Wspomnienia dziadka Ignacego - część III - Strona 5

Spis treści
Wspomnienia dziadka Ignacego - część III
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Page 6
Wszystkie strony

Parę słów o żandarmerii. Wesoła należała do posterunku żandarmerii w Dynowie. Służba żandarmów była bardzo ciężka a dyscyplina bezwzględna. Żandarm wychodząc na służbę musiał być starannie ubrany. Mundur musiał być czysty i wyprasowany, guziki wyglansowane (wyczyszczone) musiały świecić z daleka. Karabin i bagnet błyszczały w słońcu. Buty musiały być wyczyszczone szwarcem (czernidłem) tak, by błyszczały jak lustro. Tylko szwarc dawał skórze obuwia taki połysk, pasta nie, dlatego był rozkaz czyścić jedynie szwarcem zwanym czasami szuwaksem. Szwarc był suchy i należało przed czyszczeniem splunąć nań i tak nawilżony nabrać na mazak, a następnie rozetrzeć na bucie. Oczywiście można było nawilżać wodą, ale plucie było praktyczniejsze.

Żandarm był uzbrojony w karabin z bagnetem, rewolwer i szablę. Na głowie nosił pikelhaubę (hełm) z dużym, błyszczącym mosiężnym orłem austriackim. Będąc na służbie, zawsze szedł środkiem drogi lub ulicy, w zależności gdzie pełnił służbę, w mieście czy na wsi. Wychodząc z posterunku żandarmerii wchodził na środek drogi, tu robił wojskowy zwrot i maszerował wolno w określonym kierunku rozglądając się w różne strony. Trasę miał wyznaczoną w „książce służby”. Nie wolno mu było zboczyć z wyznaczonej trasy, bez naprawdę ważnego powodu. Miał nawet wyznaczone miejsca posiłków i odpoczynku z zaznaczonym czasem. Kontrolujący komendant posterunku lub komendant powiatowy, mógł zawsze znaleźć żandarma w miejscu i czasie określonym w „książce”. Żandarm miał wielką powagę u ludzi. Ja zawsze się bałem żandarmów. Nawet gdy widziałem go z daleka wolałem się schować.
 

Wielką atrakcją w święto kościelne był odpust. Kramarze rozkładali swe kramy pod kościołem. Było co oglądać, były tam obrazki różnych świętych, różańce, książeczki do modlenia, cukierki i zabawki.
Wielce atrakcyjnym świętem było Boże Narodzenie, zwłaszcza Wigilia zwana Wiliją. W dzień wigilijny czyniono różne wróżby. Nas, dzieci, najbardziej interesowało ranne wstawanie. Kto w Wigilię wstanie wcześnie, ten będzie wstawał wcześnie przez cały rok. Oczywiście ja, jako największy śpioch, byłem tym najbardziej zainteresowany. Prosiłem mamusię, by mnie budziła jak najwcześniej. Budziła mnie, gdy było jeszcze ciemno, ale nie na wiele się to zdawało.
W dzień wigilijny obowiązywał wszystkich post. Jadło się tylko śniadanie, na które była cebula smażona na oleju i chleb, a do picia czarna kawa. Do wieczora nie wolno już było nic jeść.
Na wieczerzę gotowało się 12 potraw. Były to: żur owsiany, groch na sucho, fasola, krążki marchwi, kapusta, ziemniaki w mundurkach, pęcak z grzybami, kasza z suszonymi śliwkami, kasza jaglana, czasem placki na kształt pączków, chleb, czosnek, pierogi z kapustą i suszonymi śliwkami.

Gospodarz domu przynosił z kwartę (litr) owsa i wysypywał na środek stołu, a na to kładł trochę siana. Siano to przykrywano białym płótnem jako obrusem. Pod stół kładł siekierę a na niej wiązkę słomianych powróseł używanych do wiązania zżętego zboża. Na ławie przy rogu stołu ustawiał snop zboża, przeważnie pszenicy. Obok snopa gospodyni ustawiała swoją wiązankę ziela, zebranego w lecie i święconego na Zielną 15 sierpnia. Gospodarz koło drzwi stawiał dwie wiązki słomy; jedna słomy prostej a druga zmierzwionej.
Na Wigilię przybywali goście: szwagier Skotnicki z dziećmi, od Sękowskich Walka i Kuby, a w późniejszym czasie siostra Tekla z mężem i dziećmi.

Wieczerzę zaczynano wieczorem, gdy zaświeciły gwiazdy. Po zajęciu miejsc za stołem odmawiało się modlitwę za dusze zmarłych, a następnie dzieliło opłatkiem. Każdy dostawał do ręki cały opłatek. Jeden drugiemu podawał go do ugryzienia z życzeniem „proszę na kolędę”. Potem każdy musiał zjeść ząbek czosnku na pamiątkę napojenia Jezusa Chrystusa octem z żółcią. Potem nastąpiło podawanie potraw. Mamusia nie siadała do stołu, bo przygotowywała potrawy. Na stole leżały opłatki ułożone na krzyż i na nie mamusia stawiała kolejno miski z potrawami. Jeżeli opłatek przykleił się do miski, to oznaczało, że na to, co było w misce będzie urodzaj. Każdej potrawy trzeba było zjeść przynajmniej jedną łyżkę. Bieda była z gotowaną marchwią, bo jej nienawidziłem, ale musiałem zjeść choć jeden krążek.
W czasie jedzenia nie wolno było pić wody, bo by w lecie ptaki zboże wydziobały. Natychmiast po skończonym jedzeniu młodzi, którym było przeznaczone pasienie bydła latem, rzucali się na łyżki i wiązali je sianem. Miało to zapobiegać rozbieganiu się bydła na pastwisku.

Był zwyczaj wróżenia z cebuli. Cebulę przekrawano na pół, oddzielano 12 łupin, bo tyle miesięcy miał rok. W każdą łupinę wsypywano szczyptę soli. Po wieczerzy patrzono ile soku wydzieliło się w której łupinie. Ponieważ każdemu miesiącowi przypisana była inna łupina,, więc od razu widać było, że miesiąc będzie mokry, bo się dużo soku zgromadziło. W innej łupinie nie było soku, a więc było już pewne, że miesiąc ten będzie suchy.

Po skończonej wieczerzy szliśmy na wieczerzę do tych co byli u nas w gościach. Trzeba było obejść i cztery domy nawet i w każdym zjeść 12 potraw. Starszym było może i łatwiej, bo oni pili wódkę.
Po wieczerzy pukało się do świni i pytało:
- Kuciu, kuciu będzie owoc?
Jeśli świnia kwiknęła, to było pewne, że nie będzie urodzaju na owoce. Przeważnie świnia była nakarmiona, więc zachowywała się cicho, to też było pewne, że owoce obrodzą.
Słyszałem jak mówiono, iż w noc wigilijną zwierzęta przemawiają ludzkim głosem. Bardzo chciałem to usłyszeć, ale bałem się wyjść w nocy do stajni, a po drugie, to nie wolno było wstawać od stołu w czasie kolacji.

Choinki nie było u nas w zwyczaju stawiać. Czasami chodziliśmy zaglądać do ludzi, którzy takie choinki w domach przystrajali. Ale, gdy już się zwyczaj rozpowszechnił, była choinka i u nas.
Na drugi dzień, w Szczepana, raniutko wynosiło się z izby siano, owies, słomę. Jednym słowem robiło się porządki. Gdzie były dziewczęta, tam się musiano bardzo spieszyć ze sprzątaniem, bo w każdej chwili mogli wpaść kawalerowie i wziąć się za porządki. Nie dość, że wstyd, to trzeba jeszcze było postawić im wódkę. Takie to były zabawy ludu.
Słomę i siano dawano bydłu, a trochę owsa koniom. Resztą owsa obsypywano drzewa owocowe, by lepiej rodziły. W tym samym celu obwiązywano je powrósłami, które leżały w czasie wigilii pod stołem. Na koniec podawało się koniom i bydłu opłatek z kawałkiem chleba.
W trzeci dzień, na św. Jana ksiądz w kościele do komunii dawał po łyku wina. Ja służąc do mszy nalewałem wina do kielicha.

Dzieci niecierpliwie oczekiwały Nowego Roku. Przygotowywały małe woreczki, ściągane sznurkami do noszenia na szyi. Te woreczki były na pieniądze. Gospodynie piekły dużo szczodraków, takich małych bułeczek z razowej mąki dla dzieci, które odwiedzą dom.
W Nowy Rok wstawaliśmy z Józią o świcie, pośpiesznie ubierali, wieszali na szyi woreczki. Józia zawiązywała na plecy płachtę, w którą można było wkładać otrzymane szczodraki, ja je zbierałem do torby.
Wchodząc do izby mówiło się:
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Na szczęście, na zdrowie, na ten Nowy Rok, kolęda.
Dzieci bardzo się spieszyły, by pędzić do następnego domu, toteż często część życzeń „połykały”. W pośpiechu mówiły:
- Niech będzie Chrystus na ten Nowy Rok.
Gospodarze odpowiadali :
- Witajcie nowoletniki - i zazwyczaj pytali:
-  A czyj ty? - i dawali po szczodraku. Pieniądze dostawało się od krewniaków i bliskich sąsiadów.
Raz z dziećmi zapędziłem się na plebanię, ale gospodyni nic nam nie dała. Wytłumaczyła, że przyszliśmy za późno.

Około dziesiątej ściągaliśmy do domu, i tu następowało liczenie pieniędzy i szczodraków.
Święta Wielkanocne były też bardzo atrakcyjne.
W Wielki Czwartek przestawano dzwonić w kościele. Zamiast dzwonków używano drewnianych kołatek. Kołatka składała się z rękojeści, za którą się trzymało, luźno zawieszonego na osi drewnianego młoteczka i deseczki, w którą przy wymachiwaniu kołatką młoteczek ten uderzał, wydając charakterystyczny głos. Po południu i wieczorem chodziłem razem z innymi chłopcami pod kościół kołatać.

W Wielką Sobotę z rana gospodyni piekła dwa lub trzy wielkie chleby, z białej pszennej mąki, specjalnie kupionej na tę okazję. W blaszance piekła bułkę. Bułka była szczególnie wysoka i ustrojona. Przeznaczona była do święcenia. Następnie gotowała ze dwadzieścia jaj, słoninę i kiełbasę. Jaja trzeba było obłupić ze skorupek, bo by woda święcona nie przeniknęła do środka. Skorupki wynoszono na pole, gdzie miała być sadzona kapusta. Miały ją chronić przed gąsienicami.
Późno po południu wychodziło się do kościoła święcić. Do święcenia był przeznaczony specjalny kosz, którego nie wolno było używać do innych celów. Do kosza wkładało się jajka, ze dwa kilogramy gotowanej słoniny, dwa pęta kiełbasy, osełkę masła, duży ser, wysuszony chrzan, cebulę, czosnek, trochę soli i nóż do krojenia święconego.
Niekiedy trzeba było długo czekać na księdza, ksiądz od rana objeżdżał okoliczne wioski: Ujazdy, Rytą Górkę, Barycz i święcił. Przejeżdżając przez Wesołę zatrzymywał się w miejscach, gdzie zebrało się więcej kobiet i święcił na polu. Powróciwszy na miejsce, święcił w kościele, a w ładną pogodę przed kościołem. Dzieci biegały między koszami patrząc, kto ma największą paskę. Ksiądz przechodził między koszami i kropił święconą wodą.
Po powrocie do domu obchodziło się ze święconym całe obejście gospodarcze po to, aby Pan Bóg zachował je od pożaru. Potem święcone zanosiło do komory. W dniu tym święconego nie wolno było jeść. 
W Poniedziałek Wielkanocny gospodarz brał kropidło i wodę święconą i kropił pole. Dawało to początek „oblewanemu” poniedziałkowi. Oblewali się wszyscy.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl