Wspomnienia dziadka Ignacego - część V

Spis treści
Wspomnienia dziadka Ignacego - część V
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Page 6
Page 7
Wszystkie strony
Wspomnienia dziadka Ignacego


CZĘŚĆ PIĄTA

Babka każdego dnia z rana śpiewała Godzinki i mnie kazała śpiewać. Nawet nauczyłem się śpiewać. Rano - raniusieńko wołała:
- Ignac, śpiewamy Godzinki - i zaczynała, a ja ciągnąłem za nią zasypiając. Od czasu do czasu przebudzałem się i wtedy wydzierałem na cały głos, by babka usłyszała, że śpiewam i... nadal zasypiałem.

Najgorsze były jesienne i zimowe poranki, dzień się robił późno a spać się chciało. Nieraz babka wołała:
- Dlaczego ty Ignac nie śpiewasz?
A ja przebudzony zaczynałem śpiewać w pierwszym lepszym miejscu, bo nie wiedziałem gdzie babka skończyła:
- Przybądź mi miłościwa Pani ku pomocy
  a wyrwij nas z potężnych rąk nieprzyjaciół mocy

Babka na to:
- Ty nie śpiewaj naprzód, śpiewaj to co ja - i ciągnęła dalej:
- Witaj zegarze, w którym ...

Najgorzej dokuczały mi roraty. Trzeba się było budzić bardzo rano, a potem iść na godzinę szóstą rano do kościoła. Zawsze prowadziłem babkę, bo było ciemno, a czasami ślisko. Kierowałem krokami babki i dyrygowałem:
- Tu dołek, tu pagórek, niech babka podnosi nogi wyżej, tu ślisko, stąpajcie ostrożnie itd.
Zasadniczo służyłem do mszy na roratach, ale zostawałem też służyć na drugiej mszy, a potem biegłem do szkoły.

Była to moja wina. Coś manipulowałem koło budzika i ... stanął. Nad ranem kogut zapiał. Babka zaczęła mnie budzić do godzinek. Na roraty wybraliśmy się tak na oko, według gwiazd. Przyszliśmy pod kościół, a tu wszystkie drzwi zamknięte. Babka przykucnęła w kąciku przy wielkich drzwiach. Ja usiadłem na książkach koło babki, a raczej wlazłem pod jej chustkę, i grzałem się. Było mi ciepło i usnąłem. Babka w zimie odziewała się w ciepłą, grubą, wełnianą chustę.
Nadszedł kościelny i chciał otworzyć główne drzwi by wyjść na wieżę i zadzwonić na roraty. Jak zobaczył jakąś kupę czegoś, co nie mógł rozróżnić w szarości zimowego poranka, wystraszył się i uciekł. Za chwilę przyszedł z jakimś chłopem. Rozpoznali nas i zapytali co my tu robimy. Babka mówi:
- Przyszlim na roraty.
- Tak rano? Dopiero piąta, roraty są o szóstej - wyjaśnił kościelny.
Nieraz nam się jeszcze przydarzyło przyjść o wiele za wcześnie.

Babka miała wielką księgę, tak wielką, jak mszał kościelny. Były tam opisane żywoty świętych, na każdy dzień kalendarzowy inny święty. Babka codziennie musiała przeczytać odpowiedni żywot.
Niedaleko była łaźnia żydowska. Ja i Piotrek Grochmalicki chodziliśmy pomagać stróżowi pompować wodę. Za to w piątek, gdy wszyscy żydzi wykąpali się, my obaj mieliśmy prawo się wykąpać. Korzystaliśmy z parówek i z wanien pierwszej klasy. 

Chodziłem po rynku. Do studni podszedł z wiadrem stary Żyd. Zaproponował mi, bym mu napompował wody i zaniósł do domu, a on mi da za to cukierków albo bułkę. Napompowałem wody i niosę wiadro za Żydem postępującym przodem. Weszliśmy do długiej, wąskiej i ciemnej sieni. Z tej sieni prowadziły drzwi do izby. Wszedłem za starym do izby i patrzę gdzie postawić wiadro. Drzwi zostawiłem otwarte by łatwiej uciec w razie czego. Żyd coś zaszwargotał do żony. Coś mi się wydało, że oni się zmawiają by mnie wziąć na krew do macy (takimi historiami obarczano Żydów). Puściłem wiadro z ręki, woda rozlała się po całej kuchni. Ja do drzwi, a stary Żyd stał na środku oniemiały. Ponieważ stał mi na drodze niechcący pchnąłem go tak nieszczęśliwie, że upadł jak długi na podłogę. Narobił okropnego gwałtu. Ja do sieni, a z sieni na pole. Biegli za mną, ale ja się nie oglądałem.  

Pewnej niedzieli w domu dostałem jedną koronę na zeszyty i książki. Po południu wybrałem się do Błażowej. Po drodze poszedłem z Antoszką do Rybnika, by dalej przez las i Ujazdy gościńcem dojść do Błażowej. Antoszka gnała bydło na pastwisko. Trochę posiedziałem z nią przed ruszeniem w dalszą drogę.
Rano w poniedziałek poszedłem do szkoły i chciałem zapłacić panu na zeszyty i książki. Szukam w kieszeni, a korony nie ma. Przypomniałem sobie, że na pewno gdy leżałem w Rybniku na trawie, ta korona mogła mi wysunąć się z kieszeni. Natychmiast po powrocie ze szkoły i pośpiesznym obiedzie poszedłem do Rybnika szukać pieniądza. Babce nic nie powiedziałem. Spieszyłem się jak tylko mogłem. Gdzie tylko siły pozwalały biegłem, byle szybciej. Koronę znalazłem na wyleżanym miejscu. Ucieszony złapałem koronę i pędem do Błażowej, a była to droga nie krótka, chyba z osiem kilometrów w jedną stronę. Droga powrotna prowadziła z góry przeważnie, toteż łatwiej było biec.
Przed wieczorem byłem z powrotem u babki. Nawet się nie spostrzegła, że mnie nie było. Myślała, że się bawię u Grochmalickiego.

Na drugi dzień, gdy byłem jeszcze w szkole, przyszła mamusia dowiedzieć się o mnie. Pytała babki, czy ja wczoraj gdzie nie chodziłem. Babka potwierdziła, że bawiłem się u Grochmalickiego. Mamusia jej powiedziała, że chyba jakieś złe musiało przemienić się w chłopaka, bo sąsiedzkie dziewczęta widziały mnie w Rybniku jak szedłem na Ujazdy. W domu pomyśleli, że jakieś złe wodzi mnie po krzakach. Mamusia zchulczyła (zwymyślała) Antoszkę, dlaczego mnie nie podprowadziła. Wyjaśniłem mamusi jak to było naprawdę.

Często w soboty po nauce biegałem do domu. Najgorzej było przez las ciągnący się około kilometra. Od babki nauczyłem się pobożnej pieśni „Kto się w opiekę odda Panu swemu...”. Biegłem środkiem drogi, by dokładnie widzieć z której strony drogi wychodzi strach i by mieć czas na uskoczenie w przeciwną stronę. Na cały głos śpiewałem tę pieśń, bo ona dodawała mi otuchy. Tak robiłem często, to mi pomagało.

Zbliżało się święto Trzech Króli. Uprosiłem pana o jeden dzień wolnego i wybrałem się do Wesołej. Po południu zerwała się zawierucha śnieżna, która zaskoczyła mnie w drodze. Na Ujazdach spotkałem chłopa, który szedł do Wesołej. W rozmowie powiedział, że zna mojego brata. Rozstaliśmy się przy Bani. On poszedł harendarską drogą, a ja na przełaj polną drogą, w zadymie dolazłem do domu. Kiedy wszedłem do izby, było już mroczno. Domownicy rozpoznali mnie dopiero po jakimś czasie i wszyscy chórem zawołali:
- A ty tu po co... w taką zadymę? - nie mając nic złego na myśli, tylko z nerwów. Niewiele myśląc odwinąłem na pięcie i wypadłem z domu na drogę w pola koło studni. Antoszka dopędziła mnie i za rękę przyciągnęła do domu. Ja się rozżaliłem i powiadam:
- Wy tu siedzicie wszyscy razem a ja mały, muszę być tam sam.
- Dobrze, że przyszedłeś, ale co by było, gdyby cię śnieg zasypał? - spytała mamusia z troską w głosie.

Zresztą nigdy nie byli ucieszeni z mojego przyjścia zimową porą, bo trzeba było mnie odwozić z powrotem, a to czasami było bardzo uciążliwe i dla ludzi i dla koni.
Letnią porą sam chodziłem; z domu wychodziłem w niedzielne popołudnie lub do świtu w poniedziałek by zdążyć na czas do szkoły. Antoszka wstawała bardzo wcześnie i smażyła mi jaśnicę (jajecznicę) na skwarkach ze słoniny, krajała pajdę chleba. Popijałem to słodkim mlekiem i w drogę. Domownicy jeszcze dosypiali, gdy ja byłem już w drodze.
Późną jesienią było jeszcze całkiem ciemno, gdy ja wyruszałem w drogę. Gdy o godzinie piątej dzwoniono na Anioł Pański, już byłem daleko od domu.

W jedną z niedziel byłem na chrzcinach u Maryśki na Wyrębach. Maryśka po chrzcinach zawinęła mi w sumkę ładnego chleba z mąki pytlowanej, gotowanej słoniny i dała piątkę (5 centów). Do wymarszu zbudzili mnie raniusieńko. Nie chciałem wstawać, ale musiałem się zwlec. A w ogóle, te ranne wstawania w poniedziałek kosztowały mnie dużo zdrowia. Tatuś też się ubrał, by mnie podprowadzić kawałek drogi. Poprosiłem mamusię, by powiedziała tatusiowi, aby on mnie odprowadził aż do szkoły i usprawiedliwił spóźnienie. Mamusia obiecała wstawić się za mną i wyprawiła nas w drogę.
Kiedy znaleźliśmy się na szczycie drugiego już wzgórza tatuś powiedział, że już widać Błażową i mogę dojść sam. A ja w płacz, że sam nie pójdę, żeby tatuś szedł usprawiedliwić moje spóźnienie. Tatuś poprosił mnie, bym już dalej szedł sam, jest dzień, nie powinienem niczego się bać. Nic nie pomagało. W pewnym momencie strzelił mi do głowy pomysł. Nic nie mówiąc odwróciłem na pięcie i bez słowa puściłem się pędem z góry prosto do szkoły. Nie spóźniłem się.

Siostra Tekla wróciła z Ameryki i przywiozła mi mały zegarek. Nosiłem go do szkoły, ale bałem się, że pan usłyszy tykanie, bo jednak bardzo głośno tykał. Schowałem go pod ławkę. Jeszcze lepiej było słychać. Zostawiałem go w skrzynce w domu. Przychodził do mnie Grochmalicki Piotrek. Otworzył skrzyneczkę, wyjął zegarek i zaczął się nim bawić. Wypadło szkiełko. Chciałem to szkiełko założyć. Oderwałem coś i szkiełko już w żaden sposób nie dało się założyć. Poszedłem do zegarmistrza, ale ten powiedział, że to się nie da naprawić. Piotrek powiedział, że da go naprawić do innego zegarmistrza. Jak wziął, tak już więcej zegarka nie widziałem.

W zapusty było wesele brata Maćka. Na weselu nie byłem, ale na poprawiny w niedzielę przyszedłem. Przyniosłem ze sobą ładne ołówki, zeszyty i gumkę do mazania. Chciałem się tym wszystkim pochwalić. W naszym wiejskim sklepie nie było takich przedmiotów. Maryśce pokazałem raderkę (gumkę do ścierania) czerwoną, a może białą. Ta, myśląc, że to cukierek ugryzła kawałek. Narobiłem wrzasku o tę gumkę. Maryśce zrobiło się nieprzyjemnie, dała mi piątkę (pięć centów). Za piątaka można było kupić dwie takie gumki, ale mnie to nie satysfakcjonowało. Obawiałem się, że drugiej takiej żyd może już nie mieć. Niedaleka przyszłość pokazała, jak słuszne były moje obawy. Po powrocie do Błażowej popędziłem do żyda, ale już oczywiście takich samych raderek nie miał. Były może nawet ładniejsze, ale nie takie.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl