Wspomnienia dziadka Ignacego - część IV

Spis treści
Wspomnienia dziadka Ignacego - część IV
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Wszystkie strony
Wspomnienia dziadka Ignacego

CZĘŚĆ CZWARTA

W latach mego dzieciństwa los dzieci był ciężki. Z braku rąk do pracy, od najwcześniejszych lat zmuszane one były nawet do najcięższych prac. Ja tego nie doświadczyłem, bo w domu były starsze dzieci i nimi się wysługiwano. Wszędzie, gdzie to było tylko możliwe, byłem zabierany przez starszych. Przy piersi byłem bardzo długo (nie jestem pewien czy tego faktu czasami nie pamiętam).
Dzieciństwo do lat pięciu upłynęło mi raczej pogodnie na zabawach, które sam sobie organizowałem. Gdy starsi domownicy rozchodzili się do swoich zajęć pozostawałem sam w domu. Wszystko mnie interesowało, zadawałem mnóstwo pytań, ale często musiałem sam znajdować na nie odpowiedzi.

Pewnego razu, pętając się po obejściu, znalazłem kurze jajo. Wpadłem na pomysł przerzucenia go przez gruszkę i udało się, jajko nie stłukło się. Ponowiłem próbę, ale tym razem jajko roztrzaskało się o gałęzie. Wiedziałem, gdzie mamusia przechowuje w glinianym garnku jaja. Przyniosłem ten garnek i zacząłem przerzucać jajka przez gruszkę. Efekt był taki, że niektóre jajka przeleciały przez gruszkę i tu się porozbijały, ale większość roztrzaskała się o gałęzie. Wyczerpałem cały zapas jajek, a gruszka przedstawiała opłakany wygląd, ociekała jajecznicą. Gdy to zobaczyłem, zrobiło mi się nieswojo. Pomyślałem sobie, że nocny deszcz to zmyje, ale deszczu nie było ani w nocy, ani jutro, ani nawet pojutrze. Po paru dniach mamusia poszła po trawę pod gruszkę i zobaczyła to pobojowisko. Zdziwiona widokiem zwołała całą rodzinę na naradę. Po burzliwej dyskusji ustalono, że to na pewno sroki znalazły w trawie gniazdo kurzych jaj i wynosiły je na gałęzie by je tam rozbić i zjeść ich zawartość. Dziwili się tylko, że mnie jeszcze nie ma przy tym zbiegowisku pod gruszką. Ja jednak, widząc co się dzieje pomyślałem, że oni domyślają się mojej winy - wolałem przezornie zniknąć z domu. Gdy wróciłem do domu, mamusia wzięła mnie za rękę i powiedziała:
-  Chodź, coś ci pokażę - i poprowadziła pod gruszkę.
-  Popatrz co te sroki narobiły, a ty siedzisz w domu i nic nie widzisz.
Odetchnąłem z ulgą.

Z zasady byłem spokojnym chłopcem i bardzo się wszystkiego bałem. Nawet, jeśli mi się coś przypadkowo nie udało, wolałem natychmiast zniknąć z domu.
Pewnego razu myto butelki na olej, a była zima i śnieg. Mnie też kazano myć, i oczywiście rozbiłem dwie butelki. Nie czekając długo, dałem drapaka z chałupy. Był trzaskający mróz, a ja jedynie w koszulinie, porciętach i na bosaka. Schowałem się na wóz w wozowni. Tam odnalazła mnie siostra Antoszka i chciała zabrać do domu. Wyrwałem się jej i zacząłem uciekać w pola za studnią. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, co robię. W tym momencie nadszedł szwagier Skotnicki, schwycił mnie i zaniósł do domu.
Swego czasu mamusia robiła masło w maślnicy. Śmietana na początku ubija się w pianę i piana ta „rośnie”. Ja, chcąc pomóc mamusi, podniosłem maślnicę, by czapa piany miała się gdzie pomieścić i „rozerwałem” maślnicę (maślnica składana jest z trzech części), śmietana się wylała na ziemię a ja w koszulinie i na bosaka w pole. Wpadłem w słomę, którą zgromadzono pod ścianą. Nie mogli mnie znaleźć, a mróz tężał. Byłbym może i zamarzł, ale na szczęście dojrzał mnie zmierzający do naszego domu żyd, który po domach skupował jajka. Wskazał miejsce mego ukrycia. Antoszka wyciągnęła mnie skostniałego i zaniosła do izby.

Innym razem „pomagałem” rąbać gałęzie i stałem w błocie, a może w wodzie - w każdym bądź razie, tatuś to zobaczył i pogroził mi patykiem, że niszczę buty. Oczywiście natychmiast uciekłem. Schowałem się w słomę pod stodołą. Tym razem nikt mnie nie szukał, bo do nas przyszli muzykanci z panem młodym prosić rodziców na wesele. Wiedziałem, że przyjdą i bardzo na nich czekałem od południa, a było już pod wieczór. Ze strachu zrezygnowałem z muzykantów. Kiedy wylazłem z kryjówki, siostry naśmiewały się ze mnie.
Znalazłem gniazdo trzmieli i postanowiłem przenieść je w inne miejsce w ogrodzie, by się tu zadomowiły. Wygrzebałem jamkę i próbowałem przenieść to gniazdo. Rezultat był taki, że przez dłuższy czas chodziłem spuchnięty, a trzmiele uciekły.

Lubiłem, gdy mnie rodzice zabierali ze sobą, idąc do krewnych czy znajomych. Pewnego razu, w dzień Świętych Piotra i Pawła, wybraliśmy się do Izdebek. W dniu tym był odpust w tamtejszym kościele. Zabrano mnie pod warunkiem, że sam pójdę piechotą i nie będę kazał się nieść na ręku. Obiecałem, choć droga przez górę była dla dziecka za trudna.
Po nabożeństwie pod kościołem zebrali się krewni (babka moja pochodziła z Izdebek) Potoczni, Kusiowie i inni, a każdy prosił do siebie na gościnę. U każdego trzeba było chwilkę posiedzieć i cokolwiek przegryźć. Byłem zadowolony, bo jadłem ryż na mleku - mój przysmak, kawałek pieczonego królika i biały chleb, specjalnie pieczony na to święto. Tak na tych gościnach zastała nas noc.
W połowie drogi zachciało mi się spać i nie chciałem dalej iść. Trochę mnie niósł tatuś. trochę mamusia, ale mieli tego dość, bo byłem ciężkim i chyba już dużym chłopcem, gdyż dokładnie pamiętam całe zdarzenie. Usiadłem na dróżce, ponieważ nie chcieli mnie nieść. Oni poszli dalej. Zostałem sam i wpadłem w przerażenie, bo przypomniałem sobie o wilkach grasujących w tych lasach. Po chwili rodzice wrócili i tatuś wziął mnie na ręce i poniósł, ale nie za długo, bo w pewnym momencie padł na ziemię wołając, że chyba złamał nogę. Mamusia zaczęła lamentować, jak ona ma sobie poradzić z niesieniem nas obu. Wtedy się zadeklarowałem, że niech lepiej mamusia niesie tatusia, a ja w ostateczności pójdę sam. Tatuś niby to kulejąc wziął mnie za rękę i tak kuśtykając dotarliśmy do domu. Gdy się rano obudziłem, tatusia już nie było. Na moje pytanie jak z jego nogą, mamusia odpowiedziała, że przykładała kompresy i to pomogło.

Pewnego razu do sąsiada Winiarskiego przyjechał ksiądz Jezuita. Był to brat Winiarskiej. Na tę wieść dzieci z całej okolicy zaczęły ściągać pod dom Winiarskich, by księdza ukochać (pocałować) w rękę i za to coś dostać. Ja też rwałem się na to spotkanie. Mamusia mnie umyła, włosy wysmarowała masłem, ubrała portki i grubą koszulę. Chciała jeszcze nożyczkami wyrównać mi włosy i nieco przyciąć nad uszami. Ponieważ się kręciłem, a mamusia spieszyła w pewnym momencie przycięła mi koniuszek ucha, górną cześć małżowiny. Wrzasnąłem, trysnęła krew. Upłynęło trochę czasu, zanim mamusia zatamowała krwawienie i mnie obmyła. Ksiądz w tym czasie odjechał. Byłem niepocieszony, ale jak się wkrótce od dzieci dowiedziałem, że ksiądz dawał tylko obrazki, natychmiast się pocieszyłem.

Brat Maciek kupił budzik. Do tego czasu nie mieliśmy zegara, a czas określano według słońca w dzień słoneczny, gwiazd w noc bezchmurną, a tak na codzień według piania koguta.
Pewnego jesiennego wieczoru siedziałem z tatusiem w izbie. Ojciec był zajęty swoimi myślami a mnie podkusiło by coś majstrować przy budziku. Zaraz na początku mego majstrowania odpadło pokrętło służące do nakręcania zegarka. Wpadłem w przerażenie i zacząłem zastanawiać się jak to naprawić. Przypomniałem sobie, że w Bani na trześniach jest żywica, której można użyć jako kleju. Często żuliśmy tą żywicę. Wziąłem nóż i pobiegłem do Bani.
W Bani mamusia z najętymi sąsiadkami wyrywała konopie. Pogoda była piękna i nadchodziła księżycowa noc. Chciałem przejść obok nich niepostrzeżenie, ale mama mnie dojrzała i spytała dokąd zmierzam. Odpowiedziałem, że do Bani po klej... i tyle mnie widziała.
Znalazłem odpowiednią trześń, uskubałem żywicy i pędem wróciłem do domu. Chciałem zdążyć z naprawą zegarka przed powrotem domowników. Zależało mi też na tym, by mój „klej" nie wysechł i dobrze trzymał. Manipulując tym pokrętłem prawdopodobnie doprowadziłem do tego, że zaskoczyło ono na swoje miejsce, czyli po prostu wcisnąłem je na wystający trzpień tak, że zegarek w ten sposób „się naprawił" a klej okazał się zbędnym.
Uspokojony i uszczęśliwiony wylazłem na piec i położyłem się spać. Tatuś nadal przechadzał się w ciemności po izbie.
Spałem już na dobre, gdy obudziło mnie lamentowanie mamusi, która mówiła do tatusia:
- Siedzisz w chałupie, nie uważasz na chłopca, a on poszedł w pola i gdzieś tam się błąka. Jakieś licho wodzi go po działach i ani go   słychać. Antoszka z ludźmi poszła go szukać.
Na to tatuś się odezwał:
- Chłopiec nigdzie nie wychodził, siedział pod oknem i coś tam robił a teraz śpi na piecu.
Mamusia niedowierzając ojcu wylazła na piec i macając mnie zapytała:
-  To ty, Ignaś?
-  Ja, a co chcecie? - niby to zaspany zapytałem.
Mamusia się przeżegnała:
- W imię Ojca i Syna..., przecież był koło nas pod Banią, mówił, że idzie po klej a potem nie wrócił.
Tatuś przypomniał sobie, że wychodziłem na chwilkę, ale w tak krótki czas nie mogłem dotrzeć do Bani i powrócić. Mamusia przeżegnała się powtórnie i wymamrotała już sama do siebie:
- To chyba jakiś zły przemienił się w chłopca!
Po jakimś czasie wróciła siostra Antoszka i powiedziała:
- Wszyscy ludzie rozeszli się po polach, nawet dołączyły się Sowianki, wołali „Ignaś, Ignaś” aż się echo od lasu odbijało, ale się nie odzywał. Jakieś licho go opętało i wodzi po polach, albo co gorsze, powlekło w las.
- Śpi na piecu - mamusia na to.
Działo się to w późny, sobotni wieczór. Nazajutrz pod kościołem wszyscy wypytywali rodzinę, co się ze mną stało.

Do kościoła trzeba było uczęszczać regularnie w każdą niedzielę. Mama przygotowywała mnie bardzo starannie przed każdym wyjściem. Myła dokładnie, głowę smarowała świeżym masłem, a twarz słodką śmietanką i prowadziła do kościoła. Gdy już podrosłem, to chodziłem sam, a pod kościołem dołączałem do innych dzieci. Miejsce dla dzieci było przy balasach przed wielkim ołtarzem; dla chłopców z lewej, dla dziewczynek z prawej. Za każdym razem dochodziło do zażartych bojów wśród chłopców o miejsce przy balasach. Wśród dziewczynek także dochodziło do szamotaniny. A chodziło o to, że stanie przy samych balasach dawało możliwość oparcia się o nie w czasie przydługiego kazania i to dawało ulgę zmęczonym nogom. Wygodniej też było klęczeć, bo balasy ustawione na stopniu. Suma trwała dwie godziny i takie wsparcie choć trochę przynosiło ulgę bolącym nogom.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl