Wspomnienia dziadka Ignacego - część III - Strona 4

Spis treści
Wspomnienia dziadka Ignacego - część III
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Page 6
Wszystkie strony

Wieczorami przy przędzeniu młodzi śpiewali, płatali sobie różne figle i podpalali kądziele.
Opowiadano o strachach i diabłach. Było o czym opowiadać, bo okolica nasza była rzeczywiście bardzo „zadiablona”.
W Barci (obszarze koło gościńca Wesoła - Ujazdy) siedział diabeł. Dobrze mu tam było, bo to był głęboki wąwóz, wyżłobiony przez wodę i porośnięty lasem. Barć, bo być może kiedyś, była tu jakaś większa pasieka, zwana przecież ze starosłowiańska barcią.
Jeden chłop (podawali nawet jego nazwisko, miał to być Sowa) wracał w nocy z Ujazdów do Wesołej. Było już dobrze koło północy gdy się znalazł w Barci. Usłyszał w pewnym momencie jakieś głosy. Podobne to było do szwargotu żydowskiego. Spojrzał w stronę skąd dochodziły i zobaczył między drzewami palące się ognisko a przy nim siedzących trzech diabłów w czerwonych portkach. Na drzewie siedziało dalszych trzech, jeden nad drugim. Sowa przeżegnał się i zaczął odmawiać modlitwę. Przy słowie „Jezus” ogień zgasł, a diabły rozpierzchły się po lesie z ogromnym hałasem i trzaskiem łamanych gałęzi.
Rano Sowa poszedł do Sękowskiego, bo to w jego lesie diabły gospodarowały, żeby ten poszedł zobaczyć jakie szkody mogły one mu tam poczynić. Wybrał się Sękowski popatrzeć i przygotować do wywiezienia połamanych drzew, ale na miejscu nic nie znalazł. Nie było nawet śladu po ognisku, tak diabły pozacierały za sobą ślady.

Późno wieczorem wracał Pomykała z Ujazdów, gdzie nieco zasiedział się w gościnie. Dochodząc do Barci zobaczył, jak z lasu wychodzi bardzo duża krowa z ogromnymi rogami. Okropnie ryczała. Na polu Winiarskiego, tuż za Barcią, stały stogi owsa. Była jesień, owies był już zżęty i ustawiony w kopy. Pomykała widzi na własne oczy, jak krowa podchodzi do stogów i rogami wściekle rozrzuca snopy. Rozrzuciła snopy po całym polu. Opowiedział Pomykała Winiarskim co widział i poradził  by poszli w pole i śpiesznie pozbierali snopy, bo zanosi się na deszcz. Wcześnie rano Winiarscy z najętymi dodatkowo dwoma ludźmi z grabiami i widłami poszli na miejsce. Stogi stały nienaruszone, a przecież Pomykała widział na własne oczy, jak je krowa demolowała. Co to była za krowa? Kto pozbierał z pola snopy i ustawił kopy?

Nasłuchałem się o diabłach w Barci, dlatego też kiedy tamtędy przechodziłem, to gorliwie się żegnałem. Pewnego razu rodzice pozostawili mnie w Barci paść bydło. Tam mieliśmy kawałek pola i „krzaki” (tak był zwany mieszany las). Rodzice kończyli prace na innym polu za Barcią. Zrobiło się tak ciemno, że z niewielkiej nawet odległości nawet krowy nie można było dojrzeć. Jakoś pospędzałem bydło do kupy i ze strachem spoglądałem czy z lasu nie wynurza się diabeł. I dopatrzyłem się go na osice, która rosła na pagórku przy drodze. Widzę go jak siedzi na samym wierzchołku drzewa, wierci się i pokazuje w moją stronę. Zacząłem się gorąco modlić i wołać rodziców. Oni nie byli zbyt daleko i słyszeli moje wołania. Odpowiadali mi, że już kończą robotę i za chwilę przyjdą. Gdy szliśmy do domu, starałem się jak najdalej obejść osikę. Na drugi dzień wypadło mi być w pobliżu „diabelskiej” osiki. Diabła już nie było. Wypatrując dokładnie ujrzałem chwiejącą się na wietrze ułamaną starą gałąź. To na niej siedział diabeł.

Dąbrowski, stary gospodarz z Ujazdów powracał z Wesołej do domu. Był słotny i zimny dzień. Jemu nie było zimno, bo co nieco wcześniej wypił. Dojrzał na drodze zmarzniętego ptaszka, podobnego do drozda. Żal mu się nieboraka zrobiło. Łatwo go złapał i wsadził za pazuchę. Przyniósł go Dąbrowski do izby i posadził na piecu by się nieborak ogrzał. Po jakimś czasie zaglądnął do niego i okropnie się zdziwił, bo ptaszek z wdzięczności za przygarnięcie narzygał mu cały piec pszenicy. Z takiej wdzięczności siły nieczystej gospodarz wolał zrezygnować. Wyniósł ptaszka do Barci i posadził na drodze, w tym samym miejscu skąd był go podniósł. Ale cóż? W czasie nieobecności gospodarza spowodowanej koniecznością wynoszenia ptaszka ktoś wyniósł pszenicę z chałupy. Ale kto?
Ludzie tyle się nasłuchali „diabelskich” opowieści, że nie dziwota, iż w każdej sytuacji mogli dojrzeć diabła. A że Barć była trochę tajemnicza, trochę niesamowita, więc mogła w wyobraźni ludu być doskonałym siedliskiem nieczystych mocy z diabłem a może nawet i ich gromadą na czele.

Był rok 1911. Brat Maciek był w Ameryce na zarobku. Jesienią bratowa poprosiła tatusia, by zwiózł jej ziemniaki z pola w Barci. Jesienią dni są krótkie i cały dzień schodzi na bieżących pracach polowych. Ziemniaki zwozi się już po ciemku. Tak też było i u nas.
Tatuś wziął ze sobą Antoszkę i późnym już wieczorem pojechał do Barci. Był u nas wtedy pies zwany Płatkiem. Pobiegł on za wozem. Gdy dojechali do miejsca, Antoszka zobaczyła kota siedzącego na kupie ziemniaków. Pies, jak tylko go zobaczył, czy też wyczuł, natychmiast podwinął ogon i ze skowytem pognał do domu. Antoszka pomyślała, że pewnie to zły i przeżegnała się. Po chwili kot gdzieś zniknął. Gdy już wracali, Antoszka dopatrzyła się kota pod wozem, narobiła krzyku, by tatuś zatrzymał konie, bo ten kot może wpaść pod koła. Gdy przejeżdżali koło figurki Matki Boskiej na brzozie, kot gdzieś zniknął. Kiedy odjechali już daleko od tego miejsca, Antoszka zobaczyła, że pali się ogromny ogień. Że tak było, to prawda, bo Antoszka widziała. Gdzie się tak okropnie paliło w polach? Gdzie się podział kot? Historii Antoszki dowiedziałem się znacznie później, bo nie rozgłaszali tego, by małych dzieci nie straszyć.

Opowiadali też, że jeden z ujazdowskich gospodarzy, Poligaca, pod wieczór wracał pijany z Wesołej do domu. Kiedy mijał Barć ,diabeł opętał go, opanował go obłęd. Zeszedł z drogi (oczywiście Poligaca, nie diabeł) i zaczął błądzić po polach. W tym czasie w tej okolicy na polu pracował Smaroń Wojtek. Gdy Poligaca ujrzał człowieka (Smaronia), zaczął biec do niego chwiejnym krokiem, wymachując jakimś kijem i wrzeszcząc. Smaroń poznał Poligacę, ale przeraził się jego zachowania i uciekł do domu, a tamten został w polach. Rano ludzie znaleźli martwego Poligacę. Leżał z głową zanurzoną w ledwie sączącym się strumyczku. Diabeł go utopił. Człowiek żadną miarą nie mógł by się utopić, tak sam z siebie, w tak znikomej wodzie. W tę noc rozpętała się okropna burza, szalała wichura i lał strumieniami deszcz. To diabły tak się cieszyły z pozyskania jeszcze jednej duszy. Gdzieś po północy wszystko ucichło i niebo się rozgwieździło, ale Poligoca już nie zobaczył słonecznego ranka.

Po mojemu to mogło być tak: spragniony Paligaca napotkał strumyczek, chcąc się napić położył się i tak pił, aż zmorzył go sen i zasnął twardym, upojnym snem. W nocy przyszła ulewa, strumyczek wezbrał i zalał głowę leżącego człowieka topiąc go. Po ustaniu ulewy, wody spłynęły, strumyk powrócił do swego pierwotnego stanu. Zanim ludzie znaleźli denata, zdążył on już wyschnąć z nocnego przemoczenia. Tak by było po mojemu. Ale jak ludzie mieli sobie wytłumaczyć śmierć Poligacy, tym bardziej, że to było w rewirze  diabła z Barci?

Drugi z diabłów, który się niemniej panoszył od poprzedniego, siedział (mieszkał) w Pasiece tj. w miejscu tuż przy drodze publicznej.
Bator wracając dość chwiejnym krokiem do domu, zobaczył siedzącego na środku drogi ładnego kotka. Aktualnie nie mieli w domu kota, postanowił go przygarnąć. Wziął go i schował za pazuchę. Z każdym krokiem ruchy chłopa zaczęły się stawać coraz bardziej ociężałe. Poczuł, że ten kot za pazuchą rośnie. Już go prawie opasał i zaczyna dusić. Bator chciał go wyciągnąć zza pazuchy ale ten się nie dawał. Rozpasał pasek i zaczął go wytrząsać, ale gdzie tam, kot się wczepił pazurami i ani rusz. Nieszczęśnik zlany zimnym potem ze strachu podniósł ręce do nieba i zamknąwszy oczy zaczął śpiewać na całe gardło pieśń kościelną śpiewaną w chwilach wielkiej opresji „Kto się w opiekę odda Panu swemu...” . Gdy otworzył oczy, kota już nie było, a na drodze widniała jakaś plama. Przysięgał Bator, że to była smoła.

Pewien żyd, handlarz-domokrążca skupujący drób, nabiał, skórki królicze, krowy, cielęta , len itp. powracał późnym wieczorem do domu. W Pasiece usłyszał za sobą jakieś odgłosy. Oglądnął się i zobaczył małe cielątko, które biegło za nim i pobekiwało. Złapał to cielę i założył sobie na ramiona, ale z każdym krokiem cielę stawało się coraz cięższe. Żyd od razu zmiarkował, że to pewnie ten diabeł z Pasieki. Chciał to cielę zrzucić z ramion, ale ono się nie daje. Przypomniał sobie żyd kościelną pieśń, której jeszcze jako dziecko nauczył się od katolickich dzieci. Zaśpiewał „Gwiazdo morza, któraś pana swego...” i zaczął biec przez jakieś chaszcze. Cielę zsunęło się z ramion i z wielkim trzaskiem pobiegło w krzaki nad rzeką.
A narobiło hałasu za całe stado. Co to było za cielę?

Ludek wierzył w różne zabobony, a był przy tym bardzo pobożny. Każdy dzień, każdą nową robotę zaczynano „z Bogiem”.
Mówili, że jeżeli ktoś pójdzie spać bez pacierza to w nocy przysiądzie go mocek, może nawet udusić.
Opowiadali, że jednego to mocek przysiadał co noc. Bardzo go to męczyło, i nie pomagało nawet to, że już od południa zażywał coś głębszego na sen. Razu pewnego po zażyciu większej ilości lekarstwa od Icka postanowił mocka przechytrzyć. Kładąc się spać, nakrył się broną z zębami zwróconymi do góry, by na nie mocek się nabił. W nocy przyszedł mocek i odwrócił bronę zębami w dół w stronę ciała śpiącego. Chłop się w porę obudził, narobił krzyku i mocek uciekł.

Do spania musiało się koniecznie rozpiąć guzik pod szyją, by Anioł Stróż nie musiał siedzieć obok śpiącego i czuwać aby ten  się nie udusił.
Przed każdą czynnością żegnano się. Przy drzwiach w każdej izbie wisiała kropielniczka, tj. takie liturgiczne naczyńko z wodą święconą. Była ona przymocowana na takiej wysokości, by wygodnie było do niej sięgać. Wychodzący z domu do pracy, lub wyjeżdżający w podróż, maczali palce i żegnali się.
We wsi był obowiązek pełnienia warty. Warta - byli to dwaj gospodarze zazwyczaj sąsiadujący ze sobą, którzy chodząc w nocy po drodze pełnili służbę wartowniczą we wsi. Mieli za zadanie baczyć, czy gdzie nie widać jakiegoś ognia, czy ktoś nie woła pomocy. Po prostu pilnowali wsi. Wartownicy mieli ze sobą dziada tj. gruby kołek zakończony „głową” wyrzeźbioną na grubszym końcu. Celem dokładniejszego upodobnienia do prawdziwego dziada, głowa miała nalepione włosy, brodę i wąsy. Dziad był przekazywany z domu do domu. Gospodarze po odbyciu nocnej służby posyłali tzn. przenosili go do następnych dwóch domów, których gospodarze winni byli pełnić służbę w następną noc. I tak dalej i dalej krążył dziad po wsi.

Wesoła jako duża wieś była podzielona na dwie części: Górną i Dolną, dlatego co noc chodziły dwie warty, każda w swojej części wsi. Dziad był symbolem obowiązku i władzy. Obowiązek, bo gospodarz któremu posłano dziada nie mógł odmówić pełnienia warty. Władza, bo każdy musiał się podporządkować tym, co mieli ze sobą dziada. Dziad był trudny do podrobienia, bo takim musiał być ze względu na to, że był on legitymacją służbową dla wartowników. Nim to legitymowano się w czasie kontroli przez wójta, czy przez żandarma. Mogło się przecież zdarzyć, że żandarm natknąłby się na dwóch opryszków a ci by się tłumaczyli, że są na warcie. Nie mając dziada, nie mogliby tego udowodnić.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl