Wspomnienia dziadka Ignacego - część III - Strona 6

Spis treści
Wspomnienia dziadka Ignacego - część III
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Page 6
Wszystkie strony

Wspomnę przy okazji o sposobach przygotowania włókien do przędzenia. Len i konopie młóci się po zebraniu z pola. Konopie młóci się bez żadnej wstępnej obróbki. Len zaś najpierw się rafluje przez duże drewniane grzebienie, aby oderwać główki nasion, a potem młóci same główki na nasiona.
Łodygi konopi moczono w specjalnych małych stawach. Przykładano je kamieniami by nie wypłynęły na powierzchnię. Po trzech tygodniach wyjmowano i suszono. Przez takie moczenie łodyga próchnieje i paździerze łatwo odchodzą od włókna. Obowiązek moczenia spadał na nas, dzieci.

Len natomiast, po zżęciu rozkłada się na polu, aby deszcze i rosy spowodowały nadgnicie łodyg. Następnie suszy się go na słońcu, a nawet dosusza na piecu. Dobrze wysuszone łodygi lnu czy konopi poddaje się międleniu w międlnicy.
Międlica, to jakby duże nożyce zbite z desek z tym, że dolna część składała się z dwu desek. Między nimi była szpara w którą wchodziła ta górna deska, gdy „nożyce” się zamknęło. Między ramiona tych „nożyc” wkładało się po kilkanaście źdźbeł konopi lub lnu i zamykając je miażdżyło łodygi. Zdrewniałe łodygi kruszyły się i odpadały. Uzyskane włókna czesało się na szczotce. Była to deska z nabitymi gwoździami. Ładne, gładkie i długie włókna były przeznaczone do przędzenia cienkich nici, a zmierzwione i krótkie włókna na grube nici.
Cały dzień wszyscy byli zajęci robotami gospodarskimi a wieczorem siadali do przędzenia. Przędła mamusia i siostry, przędli też tatuś i brat.
Bogaci gospodarze zatrudniali przy robocie parobków i dziewki. Każde z nich dostawało co wieczór dużą kądziel do uprzędzenia.

Odzież w zasadzie była domowego wyrobu. Koszule szyto z cienkiego płótna, portki (spodnie) zaś z grubszego wyrabianego domowym sposobem.
Płótna takie tkali miejscowi tkacze na specjalnie do tego celu robionych warsztatach tkackich. Z płótna szyto rodzaj bluzek tzw. płótnianki zwanych później świtkami. Switka była staropolskim strojem kobiecym.
Noszono też odzież wykonywaną z owczej wełny. Wdziewano (ubierano) też odzież kupną, ale to należało do rzadkości ze względu na ceny.
Na nogi wzuwano (obuwano) chodaki wykonane z surowej skóry zwierzęcej. Bogatsi gospodarze używali chodaków ze skóry garbowanej.
Stroje niedzielne były różnorodne. Starsi ubierali się w samodziałowe stroje z lnianego płótna. Młodsi w stroje częściowo kupne a inni jeszcze mieli odzież fabryczną.

Starsze kobiety ubierały katanki (bluzeczki) z różnokolorowego perkalu, spódnice długie aż do kostek, na nogi buty z cholewami. Wiele kobiet w lecie szło boso.
Młodsze pokolenie a zwłaszcza dziewczęta, ubierały wyszywane koszule kretonowe z fabrycznego płótna. Na to nakładały gorsety wyszywane cekinami. Rękawy koszul były haftowane albo obszyte koronkami. Spódnice były długie, szerokie na sześć półek tj. na sześć szerokości płótna. Do kościoła spódnic takich ubierały trzy a nawet cztery. Zależało to od zasobności lub strojnictwa dziewki. Dołem spódnica obszyta była szeroką na 20 - 30 cm listwą. Listwa ta była nakrochmalona tak mocno, że gdy niewiasta uklękła, to listwa jak obręcz stała wkoło niej. Wyglądało, jakby kobieta klęczała w cebrzyku.
Buty były z cholewami i to dwojakiego rodzaju. Jedne cholewy były sztywne i opasywały sztywno łydki, drugie zaś były z miękkiej skóry i opadały jak miech prawie na kostki, tworząc harmonijki.
Na głowach niewiasty zawiązywały krase (kolorowe) chusty z perkalu. Młodsze modnisie nosiły chusty jedwabne.  I jedne i drugie zarzucały na ramiona chusty z cienkiego materiału w lecie dla ozdoby, a zimie wełniane do opatulania się przed zimnem.
Na szyje kobiety zakładały sznury czerwonych korali; im więcej sznurów tym wyglądało strojniej.

Mężczyźni ubierali białe koszule z płótna fabrycznego lub tkanego domowym sposobem. Kawalerowie nosili koszule kartonowe. Kołnierz i oszywki u rękawów jak też pazucha (pacha, pod pachą) były naszywane szlarkami i koronkami. Mężczyźni nie wkładali koszul w spodnie, tylko nosili je po wierzchu przepasane pasami. Gospodarze opasywali się pasami szerokimi na 20 - 30 cm, zaś młodzi używali pasów wąskich. Pas gospodarski był z czystej skóry szerokiej na 60 cm i złożonej na pół wzdłużnie. Pas taki służył jako schowek na pieniądze zamiast sakiewki. Tatuś miał dwa pasy. Jeden, trochę węższy, ubierał do roboty, a drugi, znacznie szerszy, czerwony, używany był do paradnego wyjścia do kościoła, na wesele, do miasta itp. Buty męskie nie różniły się od kobiecych.

Spodnie szyto z białego płótna fabrycznego lub domowego. Nogawki były szerokie i zachodziły do połowy cholew. Dołem nogawki spodni były ozdabiane. Tatuś do roboty nosił portki z płótna zgrzebnego. Natomiast portki świąteczne szyto z białego płótna, takiego z jakiego teraz szyje się kalesony. Doły nogawek obszywano koronkami.
Mężczyźni na głowach nosili słomiane kapelusze własnego wyrobu. Wybierano dojrzalszego żyta źdźbła proste i bez kolanek. Do tych źdźbeł napuszczało się trochę śliny by zmiękły. Z sześciu źdźbeł splatało płaski warkoczyk. Warkoczyki te zszywano na kształt kapelusza. Kapelusz ozdabiano kupowanymi na targu wstążkami, świecidełkami i paciorkami. Taki kapelusz ubierało się tylko do kościoła. Kiedy kapelusz się postarzał ubierano go do roboty.

Biedniejsi chłopcy do kościoła ubierali bluzy swych tatusiów lub starszych braci, tak samo z butami a w lecie chodzili na bosaka. Tatusiowa kapota sięgała nieraz poniżej kolan a rękawy trzeba było zawijać do połowy. Zazwyczaj butów w domu nie wystarczało dla wszystkich, dlatego w razie potrzeby domownicy z butów korzystali na zmianę. Zdarzało się nawet pożyczanie butów od zamożniejszych sąsiadów. Buty były bardzo drogie. Robiono je z dobrej skóry i służyły przez parę lat. Dlatego dla dzieci robiono buty „na wyrost”. Były tylko buty z cholewami, w trzewikach nie chodzono.


Jak już wspomniałem, ziemia w Wesołej była podzielona na grunta. Na takim gruncie gospodarował mój dziadek, Antoni Krowiak, urodzony między rokiem 1790 a 1798. Grunt jego obejmował 27 mórg austriackich (jedna morga równa była około pół hektara) pól ornych i lasu rosnącego w północnej części gruntu, w pobliżu Ujazdów, do których te pola, poczynając od środka wsi, sięgały.
Żona dziadka, a moja babka, pochodziła z rodu Paligoców z Ujazdów.
Dziadek prowadził średniozamożne gospodarstwo. Miał dwóch synów, starszego Franciszka i młodszego Grzegorza - mojego ojca, który był najmłodszym z rodu. Miał też dwie córki, z których jedna wyszła za Sękowskiego a druga, chroma, Kaśka żyła przy braciach. Franciszek ożenił się pierwszy i pobudował sobie osobny dom.

Dziadek zmarł nagle w wieku około 50 lat, gdy mój ojciec miał dwa latka. Zmarł w stajni przy zaprzęganiu koni, którymi miał jechać odrabiać pańszczyznę. W domu zapanowała bieda; zabrakło gospodarza a tu trzeba było jeszcze odrabiać pańszczyznę. Kiedy pańszczyznę zniesiono, mój ojciec miał 5 lat (urodzony 13 marca 1843 roku, zmarł 17 lutego 1923 roku).
Mimo, że pola było dużo, bieda była ogromna. Babka nie była w stanie obrobić go i utrzymać rodzinę. Po śmierci dziadka grunt podzielono na połowę z tym, że około 3 morgi wydzielono dla sióstr. Dla obydwóch braci wypadło po około 12 mórg. Babka uprawiała ziemię mego ojca, który pozostawał przy niej, jako nieletni. Do uprawy roli zaprzęgała w parze konia i krowę, gdyż więcej inwentarza nie była w stanie wyżywić, dlatego niewiele pola mogła uprawić.

W roku 1848 przez Wesołą przeszły wojska moskiewskie (rosyjskie), które szły na pomoc Austrii przeciwko zbuntowanym Węgrom. Przez wieś ciągnęli parę dni, tu też kwaterowali. Rabowali co się podwinęło pod rękę: bydło, żywność, odzież. Babka wraz z pięcioletnim dzieckiem zabrała cały dobytek (krowę, konia, około 25 kilogramów żyta, dwa litry mąki, i trochę ziemniaków w koszyk) i opuściła dom.
Pierwszą dobę spędziła w Bani, drugą w Debrzy a trzecią w Barci. Były to miejsca zagłębione pośród wzgórz, oddalone od wsi, porośnięte drzewami i krzewami - dawały schronienie, z którego ludność korzystała od wieków w czasach zagrożenia. Po powrocie do domu zastali tam wielkie zniszczenia. Nastał okropny głód. Babka zamiast chleba z mąki piekła jakieś placki z liści i pokrzyw.

Do szkół mój ojciec nie chodził. Ciężkie warunki domowe zmusiły go do pracy. Już od najmłodszych lat musiał zająć się gospodarką. A może i szkoły nie było?
Gdy dorósł lat wojskowych zabrali go do wojska. Syn biednej wdowy nie mógł liczyć na wykupienie od służby, musiał odsłużyć parę lat. Służył w pułku Landwehrów w Krośnie i Sanoku. Brał udział w wojnie Austrii przeciwko Prusom. Był w bitwie pod Königretz i Sadową w Czechach.

Służba w wojsku austriackim była ciężka a wyżywienie marne. Rano wydawano czarną kawę, na obiad zupę i bochenek chleba na dwa dni. Chleb tzw. komiśniak pieczono jedynie dla wojska. Na froncie nie było jeszcze w użyciu kuchni polowych. Żołnierzom wydawano mięso i produkty w stanie surowym. Każdy żołnierz gotował sobie sam w kociołku. Bywało, że gdy na postoju żołnierze przystępowali do gotowania nadchodził rozkaz wymarszu. Trzeba było wtedy bądź jeść nie dogotowane, bądź zabierać ze sobą i dogotowywać na następnym postoju.
Strzelano z karabinów do których trzeba było patrony odgryzać zębami. Toteż do wojska między innymi kwalifikowano ludzi ze zdrowymi zębami.
Ojciec powracając z wojska przywiózł ze sobą bluzę wojskową z siwego sukna i czerwonymi naszywkami na rękawach. Był odznaczony dwoma medalami z wizerunkiem cesarza Franciszka Józefa za chwalebną służbę. Ubierał tą bluzę przy uroczystych okazjach. Austriackich żołnierzy odznaczonych medalami było niewielu. Po śmierci został pochowany w tej bluzie z przypiętymi na piersi medalami.
Po powrocie ojca z wojska rodzice pobrali się (10.11.1869 roku). Matka, Magdalena Barnuś urodziła się w roku 1850 (zmarła 27.07.1937 roku).

Dziadek ze strony matki, Wojciech Barnuś, przez długie lata był wójtem. Za czasów pańszczyzny w dworskim lesie ktoś wyciął drzewa bukowe. Skarga trafiła do pana, że to zrobił Wojtek Barnuś. Pan rozkazał sprowadzić dziadka do dworu i skazał go na 25 batów, nie zważając na jego urząd.
Babka ze strony matki pochodziła z domu Potocznych ze wsi Izdebki.
Rodzice zaraz po ślubie przystąpili do przebudowy domu. Powyżej starej chaty postawili nową kurną chatę składającą się z izby, komory, sieni i stajni. Dom zbudowano na pochyłości. Południowa ściana ustawiona była na podmurowanych słupkach wysokości człowieka. Ojciec i matka nocami nawozili ziemię by wyrównać teren i utworzyć równy taras. Pracowali nocami, bo dzień mieli zajęty pracami rolnymi.
Później wybudowali boisko (stodołę) i wozownię z drewna pochodzącego ze starej chałupy, i piwnicę z kamienia zwaną sklepem.
W tej chacie ja się urodziłem 25 kwietnia 1897 roku (ale zapisali mi 27 kwietnia) jako ostatnie dziecko Magdaleny i Grzegorza Krowiaków.
Rodzice byli prawie niepiśmienni. Do oświaty nie przykładano wagi. Chłop nie powinien był się uczyć - tak uważali ci, co o losie chłopskim stanowili.
Rodzice moi mieli liczne potomstwo; urodziło się nas dwanaścioro z czego przeżyło siedmioro:
1. Katarzyna, ur. 1870 r., zm. w 1964 r. przeżywszy 94 lata;
2. Maria, ur. 27.10.1878 r., zm. 26.06.1965 r. przeżywszy 87 lat ;
3.Tekla,  ur. 15.03.1880 r., zm. w 1960 r. przeżywszy 80 lat ;
4. Maciej, ur. 23.02.1883 r., zginął? zaginął? na I Wojnie Światowej;
5. Antonina, ur. 3.09.1890 r., zm. w 1975 r. przeżywszy 85 lat ;
6. Józefa, ur. 9.01.1895 r., zm. w 1942 r. na gruźlicę;
7. Ignacy, ur. 27.04.1897 r. - piszący ten pamiętnik, liczący aktualnie
    99 lat.

 

Odcinek poprzedni - cz. II
Odcinek następny - cz. IV

Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy

 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl