Wspomnienia dziadka Ignacego, cz. VIII

Spis treści
Wspomnienia dziadka Ignacego, cz. VIII
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Page 6
Wszystkie strony

    Była pogodna noc. Doszliśmy do jakiejś wsi. Rosjan zamknęliśmy w pierwszej napotkanej chałupie  wystawiając wartę na zewnątrz. Ja jako dowódca nie musiałem pełnić służby wartowniczej. Było nas jednak mało i każdy musiał trochę odpocząć tośmy się sprawiedliwie co jakiś czas na służbie zmieniali. Jeńcy byli szczęśliwi, że wojna się dla nich skończyła i mogli spokojnie spać. Mówili, że przez dwie ostatnie noce oka nie zmrużyli.

Rano ruszyliśmy w dalszą drogę. Koło południa skierowano nas do jakiegoś dworu, gdzie było dowództwo dywizji i gdzie gromadzono sprowadzanych ze wszystkich stron jeńców. Tu czekałem na zdanie naszych jeńców i potwierdzenie tego faktu. Potrzebne mi też było potwierdzenie wykonywania rozkazu w czasie nieobecności w kompani, i że nie dezerterowałem. To dla żandarmerii. Nie bardzo mi się spieszyło z przekazywaniem ich, a ci nabrawszy do mnie zaufania trzymali się blisko i byli na każde zawołanie. Starałem się o ich wyżywienie.  Zgromadzono już ponad tysiąc jeńców.

Po otrzymaniu zaświadczenia ruszyliśmy w drogę powrotną. Szliśmy już szosą. Doszliśmy do znanego nam młyna. Widać było ślady bitwy. Młyn był częściowo zburzony, mostu nie było. Nasi saperzy budowali prowizoryczny most. Kończyli właśnie budowę.
Przed mostem, na polu pojawiły się groby, których przedtem nie było. Znalazłem grób kolegi z mojej sekcji. Był w moim wieku. Pochodził ze wsi koło Dynowa. Nazwiska dziś już nie pamiętam. Miał postawiony krzyż brzozowy a na nim tabliczkę z nazwiskiem.

Szliśmy dalej. Zbliżała się noc. Skręciliśmy do pobliskiej wsi. Tu widać było wojsko. Może nasz pułk? Okazało się jednak, że był to pułk węgierski. Chcieliśmy zajść do jednej z opuszczonych chat. Poprzedzał nas żołnierz węgierski. Kiedy otworzył drzwi, z pieca skoczył na głowę Węgra duży, bury kot. Zsuwając się z głowy przerażonego Madziara pazurami podrapał mu twarz. Śmialiśmy się z niego i to go tak rozsierdziło, że rzucił się na nas. Musieliśmy szybko uciekać przed nim.
Tu dowiedzieliśmy się, że nasz pułk zmienił kierunek i poszedł na Równe. Pomału podążaliśmy za nim. Nie spieszyliśmy się bardzo, bo przed nami na froncie było bardzo gorąco. Wreszcie dotarliśmy pod Klewań, gdzie spotkaliśmy nasze oddziały. Wędrówka nasza trwała dłużej niż tydzień.

Po złożeniu meldunku zostaliśmy odesłani do macierzystej kompani. Był dzień, więc do linii nie dało się dojść. Czekaliśmy nocy przy kuchni.
Poczta polowa dostarczyła mi list od rodziców. Zaraz odpisałem, że jestem zdrów. Koło kuchni pokrzepiliśmy się dobrze, bo byliśmy wygłodzeni w czasie naszej wędrówki. Ogryzłem kilka kości wołowych.
Nocą ruszyliśmy ku linii. Okopy nasze były w szczerym polu. Komendant plutonu Fähnrich szczerze się ucieszył z mego powrotu, bo nie miał z kim porozmawiać w czasie mojej nieobecności. Na froncie w tej chwili był spokój. Przeczekaliśmy tak do drugiego rana.

W nocy dostarczyli nam amunicji pod dostatkiem. Przed świtem ruszyli nas z okopów do angryfu (ataku). Posuwaliśmy się ostrożnie, skokami, pojedynczo. Wreszcie Moskale spostrzegli nas i rozpoczęli ostrzał karabinowy i artyleryjski swego przedpola. Natychmiast nasza artyleria odpowiedziała im. Ostrzeliwując się gęsto, podsuwaliśmy się skokami i czołganiem.
Bez przerwy rozlegała się komenda:
- Vorwärtz!
Linia przerzedzała się, żywi parli do przodu.
Już nadeszło południe, a my ciągle w natarciu. Wystrzelałem masę naboi i zaczął mi się wyczerpywać ich zapas. Zacząłem strzelać bardzo rozważnie.

Pod wieczór obie artylerie przestały ostrzeliwać przednie linie, przeniosły swój ogień na tyły przeciwnika. Nie było już rozkazu Vorwärtz. Leżeliśmy cicho. W nocy kuchnie nie dojechały mimo, że na froncie zapanowała cisza. Całkiem wyraźnie słyszałem rozmowy rosyjskie. Znaczyło to, że podeszliśmy pod okopy rosyjskie.
Stąd właśnie wstrzymanie ognia artyleryjskiego. Dlatego nie dojechały kuchnie. Atakowaliśmy polami, wśród traw, zbóż i ziemniaków. Nie widzieliśmy, że podsunęliśmy się tak blisko nieprzyjaciela.
Wytworzyła się sytuacja patowa. Nie mogliśmy się podnieść do odwrotu, po pierwsze dlatego, że szkoda było tak drogo zdobytego terenu, po drugie - nie było rozkazu, a po trzecie - nikt nie chciał się narażać na kule nieprzyjacielskie. Ostatecznego zwycięstwa nie mogliśmy osiągnąć, bo do ataku na bagnety nie było już wystarczających sił. Oddziały przerzedziły się znacznie.
Podobnie było chyba i u Moskali.

U nich jednak sytuacja była lepsza, o czym później się przekonaliśmy. Oni siedzieli w poprzednio przygotowanych okopach z podchodnymi rowami strzeleckimi, a myśmy atakowali w szczerym polu. Oni mogli otrzymywać tymi rowami zaopatrzenie. W nocy dochodził do nas zapach zupy. My siedzieliśmy w wygrzebanych dołkach głodni i spragnieni. Czekaliśmy na posiłki.
Po dobie głodówki zjadłem ostatnią konserwę i resztę sucharów. Popić nie było czym. W nocy lizałem rosę z karabinu i liści.

Rosjanie mieli dobry wywiad o naszym wojsku, znali rozmieszczenie pułków. Wołali do nas po rosyjsku:
- Wosiemnadcat'ka, dam wam chlieba.
I czasami dla żartu rzucali jakiś kawałek chleba lub suchara. Doszło nawet do groteskowej sytuacji, że sanitariusze, wysunąwszy nosze, szturchali się nimi.
W takim bezpośrednim sąsiedztwie siedzieliśmy trzy doby. W nocy czuwaliśmy w napięciu i gotowości do odparcia w każdej chwili ataku. Do strzelaniny rzadko kiedy dochodziło.

Czwartego dnia usłyszałem za sobą jakiś ruch i zobaczyłem sylwetki czołgających się żołnierzy. Przychodziło Vestrkunk  (wzmocnienie).
Po linii poszła komenda:
-  Podaj dalej. Bajonett auf.
Wiedziałem co to znaczy. Przyszedł czas na szturm okopów rosyjskich. Linia frontu zaczęła się zagęszczać. Przybyły kolega dał mi kawałek chleba i herbaty z rumem. Zakręciło mi się w głowie.

O świcie rozkaz do szturmu. Koledzy, przybyli z uzupełnienia, zerwali się pierwsi. Nie orientowali się, jak daleko jest do okopów nieprzyjaciela. Ja nie ruszałem się z miejsca i obserwowałem, co się będzie działo dalej. Widzę, że biegną krzycząc: huraaa!!!, a Moskali wcale nie widać, by zrywali się do kontrataku. Puściłem się za nimi z wielkim krzykiem.
Noc była pochmurna, a nad ranem rozpadał się rzęsisty deszcz. Ta chmurna noc ułatwiła dotarcie do nas posiłków. Nie wiadomo, czy dowództwo czekało na taką noc, czy był to tylko szczęśliwy zbieg okoliczności, bo w przeciwnym wypadku dotarcie posiłków do nas było niemożliwe bez znacznych strat w ludziach. Ciekawiło mnie już wcześniej, dlaczego mimo cichych wprawdzie, ale słyszalnych odgłosów przybywających posiłków, Rosjanie nie reagowali. Przecież musieli coś słyszeć. Od czasu do czasu pole było oświetlane przez rakiety nasze i rosyjskie. Co się okazało?

Moskali w okopach nie zastaliśmy. Wycofali się, korzystając z ciemności. Przyczyną wycofania się wojsk stojących przed nami było przerwanie frontu przez naszą armię na prawym skrzydle. Moskale wycofali się pośpiesznie w obawie przed okrążeniem. Czasami dolatywały do nas rosyjskie pociski artyleryjskie, ale już nie czyniły znaczących szkód.
Idąc tyralierą, kompania nasza doszła do wsi. Za nami przyszła kuchnia, żywność i amunicja. Po czterech dniach wreszcie dostaliśmy suty obiad, wyfasowali chleb i papierosy, żołd i wino oraz inne dodatki, jakie były przypisane żołnierzowi na froncie. Pobraliśmy amunicję. Potem dalej marsz.

Było już popołudnie, gdy przyszedł rozkaz okopania się. Panowała ogólna cisza. Moskali nie dopatrzyłem się, ale obserwatorzy dopatrzyli się linii frontu rosyjskiego. Obok mnie okopała się obsługa karabinu maszynowego. Nie byłem z tego towarzystwa zadowolony, bo artyleria rosyjska zawsze próbowała w pierwszej kolejności wymacać stanowiska karabinów maszynowych i zniszczyć je. Można przy tej okazji oberwać. Trudno, nic nie mogłem na to poradzić.
Ciszę przerwała nawała naszej artylerii, która zaczęła bić na tyły nieprzyjaciela. Odpowiedziała jej artyleria rosyjska, bijąc w nasze okopy. Była celniejsza. W dali widziałem ich balon obserwacyjny. Z niego to obserwatorzy rosyjscy kierowali ogniem artyleryjskim.

Już są ranni i zabici. Widziałem kolegę z rozerwanym brzuchem. Brudną ręką podtrzymywał wylewające się wnętrzności. Twarz jego była wykrzywiona potwornym bólem i strachem.
- Vorwärtz.
Podsuwaliśmy się odważnie, bo z przeciwnej strony nie było ostrzału karabinowego. Biła tylko artyleria, ale ona i tak była celna, bo widziano nas z balonu i kierowano na nas ogień. Naraz padła salwa karabinowa, już są ranni i znowu zabici. Teraz nie możemy już iść tak odważnie. Podsuwamy się ostrożnie skokami, kopiąc za każdym razem chociaż płytkie dołki, aby tylko głowę schronić.
Tak do wieczora. Nie uszliśmy więcej niż pół kilometra. Na tej przestrzeni wykopałem ze 20 dołków. Kopało się, leżąc z głową przytuloną do ziemi. Moskale strzelali gęsto i ostrzeliwali nas ze szrapneli. Kule często trafiały w plecaki, które górowały nad plecami. Na noc zwolniliśmy tempo.

Rano skoro świt:
 - Vorwärtz.
Podsunęliśmy się trochę. Artyleria rosyjska biła szrapnelami. Znaleźliśmy się na wzniesieniu, tak, że trafiliśmy pod ogień ze wszystkich stron. Przed sobą widziałem miasto Kleweń. Dowództwo dążyło do zdobycia Równego.
Z tego wzniesienia wycofaliśmy się w biały dzień. Gdyby nas zostawili na tym wzgórzu cały dzień, nie uratowałaby się żywa dusza. Po naszym ustąpieniu Moskale zajęli pagórek. Mieli dobre pole ostrzału, widzieli nas jak na dłoni. Wycofaliśmy się na dogodniejsze pozycje. Tu leżeliśmy cały dzień, noc i następny dzień do południa.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl