Wspomnienia dziadka Ignacego - część III - Strona 3

Spis treści
Wspomnienia dziadka Ignacego - część III
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Page 6
Wszystkie strony
 
Starsi mężczyźni palili fajki, a tak w ogóle to palenie rozpoczynali mężczyźni powyżej 20. roku życia. Fajka do palenia musiała być odpowiednio przygotowywana. Używano liści tytoniowych zwiniętych jak gdyby w kiełbaski, o długości około 15 cm. Kupowało się je na sztuki. Były to skrętki. Palacz odcinał kawałek skrętki, krajał na drobne kawałki, popluwał nań, by tytoń odpowiednio zwilżyć. Strzępy tytoniu rozcierał w palcach. Tak wymasowanym tytoniem nabijał glinianą fajkę, i wkładał ją do ognia, co nazywało się zapiekaniem fajki. Fajka zapiekała się tak długo, aż tytoń zaczął się żarzyć. Wtedy przymocowywał do niej cybuch i kurzył.
Gliniane fajki były wypalane razem z garnkami przez garncarzy. Palacz trzymał cybuch w zębach i pykał, rozmawiając przez zęby. Dym z fajki był bardzo ostry, nie znosiłem go, a kurzacze chwalili sobie, że fajka bardzo dobrze się zapiekła. Czasami zapalano fajkę bez zapiekania, ale to nie było to samo, nie była tak samo smaczna. Dlatego, gdy się spotkało kilku chłopów to próbowali palić jakiś ogień by zapiec fajki.

Zabobony, wróżby, czary i zapobieganie im było powszechne. Po wsi chodziła pewna baba i opowiadała, jak to czarownice odbierają krowom mleko. Właśnie jej krowę to spotkało, ale ona była  u wróża, i ten jej poradził. Wyjaśnił, że mleko zabiera jej czarownica przez jakiegoś gada. Dał jej ziela, aby je wysuszyła, oraz pouczył co robić dalej. Należało wziąć gliniany garnek, wsypać doń żaru z sosnowego drewna (bo jest w nim smoła, co odpędza „złe” czyli diabła). Na ogień posypać sproszkowane ziele i okadzić dymem całą krowę a najmocniej wymię. To „złe” powinno się pokazać.
I powiadała baba, że gdy tylko skończyła okadzanie zobaczyła, że do stajni lezie żaba. Zabiła ją, a z niej wytrysnęło mleko. Wzięła sierp, nażęła koniczyny i dała krowie. Krowa żarła chciwie i baba już wiedziała, że złe minęło.  I rzeczywiście krowa zaczęła już dawać mleko.

Nie wolno było przeprowadzać dojnej krowy przez końską uprząż, bo po tym mleko się "ciągnie". Zdarzało się to i u nas, że mleko się „ciągło”. Besztano nas za to, że nie pilnujemy i krowy widocznie musiały przejść przez chomąto lub uzdę. Nie myślano nawet, że to może być choroba krowy, lub brak higieny przy udoju.
Na wiosnę, przed pierwszym wypędzeniem bydła na pastwisko, należało podkadzić krowy jakimś zielem święconym na tę okazję w Zielną.
Bywały kobiety, które posądzano o rzucanie uroków.
Chodziła po prośbie Bazia. Przed nią się bardzo strzeżono. Jednego razu przechodziła koło naszego domu. Konie zaprzęgnięte do wozu stały przy oborniku. Tatuś nakładał obornik na wóz, a ona odezwała się do niego:
 - Nakładacie gnój? - i odeszła.
Kiedy wóz był naładowany i trzeba było jechać w pole konie nie ruszyły z miejsca. Tatuś stwierdził, że zostały zauroczone. Coś tam koło nich robił i spluwał, a na koniec kiedy je przeżegnał - ruszyły.
Kiedy nadchodziła sąsiadka, stara Czenczkowa, należało bezwzględnie splunąć, bo mogła coś zaszkodzić.

Z chorobami szło się do znachora, który także zajmował się wróżbiarstwem.
Swój wróż i znachor nigdy nie był taki dobry jak daleki i obcy. Dlatego też chodzono nieraz bardzo daleko do znachorów, którzy mieli dobrą opinię wśród ludu.
Mąż jednej kobiety chorował na suchoty. Ludzie radzili dobrego wróża. Mówili, że on najpierw wszystko powie, jak jest w domu, kto jest w domu, co za choroba, po prostu wszystko widzi.
Babina wzięła z domu wszystko co mogła, bo przecież z pustymi rękami nie pójdzie do wróża - znachora, a w domu było kilkoro dzieci i skrajna nędza.
Ten wróż, jak później ludzie ustalili, to był sprytny chłop. Chałupę miał kurną, bo tylko taka nadawała się do czarów. W powale (suficie) był otwór, którym wydostawał się dym. Wróż ten trzymał czujnego psa. Gdy pies zaszczekał, on albo ktoś z domowników wyglądał z domu zobaczyć kto idzie. Jeżeli to była osoba obca, wróż wyłaził na strych, kładł się przy otworze i podsłuchiwał. Żona jego, lub ktoś wtajemniczony wypytywał przybysza skąd i po co przychodzi, jaka choroba i o wiele innych informacji potrzebnych wróżowi.
Później wkraczał do izby i jako gospodarz witał przybyłego przyjętym zwyczajem i przystępował do wykonywania swej praktyki.

Tak też było z tą babiną. Gdy żona wypytała już
o wszystkie potrzebne informacje, niby to wracając z daleka zjawił się gospodarz. Powitał domowników i gościa, jak było w zwyczaju. Opowiedział jakieś zmyślone zdarzenia, niby to z podróży. Wyciągnął karty i powiada babie, ile ma dzieci, ile mąż ma lat i wszystkie informacje, które od niej wyciągnęła jego żona. Dał jej jakiegoś ziela, aby go gotowała po zachodzie słońca i podawała ten wywar mężowi do picia. Niech pije mleko, ale tylko od czarnej krowy (bo taką baba miała, jak usłyszał), ale to mleko trzeba pić przez cybuch (ustnik fajki), bo to jest choroba płuc, a cybuch ciągnie dym do płuc to pociągnie też zdrowie. Jedno drugie wypędzi.
Kobieta wiele z tego nie rozumiała, ale była zafascynowana cudotwórcą, który tak o wszystkim wiedział, jakby był u niej w domu. Co miała ze sobą, to mu oddała i wyszła z nadzieją, że męża wyleczy. Tamtejsi ludzie powiadali, że to kapitalny oszust, lecz ona nie dawała wiary i świadczyła za nim jakie to prawdy jej powiedział.

Z posługi lekarskiej ludzie korzystali niezwykle rzadko, po pierwsze lekarzowi trzeba było drogo płacić, a i mieszkał on w odległym mieście, zaś znachor był „pod ręką”, a po drugie - tak po prawdzie - ludzie bardziej dowierzali znachorom.
Opowiadali, że jednemu chłopu postawili na brzuchu dwulitrowy gliniany garnek. Widocznie użyto za dużo lnu, bo garnek tak przylgnął, że wciągnął cały brzuch. W żaden sposób nie szło go zdjąć a chłop okropnie gwałtował. Pośpiesznie zaprzęgnięto konie i pognano z nieszczęśnikiem do lekarza. Ten spojrzał, wziął młotek i rozbił garnek. Za posługę "medyczną" kazał sobie słono zapłacić.

Latem najchętniej bawiłem się z dziećmi "na wsi" (tj. na głównej drodze przebiegającej przez wieś). Mieliśmy mały wózek i bawiliśmy się w konie. Jednego razu, a było to w święto Matki Boskiej Zielnej, ganialiśmy z naszym wózkiem "po wsi". Wówczas drogą jechało wiele wozów z ludźmi wracającymi z odpustu w Kalwarii Pacławskiej koło Przemyśla za Sanem. Na Kalwarii było wiele odpustów, ale ten był najważniejszy, toteż ciągnęli nań ludzie ze wszystkich stron. Przez naszą Wesołę szli pątnicy z Baryczy i Gwozdnicy (nie wszyscy jechali na wozach) z chorągwiami kościelnymi, pod którymi gromadzili się pątnicy z tej samej parafii. Przewodnik szedł na czele, śpiewał pobożne pieśni a idący za nim pątnicy powtarzali tylko, bo nie znali słów. Kto miał konie, ten podwoził krewniaków i sąsiadów aż do Sanu, a za trzy dni jechał nad San zabrać ich z powrotem. My, dzieci z niecierpliwością oczekiwaliśmy powrotu pątników, była to niecodzienna atrakcja. Widziało się tyle ładnie udekorowanych furmanek, można się było przejechać kawałek, uczepiwszy zadka wozu. Biegliśmy koło wozu prosząc, by dano nam odpustową kukiełkę (bułeczkę, obwarzanek).
Po powrocie do domu dostałem okropnych boleści. Mamusia jednoznacznie i autorytatywnie postawiła diagnozę, że to uroki, bo sama na własne uszy słyszała jak przejeżdżający ludzie mówili:
- ... jaki to wolny (ładny) chłopiec - a to natychmiast sprowadzało uroki, a szczególnie, gdy dzieckiem zachwycała się kobieta o złym spojrzeniu i widocznie taka baba o mnie mówiła.
Szybko wezwano znachorkę Rózię, która była też wiejską akuszerką, i zorganizowano akcję ratunkową, czyli przystąpiono do odczyniania uroków.

Najpierw kazano mi przygryźć trzykrotnie rąbek koszuli. Potem kazano mi zdjąć tą koszulę i włożono ją w otwór w kamieniu żaren, w który wsypywano ziarno do mielenia.  Dziewięć razy pokręcono kamieniem i wyjęto koszulę, którą ubrałem z powrotem. Siostra Antoszka wzięła lewego buta z cholewą i przyniosła w nim wody z krzyżowej rzeki, tj. z miejsca, gdzie potok wpada do Baryczki. Z tą wodą obeszła trzy razy wozownię, następnie chlusnęła ją na narożnik strzechy. Ściekającą wodę złapała z powrotem do buta. Tej wody dali mi popić trzy łyki, a resztą obmyli mi bolący brzuch. Zabiegami kierowała Rózia. Następnie sama przystąpiła do zabiegów. Wysmarowała mi brzuszek sadłem, wymasowała, przeżegnała i nakryła jakąś czerwoną szmatą. Po tych zabiegach zasnąłem, a kiedy się rano obudziłem czułem się wspaniale. A potem mamusia każdemu opowiadała jak to jakaś baba, co jechała z odpustu, rzuciła na mnie uroki.

W czasie zabawy od innych dziećmi zaraziliśmy się z Józią świerzbem. Mamusia kupiła szarej maści, nasmarowała nas i na szerokiej desce włożyła do pieca piekarskiego zaraz po wyjęciu zeń chleba. Wrzeszczeliśmy wniebogłosy, bo nas piekła maść i upał panujący w piecu. Mamusia nie słuchała naszych protestów, tylko dawała nam zimnej wody do picia. To miało nieco ulżyć naszej doli. Kiedyśmy się dostatecznie wypiekli mamusia nas wykąpała i było po świerzbie. Do lekarza prawie nie chodzono; leczono się w domu.
Siostrze Antoszce sczerwieniał nos i opuchła twarz (była to róża) wezwano krojbabkę (akuszerkę) Rózię. Ta nakryła chorej twarz kawałkiem białego lnianego płótna. Następnie zrobiła z kłaków (włókien) lnianych dziewięć kupek. Przeżegnała je krzyżem i coś tam mamrocząc zapaliła gromnicę. Od niej kolejno pozapalała te kupki kłaków. Palące się włókna ulatywały aż pod powałę. To była dobra wróżba, że choroba minie. O, było by znacznie gorzej dla chorej, gdyby palące się kępki nie uleciały do góry.

Gdy się tatuś podźwignął przy ładowaniu kamieni na wóz i bardzo go bolało w środku, Rózia smarowała mu brzuch, coś tam przy tym mamrocząc. Przygotowała litrowy gliniany garnek. Na brzuchu położyła kępę lnianych kłaków i podpalała ją. Natychmiast przykryła płomień odwróconym dnem do góry garnkiem. Na drugi dzień pacjent był zdrowy i poszedł do roboty.
Innym razem tatusia posunęło w krzyżach. Rózia postawiła mu na plecach szklanki do herbaty taką samą metodą jak garnek na brzuchu. Mamusia napaliła w piecu i tatuś wylazł na gorący zapiecek. Bardzo się wiercił i przewracał z jednego boku na drugi, bo go parzyło, ale się w ostateczności wygrzał i wyzdrowiał.
Często bolał mnie brzuch; uważali, że obtrząsłem sobie żołądek, bo za dużo biegałem. Ustawiano ten żołądek przez masowanie. To smarowanie i masowanie przez mamusię było przyjemne i usuwało ból.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl