi do uprzędzenia. Uprzędzoną nitkę nawijało się na wrzeciono.
Wszyscy siadali bliżej nalepy gdzie było więcej światła. Oświetlenie dawały palące się na skraju polepy suche brzozowe szczapy.


 
Starsi mężczyźni palili fajki, a tak w ogóle to palenie rozpoczynali mężczyźni powyżej 20. roku życia. Fajka do palenia musiała być odpowiednio przygotowywana. Używano liści tytoniowych zwiniętych jak gdyby w kiełbaski, o długości około 15 cm. Kupowało się je na sztuki. Były to skrętki. Palacz odcinał kawałek skrętki, krajał na drobne kawałki, popluwał nań, by tytoń odpowiednio zwilżyć. Strzępy tytoniu rozcierał w palcach. Tak wymasowanym tytoniem nabijał glinianą fajkę, i wkładał ją do ognia, co nazywało się zapiekaniem fajki. Fajka zapiekała się tak długo, aż tytoń zaczął się żarzyć. Wtedy przymocowywał do niej cybuch i kurzył.
Gliniane fajki były wypalane razem z garnkami przez garncarzy. Palacz trzymał cybuch w zębach i pykał, rozmawiając przez zęby. Dym z fajki był bardzo ostry, nie znosiłem go, a kurzacze chwalili sobie, że fajka bardzo dobrze się zapiekła. Czasami zapalano fajkę bez zapiekania, ale to nie było to samo, nie była tak samo smaczna. Dlatego, gdy się spotkało kilku chłopów to próbowali palić jakiś ogień by zapiec fajki.

Zabobony, wróżby, czary i zapobieganie im było powszechne. Po wsi chodziła pewna baba i opowiadała, jak to czarownice odbierają krowom mleko. Właśnie jej krowę to spotkało, ale ona była  u wróża, i ten jej poradził. Wyjaśnił, że mleko zabiera jej czarownica przez jakiegoś gada. Dał jej ziela, aby je wysuszyła, oraz pouczył co robić dalej. Należało wziąć gliniany garnek, wsypać doń żaru z sosnowego drewna (bo jest w nim smoła, co odpędza „złe” czyli diabła). Na ogień posypać sproszkowane ziele i okadzić dymem całą krowę a najmocniej wymię. To „złe” powinno się pokazać.
I powiadała baba, że gdy tylko skończyła okadzanie zobaczyła, że do stajni lezie żaba. Zabiła ją, a z niej wytrysnęło mleko. Wzięła sierp, nażęła koniczyny i dała krowie. Krowa żarła chciwie i baba już wiedziała, że złe minęło.  I rzeczywiście krowa zaczęła już dawać mleko.

Nie wolno było przeprowadzać dojnej krowy przez końską uprząż, bo po tym mleko się "ciągnie". Zdarzało się to i u nas, że mleko się „ciągło”. Besztano nas za to, że nie pilnujemy i krowy widocznie musiały przejść przez chomąto lub uzdę. Nie myślano nawet, że to może być choroba krowy, lub brak higieny przy udoju.
Na wiosnę, przed pierwszym wypędzeniem bydła na pastwisko, należało podkadzić krowy jakimś zielem święconym na tę okazję w Zielną.
Bywały kobiety, które posądzano o rzucanie uroków.
Chodziła po prośbie Bazia. Przed nią się bardzo strzeżono. Jednego razu przechodziła koło naszego domu. Konie zaprzęgnięte do wozu stały przy oborniku. Tatuś nakładał obornik na wóz, a ona odezwała się do niego:
 - Nakładacie gnój? - i odeszła.
Kiedy wóz był naładowany i trzeba było jechać w pole konie nie ruszyły z miejsca. Tatuś stwierdził, że zostały zauroczone. Coś tam koło nich robił i spluwał, a na koniec kiedy je przeżegnał - ruszyły.
Kiedy nadchodziła sąsiadka, stara Czenczkowa, należało bezwzględnie splunąć, bo mogła coś zaszkodzić.

Z chorobami szło się do znachora, który także zajmował się wróżbiarstwem.
Swój wróż i znachor nigdy nie był taki dobry jak daleki i obcy. Dlatego też chodzono nieraz bardzo daleko do znachorów, którzy mieli dobrą opinię wśród ludu.
Mąż jednej kobiety chorował na suchoty. Ludzie radzili dobrego wróża. Mówili, że on najpierw wszystko powie, jak jest w domu, kto jest w domu, co za choroba, po prostu wszystko widzi.
Babina wzięła z domu wszystko co mogła, bo przecież z pustymi rękami nie pójdzie do wróża - znachora, a w domu było kilkoro dzieci i skrajna nędza.
Ten wróż, jak później ludzie ustalili, to był sprytny chłop. Chałupę miał kurną, bo tylko taka nadawała się do czarów. W powale (suficie) był otwór, którym wydostawał się dym. Wróż ten trzymał czujnego psa. Gdy pies zaszczekał, on albo ktoś z domowników wyglądał z domu zobaczyć kto idzie. Jeżeli to była osoba obca, wróż wyłaził na strych, kładł się przy otworze i podsłuchiwał. Żona jego, lub ktoś wtajemniczony wypytywał przybysza skąd i po co przychodzi, jaka choroba i o wiele innych informacji potrzebnych wróżowi.
Później wkraczał do izby i jako gospodarz witał przybyłego przyjętym zwyczajem i przystępował do wykonywania swej praktyki.

Tak też było z tą babiną. Gdy żona wypytała już
o wszystkie potrzebne informacje, niby to wracając z daleka zjawił się gospodarz. Powitał domowników i gościa, jak było w zwyczaju. Opowiedział jakieś zmyślone zdarzenia, niby to z podróży. Wyciągnął karty i powiada babie, ile ma dzieci, ile mąż ma lat i wszystkie informacje, które od niej wyciągnęła jego żona. Dał jej jakiegoś ziela, aby go gotowała po zachodzie słońca i podawała ten wywar mężowi do picia. Niech pije mleko, ale tylko od czarnej krowy (bo taką baba miała, jak usłyszał), ale to mleko trzeba pić przez cybuch (ustnik fajki), bo to jest choroba płuc, a cybuch ciągnie dym do płuc to pociągnie też zdrowie. Jedno drugie wypędzi.
Kobieta wiele z tego nie rozumiała, ale była zafascynowana cudotwórcą, który tak o wszystkim wiedział, jakby był u niej w domu. Co miała ze sobą, to mu oddała i wyszła z nadzieją, że męża wyleczy. Tamtejsi ludzie powiadali, że to kapitalny oszust, lecz ona nie dawała wiary i świadczyła za nim jakie to prawdy jej powiedział.

Z posługi lekarskiej ludzie korzystali niezwykle rzadko, po pierwsze lekarzowi trzeba było drogo płacić, a i mieszkał on w odległym mieście, zaś znachor był „pod ręką”, a po drugie - tak po prawdzie - ludzie bardziej dowierzali znachorom.
Opowiadali, że jednemu chłopu postawili na brzuchu dwulitrowy gliniany garnek. Widocznie użyto za dużo lnu, bo garnek tak przylgnął, że wciągnął cały brzuch. W żaden sposób nie szło go zdjąć a chłop okropnie gwałtował. Pośpiesznie zaprzęgnięto konie i pognano z nieszczęśnikiem do lekarza. Ten spojrzał, wziął młotek i rozbił garnek. Za posługę "medyczną" kazał sobie słono zapłacić.

Latem najchętniej bawiłem się z dziećmi "na wsi" (tj. na głównej drodze przebiegającej przez wieś). Mieliśmy mały wózek i bawiliśmy się w konie. Jednego razu, a było to w święto Matki Boskiej Zielnej, ganialiśmy z naszym wózkiem "po wsi". Wówczas drogą jechało wiele wozów z ludźmi wracającymi z odpustu w Kalwarii Pacławskiej koło Przemyśla za Sanem. Na Kalwarii było wiele odpustów, ale ten był najważniejszy, toteż ciągnęli nań ludzie ze wszystkich stron. Przez naszą Wesołę szli pątnicy z Baryczy i Gwozdnicy (nie wszyscy jechali na wozach) z chorągwiami kościelnymi, pod którymi gromadzili się pątnicy z tej samej parafii. Przewodnik szedł na czele, śpiewał pobożne pieśni a idący za nim pątnicy powtarzali tylko, bo nie znali słów. Kto miał konie, ten podwoził krewniaków i sąsiadów aż do Sanu, a za trzy dni jechał nad San zabrać ich z powrotem. My, dzieci z niecierpliwością oczekiwaliśmy powrotu pątników, była to niecodzienna atrakcja. Widziało się tyle ładnie udekorowanych furmanek, można się było przejechać kawałek, uczepiwszy zadka wozu. Biegliśmy koło wozu prosząc, by dano nam odpustową kukiełkę (bułeczkę, obwarzanek).
Po powrocie do domu dostałem okropnych boleści. Mamusia jednoznacznie i autorytatywnie postawiła diagnozę, że to uroki, bo sama na własne uszy słyszała jak przejeżdżający ludzie mówili:
- ... jaki to wolny (ładny) chłopiec - a to natychmiast sprowadzało uroki, a szczególnie, gdy dzieckiem zachwycała się kobieta o złym spojrzeniu i widocznie taka baba o mnie mówiła.
Szybko wezwano znachorkę Rózię, która była też wiejską akuszerką, i zorganizowano akcję ratunkową, czyli przystąpiono do odczyniania uroków.

Najpierw kazano mi przygryźć trzykrotnie rąbek koszuli. Potem kazano mi zdjąć tą koszulę i włożono ją w otwór w kamieniu żaren, w który wsypywano ziarno do mielenia.  Dziewięć razy pokręcono kamieniem i wyjęto koszulę, którą ubrałem z powrotem. Siostra Antoszka wzięła lewego buta z cholewą i przyniosła w nim wody z krzyżowej rzeki, tj. z miejsca, gdzie potok wpada do Baryczki. Z tą wodą obeszła trzy razy wozownię, następnie chlusnęła ją na narożnik strzechy. Ściekającą wodę złapała z powrotem do buta. Tej wody dali mi popić trzy łyki, a resztą obmyli mi bolący brzuch. Zabiegami kierowała Rózia. Następnie sama przystąpiła do zabiegów. Wysmarowała mi brzuszek sadłem, wymasowała, przeżegnała i nakryła jakąś czerwoną szmatą. Po tych zabiegach zasnąłem, a kiedy się rano obudziłem czułem się wspaniale. A potem mamusia każdemu opowiadała jak to jakaś baba, co jechała z odpustu, rzuciła na mnie uroki.

W czasie zabawy od innych dziećmi zaraziliśmy się z Józią świerzbem. Mamusia kupiła szarej maści, nasmarowała nas i na szerokiej desce włożyła do pieca piekarskiego zaraz po wyjęciu zeń chleba. Wrzeszczeliśmy wniebogłosy, bo nas piekła maść i upał panujący w piecu. Mamusia nie słuchała naszych protestów, tylko dawała nam zimnej wody do picia. To miało nieco ulżyć naszej doli. Kiedyśmy się dostatecznie wypiekli mamusia nas wykąpała i było po świerzbie. Do lekarza prawie nie chodzono; leczono się w domu.
Siostrze Antoszce sczerwieniał nos i opuchła twarz (była to róża) wezwano krojbabkę (akuszerkę) Rózię. Ta nakryła chorej twarz kawałkiem białego lnianego płótna. Następnie zrobiła z kłaków (włókien) lnianych dziewięć kupek. Przeżegnała je krzyżem i coś tam mamrocząc zapaliła gromnicę. Od niej kolejno pozapalała te kupki kłaków. Palące się włókna ulatywały aż pod powałę. To była dobra wróżba, że choroba minie. O, było by znacznie gorzej dla chorej, gdyby palące się kępki nie uleciały do góry.

Gdy się tatuś podźwignął przy ładowaniu kamieni na wóz i bardzo go bolało w środku, Rózia smarowała mu brzuch, coś tam przy tym mamrocząc. Przygotowała litrowy gliniany garnek. Na brzuchu położyła kępę lnianych kłaków i podpalała ją. Natychmiast przykryła płomień odwróconym dnem do góry garnkiem. Na drugi dzień pacjent był zdrowy i poszedł do roboty.
Innym razem tatusia posunęło w krzyżach. Rózia postawiła mu na plecach szklanki do herbaty taką samą metodą jak garnek na brzuchu. Mamusia napaliła w piecu i tatuś wylazł na gorący zapiecek. Bardzo się wiercił i przewracał z jednego boku na drugi, bo go parzyło, ale się w ostateczności wygrzał i wyzdrowiał.
Często bolał mnie brzuch; uważali, że obtrząsłem sobie żołądek, bo za dużo biegałem. Ustawiano ten żołądek przez masowanie. To smarowanie i masowanie przez mamusię było przyjemne i usuwało ból.


Wieczorami przy przędzeniu młodzi śpiewali, płatali sobie różne figle i podpalali kądziele.
Opowiadano o strachach i diabłach. Było o czym opowiadać, bo okolica nasza była rzeczywiście bardzo „zadiablona”.
W Barci (obszarze koło gościńca Wesoła - Ujazdy) siedział diabeł. Dobrze mu tam było, bo to był głęboki wąwóz, wyżłobiony przez wodę i porośnięty lasem. Barć, bo być może kiedyś, była tu jakaś większa pasieka, zwana przecież ze starosłowiańska barcią.
Jeden chłop (podawali nawet jego nazwisko, miał to być Sowa) wracał w nocy z Ujazdów do Wesołej. Było już dobrze koło północy gdy się znalazł w Barci. Usłyszał w pewnym momencie jakieś głosy. Podobne to było do szwargotu żydowskiego. Spojrzał w stronę skąd dochodziły i zobaczył między drzewami palące się ognisko a przy nim siedzących trzech diabłów w czerwonych portkach. Na drzewie siedziało dalszych trzech, jeden nad drugim. Sowa przeżegnał się i zaczął odmawiać modlitwę. Przy słowie „Jezus” ogień zgasł, a diabły rozpierzchły się po lesie z ogromnym hałasem i trzaskiem łamanych gałęzi.
Rano Sowa poszedł do Sękowskiego, bo to w jego lesie diabły gospodarowały, żeby ten poszedł zobaczyć jakie szkody mogły one mu tam poczynić. Wybrał się Sękowski popatrzeć i przygotować do wywiezienia połamanych drzew, ale na miejscu nic nie znalazł. Nie było nawet śladu po ognisku, tak diabły pozacierały za sobą ślady.

Późno wieczorem wracał Pomykała z Ujazdów, gdzie nieco zasiedział się w gościnie. Dochodząc do Barci zobaczył, jak z lasu wychodzi bardzo duża krowa z ogromnymi rogami. Okropnie ryczała. Na polu Winiarskiego, tuż za Barcią, stały stogi owsa. Była jesień, owies był już zżęty i ustawiony w kopy. Pomykała widzi na własne oczy, jak krowa podchodzi do stogów i rogami wściekle rozrzuca snopy. Rozrzuciła snopy po całym polu. Opowiedział Pomykała Winiarskim co widział i poradził  by poszli w pole i śpiesznie pozbierali snopy, bo zanosi się na deszcz. Wcześnie rano Winiarscy z najętymi dodatkowo dwoma ludźmi z grabiami i widłami poszli na miejsce. Stogi stały nienaruszone, a przecież Pomykała widział na własne oczy, jak je krowa demolowała. Co to była za krowa? Kto pozbierał z pola snopy i ustawił kopy?

Nasłuchałem się o diabłach w Barci, dlatego też kiedy tamtędy przechodziłem, to gorliwie się żegnałem. Pewnego razu rodzice pozostawili mnie w Barci paść bydło. Tam mieliśmy kawałek pola i „krzaki” (tak był zwany mieszany las). Rodzice kończyli prace na innym polu za Barcią. Zrobiło się tak ciemno, że z niewielkiej nawet odległości nawet krowy nie można było dojrzeć. Jakoś pospędzałem bydło do kupy i ze strachem spoglądałem czy z lasu nie wynurza się diabeł. I dopatrzyłem się go na osice, która rosła na pagórku przy drodze. Widzę go jak siedzi na samym wierzchołku drzewa, wierci się i pokazuje w moją stronę. Zacząłem się gorąco modlić i wołać rodziców. Oni nie byli zbyt daleko i słyszeli moje wołania. Odpowiadali mi, że już kończą robotę i za chwilę przyjdą. Gdy szliśmy do domu, starałem się jak najdalej obejść osikę. Na drugi dzień wypadło mi być w pobliżu „diabelskiej” osiki. Diabła już nie było. Wypatrując dokładnie ujrzałem chwiejącą się na wietrze ułamaną starą gałąź. To na niej siedział diabeł.

Dąbrowski, stary gospodarz z Ujazdów powracał z Wesołej do domu. Był słotny i zimny dzień. Jemu nie było zimno, bo co nieco wcześniej wypił. Dojrzał na drodze zmarzniętego ptaszka, podobnego do drozda. Żal mu się nieboraka zrobiło. Łatwo go złapał i wsadził za pazuchę. Przyniósł go Dąbrowski do izby i posadził na piecu by się nieborak ogrzał. Po jakimś czasie zaglądnął do niego i okropnie się zdziwił, bo ptaszek z wdzięczności za przygarnięcie narzygał mu cały piec pszenicy. Z takiej wdzięczności siły nieczystej gospodarz wolał zrezygnować. Wyniósł ptaszka do Barci i posadził na drodze, w tym samym miejscu skąd był go podniósł. Ale cóż? W czasie nieobecności gospodarza spowodowanej koniecznością wynoszenia ptaszka ktoś wyniósł pszenicę z chałupy. Ale kto?
Ludzie tyle się nasłuchali „diabelskich” opowieści, że nie dziwota, iż w każdej sytuacji mogli dojrzeć diabła. A że Barć była trochę tajemnicza, trochę niesamowita, więc mogła w wyobraźni ludu być doskonałym siedliskiem nieczystych mocy z diabłem a może nawet i ich gromadą na czele.

Był rok 1911. Brat Maciek był w Ameryce na zarobku. Jesienią bratowa poprosiła tatusia, by zwiózł jej ziemniaki z pola w Barci. Jesienią dni są krótkie i cały dzień schodzi na bieżących pracach polowych. Ziemniaki zwozi się już po ciemku. Tak też było i u nas.
Tatuś wziął ze sobą Antoszkę i późnym już wieczorem pojechał do Barci. Był u nas wtedy pies zwany Płatkiem. Pobiegł on za wozem. Gdy dojechali do miejsca, Antoszka zobaczyła kota siedzącego na kupie ziemniaków. Pies, jak tylko go zobaczył, czy też wyczuł, natychmiast podwinął ogon i ze skowytem pognał do domu. Antoszka pomyślała, że pewnie to zły i przeżegnała się. Po chwili kot gdzieś zniknął. Gdy już wracali, Antoszka dopatrzyła się kota pod wozem, narobiła krzyku, by tatuś zatrzymał konie, bo ten kot może wpaść pod koła. Gdy przejeżdżali koło figurki Matki Boskiej na brzozie, kot gdzieś zniknął. Kiedy odjechali już daleko od tego miejsca, Antoszka zobaczyła, że pali się ogromny ogień. Że tak było, to prawda, bo Antoszka widziała. Gdzie się tak okropnie paliło w polach? Gdzie się podział kot? Historii Antoszki dowiedziałem się znacznie później, bo nie rozgłaszali tego, by małych dzieci nie straszyć.

Opowiadali też, że jeden z ujazdowskich gospodarzy, Poligaca, pod wieczór wracał pijany z Wesołej do domu. Kiedy mijał Barć ,diabeł opętał go, opanował go obłęd. Zeszedł z drogi (oczywiście Poligaca, nie diabeł) i zaczął błądzić po polach. W tym czasie w tej okolicy na polu pracował Smaroń Wojtek. Gdy Poligaca ujrzał człowieka (Smaronia), zaczął biec do niego chwiejnym krokiem, wymachując jakimś kijem i wrzeszcząc. Smaroń poznał Poligacę, ale przeraził się jego zachowania i uciekł do domu, a tamten został w polach. Rano ludzie znaleźli martwego Poligacę. Leżał z głową zanurzoną w ledwie sączącym się strumyczku. Diabeł go utopił. Człowiek żadną miarą nie mógł by się utopić, tak sam z siebie, w tak znikomej wodzie. W tę noc rozpętała się okropna burza, szalała wichura i lał strumieniami deszcz. To diabły tak się cieszyły z pozyskania jeszcze jednej duszy. Gdzieś po północy wszystko ucichło i niebo się rozgwieździło, ale Poligoca już nie zobaczył słonecznego ranka.

Po mojemu to mogło być tak: spragniony Paligaca napotkał strumyczek, chcąc się napić położył się i tak pił, aż zmorzył go sen i zasnął twardym, upojnym snem. W nocy przyszła ulewa, strumyczek wezbrał i zalał głowę leżącego człowieka topiąc go. Po ustaniu ulewy, wody spłynęły, strumyk powrócił do swego pierwotnego stanu. Zanim ludzie znaleźli denata, zdążył on już wyschnąć z nocnego przemoczenia. Tak by było po mojemu. Ale jak ludzie mieli sobie wytłumaczyć śmierć Poligacy, tym bardziej, że to było w rewirze  diabła z Barci?

Drugi z diabłów, który się niemniej panoszył od poprzedniego, siedział (mieszkał) w Pasiece tj. w miejscu tuż przy drodze publicznej.
Bator wracając dość chwiejnym krokiem do domu, zobaczył siedzącego na środku drogi ładnego kotka. Aktualnie nie mieli w domu kota, postanowił go przygarnąć. Wziął go i schował za pazuchę. Z każdym krokiem ruchy chłopa zaczęły się stawać coraz bardziej ociężałe. Poczuł, że ten kot za pazuchą rośnie. Już go prawie opasał i zaczyna dusić. Bator chciał go wyciągnąć zza pazuchy ale ten się nie dawał. Rozpasał pasek i zaczął go wytrząsać, ale gdzie tam, kot się wczepił pazurami i ani rusz. Nieszczęśnik zlany zimnym potem ze strachu podniósł ręce do nieba i zamknąwszy oczy zaczął śpiewać na całe gardło pieśń kościelną śpiewaną w chwilach wielkiej opresji „Kto się w opiekę odda Panu swemu...” . Gdy otworzył oczy, kota już nie było, a na drodze widniała jakaś plama. Przysięgał Bator, że to była smoła.

Pewien żyd, handlarz-domokrążca skupujący drób, nabiał, skórki królicze, krowy, cielęta , len itp. powracał późnym wieczorem do domu. W Pasiece usłyszał za sobą jakieś odgłosy. Oglądnął się i zobaczył małe cielątko, które biegło za nim i pobekiwało. Złapał to cielę i założył sobie na ramiona, ale z każdym krokiem cielę stawało się coraz cięższe. Żyd od razu zmiarkował, że to pewnie ten diabeł z Pasieki. Chciał to cielę zrzucić z ramion, ale ono się nie daje. Przypomniał sobie żyd kościelną pieśń, której jeszcze jako dziecko nauczył się od katolickich dzieci. Zaśpiewał „Gwiazdo morza, któraś pana swego...” i zaczął biec przez jakieś chaszcze. Cielę zsunęło się z ramion i z wielkim trzaskiem pobiegło w krzaki nad rzeką.
A narobiło hałasu za całe stado. Co to było za cielę?

Ludek wierzył w różne zabobony, a był przy tym bardzo pobożny. Każdy dzień, każdą nową robotę zaczynano „z Bogiem”.
Mówili, że jeżeli ktoś pójdzie spać bez pacierza to w nocy przysiądzie go mocek, może nawet udusić.
Opowiadali, że jednego to mocek przysiadał co noc. Bardzo go to męczyło, i nie pomagało nawet to, że już od południa zażywał coś głębszego na sen. Razu pewnego po zażyciu większej ilości lekarstwa od Icka postanowił mocka przechytrzyć. Kładąc się spać, nakrył się broną z zębami zwróconymi do góry, by na nie mocek się nabił. W nocy przyszedł mocek i odwrócił bronę zębami w dół w stronę ciała śpiącego. Chłop się w porę obudził, narobił krzyku i mocek uciekł.

Do spania musiało się koniecznie rozpiąć guzik pod szyją, by Anioł Stróż nie musiał siedzieć obok śpiącego i czuwać aby ten  się nie udusił.
Przed każdą czynnością żegnano się. Przy drzwiach w każdej izbie wisiała kropielniczka, tj. takie liturgiczne naczyńko z wodą święconą. Była ona przymocowana na takiej wysokości, by wygodnie było do niej sięgać. Wychodzący z domu do pracy, lub wyjeżdżający w podróż, maczali palce i żegnali się.
We wsi był obowiązek pełnienia warty. Warta - byli to dwaj gospodarze zazwyczaj sąsiadujący ze sobą, którzy chodząc w nocy po drodze pełnili służbę wartowniczą we wsi. Mieli za zadanie baczyć, czy gdzie nie widać jakiegoś ognia, czy ktoś nie woła pomocy. Po prostu pilnowali wsi. Wartownicy mieli ze sobą dziada tj. gruby kołek zakończony „głową” wyrzeźbioną na grubszym końcu. Celem dokładniejszego upodobnienia do prawdziwego dziada, głowa miała nalepione włosy, brodę i wąsy. Dziad był przekazywany z domu do domu. Gospodarze po odbyciu nocnej służby posyłali tzn. przenosili go do następnych dwóch domów, których gospodarze winni byli pełnić służbę w następną noc. I tak dalej i dalej krążył dziad po wsi.

Wesoła jako duża wieś była podzielona na dwie części: Górną i Dolną, dlatego co noc chodziły dwie warty, każda w swojej części wsi. Dziad był symbolem obowiązku i władzy. Obowiązek, bo gospodarz któremu posłano dziada nie mógł odmówić pełnienia warty. Władza, bo każdy musiał się podporządkować tym, co mieli ze sobą dziada. Dziad był trudny do podrobienia, bo takim musiał być ze względu na to, że był on legitymacją służbową dla wartowników. Nim to legitymowano się w czasie kontroli przez wójta, czy przez żandarma. Mogło się przecież zdarzyć, że żandarm natknąłby się na dwóch opryszków a ci by się tłumaczyli, że są na warcie. Nie mając dziada, nie mogliby tego udowodnić.

Parę słów o żandarmerii. Wesoła należała do posterunku żandarmerii w Dynowie. Służba żandarmów była bardzo ciężka a dyscyplina bezwzględna. Żandarm wychodząc na służbę musiał być starannie ubrany. Mundur musiał być czysty i wyprasowany, guziki wyglansowane (wyczyszczone) musiały świecić z daleka. Karabin i bagnet błyszczały w słońcu. Buty musiały być wyczyszczone szwarcem (czernidłem) tak, by błyszczały jak lustro. Tylko szwarc dawał skórze obuwia taki połysk, pasta nie, dlatego był rozkaz czyścić jedynie szwarcem zwanym czasami szuwaksem. Szwarc był suchy i należało przed czyszczeniem splunąć nań i tak nawilżony nabrać na mazak, a następnie rozetrzeć na bucie. Oczywiście można było nawilżać wodą, ale plucie było praktyczniejsze.

Żandarm był uzbrojony w karabin z bagnetem, rewolwer i szablę. Na głowie nosił pikelhaubę (hełm) z dużym, błyszczącym mosiężnym orłem austriackim. Będąc na służbie, zawsze szedł środkiem drogi lub ulicy, w zależności gdzie pełnił służbę, w mieście czy na wsi. Wychodząc z posterunku żandarmerii wchodził na środek drogi, tu robił wojskowy zwrot i maszerował wolno w określonym kierunku rozglądając się w różne strony. Trasę miał wyznaczoną w „książce służby”. Nie wolno mu było zboczyć z wyznaczonej trasy, bez naprawdę ważnego powodu. Miał nawet wyznaczone miejsca posiłków i odpoczynku z zaznaczonym czasem. Kontrolujący komendant posterunku lub komendant powiatowy, mógł zawsze znaleźć żandarma w miejscu i czasie określonym w „książce”. Żandarm miał wielką powagę u ludzi. Ja zawsze się bałem żandarmów. Nawet gdy widziałem go z daleka wolałem się schować.
 

Wielką atrakcją w święto kościelne był odpust. Kramarze rozkładali swe kramy pod kościołem. Było co oglądać, były tam obrazki różnych świętych, różańce, książeczki do modlenia, cukierki i zabawki.
Wielce atrakcyjnym świętem było Boże Narodzenie, zwłaszcza Wigilia zwana Wiliją. W dzień wigilijny czyniono różne wróżby. Nas, dzieci, najbardziej interesowało ranne wstawanie. Kto w Wigilię wstanie wcześnie, ten będzie wstawał wcześnie przez cały rok. Oczywiście ja, jako największy śpioch, byłem tym najbardziej zainteresowany. Prosiłem mamusię, by mnie budziła jak najwcześniej. Budziła mnie, gdy było jeszcze ciemno, ale nie na wiele się to zdawało.
W dzień wigilijny obowiązywał wszystkich post. Jadło się tylko śniadanie, na które była cebula smażona na oleju i chleb, a do picia czarna kawa. Do wieczora nie wolno już było nic jeść.
Na wieczerzę gotowało się 12 potraw. Były to: żur owsiany, groch na sucho, fasola, krążki marchwi, kapusta, ziemniaki w mundurkach, pęcak z grzybami, kasza z suszonymi śliwkami, kasza jaglana, czasem placki na kształt pączków, chleb, czosnek, pierogi z kapustą i suszonymi śliwkami.

Gospodarz domu przynosił z kwartę (litr) owsa i wysypywał na środek stołu, a na to kładł trochę siana. Siano to przykrywano białym płótnem jako obrusem. Pod stół kładł siekierę a na niej wiązkę słomianych powróseł używanych do wiązania zżętego zboża. Na ławie przy rogu stołu ustawiał snop zboża, przeważnie pszenicy. Obok snopa gospodyni ustawiała swoją wiązankę ziela, zebranego w lecie i święconego na Zielną 15 sierpnia. Gospodarz koło drzwi stawiał dwie wiązki słomy; jedna słomy prostej a druga zmierzwionej.
Na Wigilię przybywali goście: szwagier Skotnicki z dziećmi, od Sękowskich Walka i Kuby, a w późniejszym czasie siostra Tekla z mężem i dziećmi.

Wieczerzę zaczynano wieczorem, gdy zaświeciły gwiazdy. Po zajęciu miejsc za stołem odmawiało się modlitwę za dusze zmarłych, a następnie dzieliło opłatkiem. Każdy dostawał do ręki cały opłatek. Jeden drugiemu podawał go do ugryzienia z życzeniem „proszę na kolędę”. Potem każdy musiał zjeść ząbek czosnku na pamiątkę napojenia Jezusa Chrystusa octem z żółcią. Potem nastąpiło podawanie potraw. Mamusia nie siadała do stołu, bo przygotowywała potrawy. Na stole leżały opłatki ułożone na krzyż i na nie mamusia stawiała kolejno miski z potrawami. Jeżeli opłatek przykleił się do miski, to oznaczało, że na to, co było w misce będzie urodzaj. Każdej potrawy trzeba było zjeść przynajmniej jedną łyżkę. Bieda była z gotowaną marchwią, bo jej nienawidziłem, ale musiałem zjeść choć jeden krążek.
W czasie jedzenia nie wolno było pić wody, bo by w lecie ptaki zboże wydziobały. Natychmiast po skończonym jedzeniu młodzi, którym było przeznaczone pasienie bydła latem, rzucali się na łyżki i wiązali je sianem. Miało to zapobiegać rozbieganiu się bydła na pastwisku.

Był zwyczaj wróżenia z cebuli. Cebulę przekrawano na pół, oddzielano 12 łupin, bo tyle miesięcy miał rok. W każdą łupinę wsypywano szczyptę soli. Po wieczerzy patrzono ile soku wydzieliło się w której łupinie. Ponieważ każdemu miesiącowi przypisana była inna łupina,, więc od razu widać było, że miesiąc będzie mokry, bo się dużo soku zgromadziło. W innej łupinie nie było soku, a więc było już pewne, że miesiąc ten będzie suchy.

Po skończonej wieczerzy szliśmy na wieczerzę do tych co byli u nas w gościach. Trzeba było obejść i cztery domy nawet i w każdym zjeść 12 potraw. Starszym było może i łatwiej, bo oni pili wódkę.
Po wieczerzy pukało się do świni i pytało:
- Kuciu, kuciu będzie owoc?
Jeśli świnia kwiknęła, to było pewne, że nie będzie urodzaju na owoce. Przeważnie świnia była nakarmiona, więc zachowywała się cicho, to też było pewne, że owoce obrodzą.
Słyszałem jak mówiono, iż w noc wigilijną zwierzęta przemawiają ludzkim głosem. Bardzo chciałem to usłyszeć, ale bałem się wyjść w nocy do stajni, a po drugie, to nie wolno było wstawać od stołu w czasie kolacji.

Choinki nie było u nas w zwyczaju stawiać. Czasami chodziliśmy zaglądać do ludzi, którzy takie choinki w domach przystrajali. Ale, gdy już się zwyczaj rozpowszechnił, była choinka i u nas.
Na drugi dzień, w Szczepana, raniutko wynosiło się z izby siano, owies, słomę. Jednym słowem robiło się porządki. Gdzie były dziewczęta, tam się musiano bardzo spieszyć ze sprzątaniem, bo w każdej chwili mogli wpaść kawalerowie i wziąć się za porządki. Nie dość, że wstyd, to trzeba jeszcze było postawić im wódkę. Takie to były zabawy ludu.
Słomę i siano dawano bydłu, a trochę owsa koniom. Resztą owsa obsypywano drzewa owocowe, by lepiej rodziły. W tym samym celu obwiązywano je powrósłami, które leżały w czasie wigilii pod stołem. Na koniec podawało się koniom i bydłu opłatek z kawałkiem chleba.
W trzeci dzień, na św. Jana ksiądz w kościele do komunii dawał po łyku wina. Ja służąc do mszy nalewałem wina do kielicha.

Dzieci niecierpliwie oczekiwały Nowego Roku. Przygotowywały małe woreczki, ściągane sznurkami do noszenia na szyi. Te woreczki były na pieniądze. Gospodynie piekły dużo szczodraków, takich małych bułeczek z razowej mąki dla dzieci, które odwiedzą dom.
W Nowy Rok wstawaliśmy z Józią o świcie, pośpiesznie ubierali, wieszali na szyi woreczki. Józia zawiązywała na plecy płachtę, w którą można było wkładać otrzymane szczodraki, ja je zbierałem do torby.
Wchodząc do izby mówiło się:
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Na szczęście, na zdrowie, na ten Nowy Rok, kolęda.
Dzieci bardzo się spieszyły, by pędzić do następnego domu, toteż często część życzeń „połykały”. W pośpiechu mówiły:
- Niech będzie Chrystus na ten Nowy Rok.
Gospodarze odpowiadali :
- Witajcie nowoletniki - i zazwyczaj pytali:
-  A czyj ty? - i dawali po szczodraku. Pieniądze dostawało się od krewniaków i bliskich sąsiadów.
Raz z dziećmi zapędziłem się na plebanię, ale gospodyni nic nam nie dała. Wytłumaczyła, że przyszliśmy za późno.

Około dziesiątej ściągaliśmy do domu, i tu następowało liczenie pieniędzy i szczodraków.
Święta Wielkanocne były też bardzo atrakcyjne.
W Wielki Czwartek przestawano dzwonić w kościele. Zamiast dzwonków używano drewnianych kołatek. Kołatka składała się z rękojeści, za którą się trzymało, luźno zawieszonego na osi drewnianego młoteczka i deseczki, w którą przy wymachiwaniu kołatką młoteczek ten uderzał, wydając charakterystyczny głos. Po południu i wieczorem chodziłem razem z innymi chłopcami pod kościół kołatać.

W Wielką Sobotę z rana gospodyni piekła dwa lub trzy wielkie chleby, z białej pszennej mąki, specjalnie kupionej na tę okazję. W blaszance piekła bułkę. Bułka była szczególnie wysoka i ustrojona. Przeznaczona była do święcenia. Następnie gotowała ze dwadzieścia jaj, słoninę i kiełbasę. Jaja trzeba było obłupić ze skorupek, bo by woda święcona nie przeniknęła do środka. Skorupki wynoszono na pole, gdzie miała być sadzona kapusta. Miały ją chronić przed gąsienicami.
Późno po południu wychodziło się do kościoła święcić. Do święcenia był przeznaczony specjalny kosz, którego nie wolno było używać do innych celów. Do kosza wkładało się jajka, ze dwa kilogramy gotowanej słoniny, dwa pęta kiełbasy, osełkę masła, duży ser, wysuszony chrzan, cebulę, czosnek, trochę soli i nóż do krojenia święconego.
Niekiedy trzeba było długo czekać na księdza, ksiądz od rana objeżdżał okoliczne wioski: Ujazdy, Rytą Górkę, Barycz i święcił. Przejeżdżając przez Wesołę zatrzymywał się w miejscach, gdzie zebrało się więcej kobiet i święcił na polu. Powróciwszy na miejsce, święcił w kościele, a w ładną pogodę przed kościołem. Dzieci biegały między koszami patrząc, kto ma największą paskę. Ksiądz przechodził między koszami i kropił święconą wodą.
Po powrocie do domu obchodziło się ze święconym całe obejście gospodarcze po to, aby Pan Bóg zachował je od pożaru. Potem święcone zanosiło do komory. W dniu tym święconego nie wolno było jeść. 
W Poniedziałek Wielkanocny gospodarz brał kropidło i wodę święconą i kropił pole. Dawało to początek „oblewanemu” poniedziałkowi. Oblewali się wszyscy.

Wspomnę przy okazji o sposobach przygotowania włókien do przędzenia. Len i konopie młóci się po zebraniu z pola. Konopie młóci się bez żadnej wstępnej obróbki. Len zaś najpierw się rafluje przez duże drewniane grzebienie, aby oderwać główki nasion, a potem młóci same główki na nasiona.
Łodygi konopi moczono w specjalnych małych stawach. Przykładano je kamieniami by nie wypłynęły na powierzchnię. Po trzech tygodniach wyjmowano i suszono. Przez takie moczenie łodyga próchnieje i paździerze łatwo odchodzą od włókna. Obowiązek moczenia spadał na nas, dzieci.

Len natomiast, po zżęciu rozkłada się na polu, aby deszcze i rosy spowodowały nadgnicie łodyg. Następnie suszy się go na słońcu, a nawet dosusza na piecu. Dobrze wysuszone łodygi lnu czy konopi poddaje się międleniu w międlnicy.
Międlica, to jakby duże nożyce zbite z desek z tym, że dolna część składała się z dwu desek. Między nimi była szpara w którą wchodziła ta górna deska, gdy „nożyce” się zamknęło. Między ramiona tych „nożyc” wkładało się po kilkanaście źdźbeł konopi lub lnu i zamykając je miażdżyło łodygi. Zdrewniałe łodygi kruszyły się i odpadały. Uzyskane włókna czesało się na szczotce. Była to deska z nabitymi gwoździami. Ładne, gładkie i długie włókna były przeznaczone do przędzenia cienkich nici, a zmierzwione i krótkie włókna na grube nici.
Cały dzień wszyscy byli zajęci robotami gospodarskimi a wieczorem siadali do przędzenia. Przędła mamusia i siostry, przędli też tatuś i brat.
Bogaci gospodarze zatrudniali przy robocie parobków i dziewki. Każde z nich dostawało co wieczór dużą kądziel do uprzędzenia.

Odzież w zasadzie była domowego wyrobu. Koszule szyto z cienkiego płótna, portki (spodnie) zaś z grubszego wyrabianego domowym sposobem.
Płótna takie tkali miejscowi tkacze na specjalnie do tego celu robionych warsztatach tkackich. Z płótna szyto rodzaj bluzek tzw. płótnianki zwanych później świtkami. Switka była staropolskim strojem kobiecym.
Noszono też odzież wykonywaną z owczej wełny. Wdziewano (ubierano) też odzież kupną, ale to należało do rzadkości ze względu na ceny.
Na nogi wzuwano (obuwano) chodaki wykonane z surowej skóry zwierzęcej. Bogatsi gospodarze używali chodaków ze skóry garbowanej.
Stroje niedzielne były różnorodne. Starsi ubierali się w samodziałowe stroje z lnianego płótna. Młodsi w stroje częściowo kupne a inni jeszcze mieli odzież fabryczną.

Starsze kobiety ubierały katanki (bluzeczki) z różnokolorowego perkalu, spódnice długie aż do kostek, na nogi buty z cholewami. Wiele kobiet w lecie szło boso.
Młodsze pokolenie a zwłaszcza dziewczęta, ubierały wyszywane koszule kretonowe z fabrycznego płótna. Na to nakładały gorsety wyszywane cekinami. Rękawy koszul były haftowane albo obszyte koronkami. Spódnice były długie, szerokie na sześć półek tj. na sześć szerokości płótna. Do kościoła spódnic takich ubierały trzy a nawet cztery. Zależało to od zasobności lub strojnictwa dziewki. Dołem spódnica obszyta była szeroką na 20 - 30 cm listwą. Listwa ta była nakrochmalona tak mocno, że gdy niewiasta uklękła, to listwa jak obręcz stała wkoło niej. Wyglądało, jakby kobieta klęczała w cebrzyku.
Buty były z cholewami i to dwojakiego rodzaju. Jedne cholewy były sztywne i opasywały sztywno łydki, drugie zaś były z miękkiej skóry i opadały jak miech prawie na kostki, tworząc harmonijki.
Na głowach niewiasty zawiązywały krase (kolorowe) chusty z perkalu. Młodsze modnisie nosiły chusty jedwabne.  I jedne i drugie zarzucały na ramiona chusty z cienkiego materiału w lecie dla ozdoby, a zimie wełniane do opatulania się przed zimnem.
Na szyje kobiety zakładały sznury czerwonych korali; im więcej sznurów tym wyglądało strojniej.

Mężczyźni ubierali białe koszule z płótna fabrycznego lub tkanego domowym sposobem. Kawalerowie nosili koszule kartonowe. Kołnierz i oszywki u rękawów jak też pazucha (pacha, pod pachą) były naszywane szlarkami i koronkami. Mężczyźni nie wkładali koszul w spodnie, tylko nosili je po wierzchu przepasane pasami. Gospodarze opasywali się pasami szerokimi na 20 - 30 cm, zaś młodzi używali pasów wąskich. Pas gospodarski był z czystej skóry szerokiej na 60 cm i złożonej na pół wzdłużnie. Pas taki służył jako schowek na pieniądze zamiast sakiewki. Tatuś miał dwa pasy. Jeden, trochę węższy, ubierał do roboty, a drugi, znacznie szerszy, czerwony, używany był do paradnego wyjścia do kościoła, na wesele, do miasta itp. Buty męskie nie różniły się od kobiecych.

Spodnie szyto z białego płótna fabrycznego lub domowego. Nogawki były szerokie i zachodziły do połowy cholew. Dołem nogawki spodni były ozdabiane. Tatuś do roboty nosił portki z płótna zgrzebnego. Natomiast portki świąteczne szyto z białego płótna, takiego z jakiego teraz szyje się kalesony. Doły nogawek obszywano koronkami.
Mężczyźni na głowach nosili słomiane kapelusze własnego wyrobu. Wybierano dojrzalszego żyta źdźbła proste i bez kolanek. Do tych źdźbeł napuszczało się trochę śliny by zmiękły. Z sześciu źdźbeł splatało płaski warkoczyk. Warkoczyki te zszywano na kształt kapelusza. Kapelusz ozdabiano kupowanymi na targu wstążkami, świecidełkami i paciorkami. Taki kapelusz ubierało się tylko do kościoła. Kiedy kapelusz się postarzał ubierano go do roboty.

Biedniejsi chłopcy do kościoła ubierali bluzy swych tatusiów lub starszych braci, tak samo z butami a w lecie chodzili na bosaka. Tatusiowa kapota sięgała nieraz poniżej kolan a rękawy trzeba było zawijać do połowy. Zazwyczaj butów w domu nie wystarczało dla wszystkich, dlatego w razie potrzeby domownicy z butów korzystali na zmianę. Zdarzało się nawet pożyczanie butów od zamożniejszych sąsiadów. Buty były bardzo drogie. Robiono je z dobrej skóry i służyły przez parę lat. Dlatego dla dzieci robiono buty „na wyrost”. Były tylko buty z cholewami, w trzewikach nie chodzono.


Jak już wspomniałem, ziemia w Wesołej była podzielona na grunta. Na takim gruncie gospodarował mój dziadek, Antoni Krowiak, urodzony między rokiem 1790 a 1798. Grunt jego obejmował 27 mórg austriackich (jedna morga równa była około pół hektara) pól ornych i lasu rosnącego w północnej części gruntu, w pobliżu Ujazdów, do których te pola, poczynając od środka wsi, sięgały.
Żona dziadka, a moja babka, pochodziła z rodu Paligoców z Ujazdów.
Dziadek prowadził średniozamożne gospodarstwo. Miał dwóch synów, starszego Franciszka i młodszego Grzegorza - mojego ojca, który był najmłodszym z rodu. Miał też dwie córki, z których jedna wyszła za Sękowskiego a druga, chroma, Kaśka żyła przy braciach. Franciszek ożenił się pierwszy i pobudował sobie osobny dom.

Dziadek zmarł nagle w wieku około 50 lat, gdy mój ojciec miał dwa latka. Zmarł w stajni przy zaprzęganiu koni, którymi miał jechać odrabiać pańszczyznę. W domu zapanowała bieda; zabrakło gospodarza a tu trzeba było jeszcze odrabiać pańszczyznę. Kiedy pańszczyznę zniesiono, mój ojciec miał 5 lat (urodzony 13 marca 1843 roku, zmarł 17 lutego 1923 roku).
Mimo, że pola było dużo, bieda była ogromna. Babka nie była w stanie obrobić go i utrzymać rodzinę. Po śmierci dziadka grunt podzielono na połowę z tym, że około 3 morgi wydzielono dla sióstr. Dla obydwóch braci wypadło po około 12 mórg. Babka uprawiała ziemię mego ojca, który pozostawał przy niej, jako nieletni. Do uprawy roli zaprzęgała w parze konia i krowę, gdyż więcej inwentarza nie była w stanie wyżywić, dlatego niewiele pola mogła uprawić.

W roku 1848 przez Wesołą przeszły wojska moskiewskie (rosyjskie), które szły na pomoc Austrii przeciwko zbuntowanym Węgrom. Przez wieś ciągnęli parę dni, tu też kwaterowali. Rabowali co się podwinęło pod rękę: bydło, żywność, odzież. Babka wraz z pięcioletnim dzieckiem zabrała cały dobytek (krowę, konia, około 25 kilogramów żyta, dwa litry mąki, i trochę ziemniaków w koszyk) i opuściła dom.
Pierwszą dobę spędziła w Bani, drugą w Debrzy a trzecią w Barci. Były to miejsca zagłębione pośród wzgórz, oddalone od wsi, porośnięte drzewami i krzewami - dawały schronienie, z którego ludność korzystała od wieków w czasach zagrożenia. Po powrocie do domu zastali tam wielkie zniszczenia. Nastał okropny głód. Babka zamiast chleba z mąki piekła jakieś placki z liści i pokrzyw.

Do szkół mój ojciec nie chodził. Ciężkie warunki domowe zmusiły go do pracy. Już od najmłodszych lat musiał zająć się gospodarką. A może i szkoły nie było?
Gdy dorósł lat wojskowych zabrali go do wojska. Syn biednej wdowy nie mógł liczyć na wykupienie od służby, musiał odsłużyć parę lat. Służył w pułku Landwehrów w Krośnie i Sanoku. Brał udział w wojnie Austrii przeciwko Prusom. Był w bitwie pod Königretz i Sadową w Czechach.

Służba w wojsku austriackim była ciężka a wyżywienie marne. Rano wydawano czarną kawę, na obiad zupę i bochenek chleba na dwa dni. Chleb tzw. komiśniak pieczono jedynie dla wojska. Na froncie nie było jeszcze w użyciu kuchni polowych. Żołnierzom wydawano mięso i produkty w stanie surowym. Każdy żołnierz gotował sobie sam w kociołku. Bywało, że gdy na postoju żołnierze przystępowali do gotowania nadchodził rozkaz wymarszu. Trzeba było wtedy bądź jeść nie dogotowane, bądź zabierać ze sobą i dogotowywać na następnym postoju.
Strzelano z karabinów do których trzeba było patrony odgryzać zębami. Toteż do wojska między innymi kwalifikowano ludzi ze zdrowymi zębami.
Ojciec powracając z wojska przywiózł ze sobą bluzę wojskową z siwego sukna i czerwonymi naszywkami na rękawach. Był odznaczony dwoma medalami z wizerunkiem cesarza Franciszka Józefa za chwalebną służbę. Ubierał tą bluzę przy uroczystych okazjach. Austriackich żołnierzy odznaczonych medalami było niewielu. Po śmierci został pochowany w tej bluzie z przypiętymi na piersi medalami.
Po powrocie ojca z wojska rodzice pobrali się (10.11.1869 roku). Matka, Magdalena Barnuś urodziła się w roku 1850 (zmarła 27.07.1937 roku).

Dziadek ze strony matki, Wojciech Barnuś, przez długie lata był wójtem. Za czasów pańszczyzny w dworskim lesie ktoś wyciął drzewa bukowe. Skarga trafiła do pana, że to zrobił Wojtek Barnuś. Pan rozkazał sprowadzić dziadka do dworu i skazał go na 25 batów, nie zważając na jego urząd.
Babka ze strony matki pochodziła z domu Potocznych ze wsi Izdebki.
Rodzice zaraz po ślubie przystąpili do przebudowy domu. Powyżej starej chaty postawili nową kurną chatę składającą się z izby, komory, sieni i stajni. Dom zbudowano na pochyłości. Południowa ściana ustawiona była na podmurowanych słupkach wysokości człowieka. Ojciec i matka nocami nawozili ziemię by wyrównać teren i utworzyć równy taras. Pracowali nocami, bo dzień mieli zajęty pracami rolnymi.
Później wybudowali boisko (stodołę) i wozownię z drewna pochodzącego ze starej chałupy, i piwnicę z kamienia zwaną sklepem.
W tej chacie ja się urodziłem 25 kwietnia 1897 roku (ale zapisali mi 27 kwietnia) jako ostatnie dziecko Magdaleny i Grzegorza Krowiaków.
Rodzice byli prawie niepiśmienni. Do oświaty nie przykładano wagi. Chłop nie powinien był się uczyć - tak uważali ci, co o losie chłopskim stanowili.
Rodzice moi mieli liczne potomstwo; urodziło się nas dwanaścioro z czego przeżyło siedmioro:
1. Katarzyna, ur. 1870 r., zm. w 1964 r. przeżywszy 94 lata;
2. Maria, ur. 27.10.1878 r., zm. 26.06.1965 r. przeżywszy 87 lat ;
3.Tekla,  ur. 15.03.1880 r., zm. w 1960 r. przeżywszy 80 lat ;
4. Maciej, ur. 23.02.1883 r., zginął? zaginął? na I Wojnie Światowej;
5. Antonina, ur. 3.09.1890 r., zm. w 1975 r. przeżywszy 85 lat ;
6. Józefa, ur. 9.01.1895 r., zm. w 1942 r. na gruźlicę;
7. Ignacy, ur. 27.04.1897 r. - piszący ten pamiętnik, liczący aktualnie
    99 lat.

 

Odcinek poprzedni - cz. II
Odcinek następny - cz. IV

Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl