Wspomnienia dziadka Ignacego - część III - Strona 2

Spis treści
Wspomnienia dziadka Ignacego - część III
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Page 6
Wszystkie strony

Jedzenie mamusia gotowała rano i to w takiej ilości by wystarczyło dla całej rodziny na cały dzień.
Na śniadanie, każdego dnia niezmiennie, jedliśmy kapustę z ziemniakami miętymi, czasami zwanymi tłuczonymi. Kapustę maściło się słoniną lub sadłem. W dnie postne lub przy braku słoniny - masłem lub olejem. Maściło się też grochem lub fasolą. A robiło się to tak: gotowało je tak długo, aż się rozgotowały i dawały rozkłócić. Farmuszkę tę wlewano do kapusty i takim to sposobem kapusta stawała się okraszoną czyli omaszczoną.
Czasami na drugie danie były kluski na słodkim mleku lub z serem. Od czasu do czasu była kasza na mleku lub maślance. Jadało się też barszcz z bobem i chlebem. W biedniejszych czasach były tylko ziemniaki z kwaśnym mlekiem.
W okresie dojrzewania jagód (mogły to być czereśnie) lub jabłek, na obiad był specjał zwany pamułą. Pamułę gotowano w ten sposób, że owoce zalane wodą gotowało się aż do ich kompletnego rozgotowania a następnie zagęszczało mąką pszenną i nadal gotowało, aż do zgęstnienia. Pamułę jedliśmy z mlekiem słodkim lub kwaśnym, czasami z serwatką. Gdy gotowanie pamuły zbiegło się z robieniem masła, to jedliśmy ją z maślanką.

W niedziele i święta mamusia gotowała coś smaczniejszego - królika lub pierogi. Pierogi były bardzo duże. Do ciasta zawijano kapustę, ziemniaki, ser, lub ziemniaki z serem. Ja lubiłem te ostatnie, nie znosiłem pierogów z kiszonej kapusty.
Gotowano też kwasówkę. Była to polewka gotowana z kwasu kapuścianego, podprawionego mąką pszenną lub żytnią. Czasami polewkę gotowano z serwatki lub maślanki.
Gdy potrawy były zbyt gorące - mamusia dolewała zimnej wody prosto ze studni.
Chleb pieczono z mąki żytniej, mielonej na żarnach w domu. Piekło się raz w tygodniu 6 bochenków. Biały chleb z mąki pszennej piekło się z okazji uroczystości lub na drogę, gdy komuś z domowników wypadło iść na odpust, na Kalwarię.
I to by był koniec listy potraw, jakie jadłem w dzieciństwie. Można do tego dodać chleb z masłem, serem lub mlekiem, a niekiedy była jajecznica, ale niezmiernie rzadko. Nabiał był przeznaczony na sprzedaż, bo był potrzebny grosz na opędzenie wydatków, opłacenie podatków, kupno odzieży, kucie koni, kupno sprzętu rolniczego.
Mimo, że jedzenie było niewyszukane, nikt z nas nie chorował na żołądek, czuliśmy się zdrowi i silni, a praca w gospodarce wymagała wiele wysiłku.

Po skończonym śniadaniu mamusia zsypywała pozostałe jedzenie z powrotem do garnka. Garnek wstawiała do pieca i obsypywała żarem, aby ciepło utrzymało się do obiadu. Na wieczerzę jedzenie trzeba było odgrzewać lub jeść na zimno. Do podgrzewania nie palono już w piecu. Na polepie rozstawiano trójnóg a na nim garnek. Pod garnkiem rozpalano mały ogień ze specjalnie kutych (struganych) szczypek (drzazg). Na wieczerzę gotowano często zupę ziemniaczaną. Niekiedy gotowano ziemniaki mięte do kwaśnego mleka, co najbardziej lubiłem. Lubiłem ziemniaki rozdrobnione mlekiem.
Oprócz trójnoga mieliśmy jeszcze okrągły żeliwny kociołek na trzech nogach przeznaczony właśnie do gotowania na nalepie. Była jeszcze rynka (mały żeliwny kociołek na trzech nogach o płaskim dnie) służąca do topienia słoniny lub sadła jak również do smażenia jajecznicy, zwanej przez nas jaśnica.

Jedzenie mamusia nalewała do misek glinianych lub blaszanych. Misek blaszanych używano rzadko, gdyż były drogie. W powszechnym użyciu były miski gliniane, a łyżki drewniane. Starsi ludzie mówili, że jedzenie żelazną łyżką nie jest zdrowe. Jedliśmy z jednej miski.
W okresach nasilenia prac polowych na wiosnę i w lecie, pracującym w polu wynosiło się obiad. Pracującym szkoda było czasu na schodzenie do domu na posiłek. Nosiliśmy z mamusią garnki, miski, łyżki i chleb zawinięty w chustę.
W czasie żniw nosiło się dużo jedzenia, bo tatuś najmował nawet dziesięciu żniwiarzy. W okresie sianokosów kosiło ośmiu kosiarzy, bo kosiarze lubili kosić gromadnie.

W czasie wolnym od prac polowych, tatuś woził kamienie na gościniec budowany przez Ujazdy i Wyręby. Kamieniołom znajdował się na skraju naszego gruntu w pobliżu Ujazdów. Rząd austriacki wydzierżawił od nas ten teren celem eksploatacji kamienia. W czasie tych prac nosiłem wraz z Józią obiad tatusiowi do tzw. Skały.
Ziemniaków sadzono bardzo dużo. Musiało ich wystarczyć na wyżywienie ludzi i świń aż do nowych zbiorów. Musiało też wystarczyć na sadzeniaki. Po wykopkach był pełny sklep i jeszcze się pewną ilość kopcowało.
Kapusty kiszono dużo. Kapustę kiszono w całości, bo szatkownicy jako takiej prawie nie znano. Szatkownicę miał tylko proboszcz i żyd w karczmie.
Kapustę po zebraniu z pola obierano tylko z wierzchnich twardych liści. Tak oczyszczone głowy kapusty układano w dobrze napalonym piecu piekarskim, który szczelnie zamykano. Kapusta się zaparzała i miękła. Taką układano warstwami w beczkach przekładając każdą warstwę gałązkami dębowymi z liśćmi, aby kapusta trzymała się twardo (bo dębina zawiera garbnik) i udeptywano. Napełnioną kapustą beczkę zalewano zimną wodą, następnie przykrywano drewnianym denkiem, które dociskano ciężkimi kamieniami. Gospodyni wyjmowała z beczki całą główkę i siekała ją specjalnym tasakiem na specjalnej desce zwanej krajaczką. Z wody zalanej do kiszenia powstawał gęsty, zawiesisty jak oliwa kwas. Z kwasu tego, po rozcieńczeniu wodą gotowało się kwasówkę. W każdą niedzielę kobiety myły tym kwasem głowy. Dawało to ładny połysk i puszystość włosów. Kwasu używano też do tępienia insektów u bydła.

Pęcak (jęczmień obłuszczony z łusek) przygotowywano w domu. Do tego służył przyrząd zwany stępą. Zrobiona ona była z grubej kłody, o średnicy 70 -80 cm i wysokości około 1 m. Dolna połowa tej kłody była cieńsza, bo ociosana. Górna, grubsza część kłody była wydrążona. Tu wsypywało się ziarno. Do otworu tego dopasowany był stąpor, tj. ruchomy klocek z twardego drewna dębowego. Był on umocowany na ośce na końcu około 2 metrowej belki służącej za dźwignię. W połowie swej długości dźwignia ta miała też oś i poruszała się jak huśtawka zrobiona z deski.
Aby „obtłuc” pęcak, przyciskało się nogą wolny koniec dźwigni i stąpor się unosił, zwalniało nogę - stąpor opadał w stępę, uderzając w jęczmień. Było to „deptanie” jedną nogą. Czynność tą trzeba było powtarzać wielokrotnie. Jęczmień musiał być zwilżony, by łuska łatwiej odchodziła od ziarna.

Mąkę mełło się w żarnach codziennie. Żyto musiało być przesuszone na piecu, by łatwiej się mełło. Każdego dnia trzeba było poświęcić każdą wolną chwilę od pracy na mielenie, by zgromadzić wystarczającą ilość mąki na chleb, który musiał wystarczyć na cały tydzień. Wydajność mielenia była bardzo mała, stąd ten nieustający obowiązek mielenia. Przeważnie mełło się we dwoje. Nawet dzieci musiały mleć, a że były małe i nie dostawały do żarnówki - musiały stać na stołku.
Żarnówka był to kij, który się wkładało do kłopotnicy, tj. do otworu deski umocowanej nad żarnami. Było to jedno łożysko, a drugie stanowiło gniazdo wykute w kamieniu żarnowym, w które wkładało się drugi zaostrzony koniec żarnówki. Ruchem kołowym obracało się żarnówkę, a ta wprawiała w ruch obrotowy kamień. Oczywiście, żarna składały się z dwóch kamieni o kształcie koła, z czego górny był przewiercony na wylot. Zboże wsypywano garściami w centralnie umieszczony otwór górnego kamienia. Dzięki specjalnemu nacięciu kamieni, w czasie ruchu obrotowego ziarna zboża przesuwały się między nie i ulegały roztarciu na mąkę, która wysypywała się szczeliną między kamieniami do podstawionej niecki .

Bieliznę prano na dwie raty, rozpoczynano w domu, a kończono w rzece. Koszule, portki, zapaski i spódnice zrobione z grubego płótna najpierw moczono w wodzie. Mydła nie używano. Prano każdego tygodnia. Każde z nas miało tylko dwie zmiany ubrania; gdy jedną się prało, to w drugiej się chodziło. Prane rzeczy były namaczane na całą noc, rano wszystkie te rzeczy rozciągano na ziemi i posypywano popiołem drzewnym. Tak „napopielone” sztuki mamusia skręcała w rulony i wkładała do pieca. Piec musiał być przedtem dobrze nagrzany.
Zazwyczaj wykorzystywano piec zaraz po pieczeniu chleba. Bielizna parzyła się w takim piecu. Czasami bielizny nie parzyło się w piecu, lecz wykorzystywało urządzenie zwane polewaczką.
Polewaczka to było coś w rodzaju beczki stojącej na trzech nogach. W dnie tej beczki była dziura, zatkana równą słomą, spełniającą rolę sitka. Obsypane popiołem rzeczy wkładano do tej beczki i zalewano wrzącą wodą. Następnie wkładało kamienie rozgrzane prawie do czerwoności po to, by woda w beczce przez długi czas wrzała. Przez słomę odsączała się brudna woda. Wyparzoną w piecu lub polewaczce bieliznę wkładano do konewek i niesiono do rzeki.

W rzece prały starsze siostry i mamusia. W zimie nawet wielki mróz nie był w stanie przeszkodzić w praniu w rzece. Praczka ogrzewała kostniejące z mrozu ręce w gorącej bieliźnie, lub w przyniesionej ze sobą w konewce specjalnie do tego celu gorącej wodzie. W miejscu prania, na brzegu rzeki, była przybita deska zwana ławką. Pranie na rzece polegało na tym, że praczka rozciągała praną sztukę bielizny na ławce i biła kijanką polewając cały czas wodą z rzeki. Praczka pobijała bieliznę kijanką na płask i kantem, tak długo aż bielizna zbielała.
Wyprane rzeczy nazywano chustami. Chusty praczka krochmaliła krochmalem ziemniaczanym, wieszała na dworze pod ścianami chałupy. Wisiały tak długo, aż wyschły. Nikt nie ukradł.
W długie zimowe wieczory krewni i sąsiedzi schodzili się na prządki.

Przychodził do nas szwagier Skotnicki, mój chrzestny ojciec Ormian, dziewczęta i chłopcy. Chrzestny zawsze mi coś przynosił, był to albo piątak, albo bombony (cukierki kuliste zawijane w kolorowe papierki), czasami była to jedna lub dwie figi. Józia i Antoszka prosiły bym im dał bombona albo spatrzać (spróbować) figi. Bombona rozgryzałem i dawałem każdej po połowie. Figę dawałem ugryźć, ale bacznie patrzyłem, by nie odgryzły za dużego kawałka. Wolałem sam odgryźć po kawałku i dać im, bo tak było korzystniej, sam kontrolowałem darowaną ilość i smak pozostawał w ustach.
Goście opowiadali bajki i przedziwne historie o strachach.
Każdy przynosił przędziwo tj. włókno lniane do przędzenia. Brali przysiadki tj. kawałek deski z wbitym prostopadle na końcu niej kołku. Na desce się siadało, by ta się nie przewróciła a na kołek nasadzano krążek zwany kądzielą z nawiniętymi nań włóknami lnu przeznaczonymi do uprzędzenia. Uprzędzoną nitkę nawijało się na wrzeciono.
Wszyscy siadali bliżej nalepy gdzie było więcej światła. Oświetlenie dawały palące się na skraju polepy suche brzozowe szczapy.



 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl