Wspomnienia dziadka Ignacego - cz. IX

Spis treści
Wspomnienia dziadka Ignacego - cz. IX
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Page 6
Wszystkie strony

    Zbliżała się wiosna. Zaczęto robić przygotowania do ofensywy wiosennej. Nawieźli pod dostatkiem amunicji. Kontrolowali broń itd. Pewnego razu Fähnrich - szef kompani wrócił ze sztabu  batalionu czy też pułku. Zapytał kto ma alkohol i kazał posiadaczom wystąpić.
Przypuszczając, że to jakiś patrol - wystąpiłem. Lubiłem chodzić na patrole, tym bardziej, że szło się tyłami naszego frontu. Zjadło się coś koło kuchni, odpoczęło. Razem ze mną zgłosiło się dwunastu ochotników.

Dostaliśmy chleba, cukru, naboi i w drogę. Fähnrich powiedział, że idziemy na przedpole, poza zasieki zbadać plan sytuacyjny frontu rosyjskiego. Mina mi zrzedła. Nie ma rady, trzeba iść. Otrzymaliśmy pouczenie o konieczności zachowania maksymalnej ostrożności. Prawdziwy cel tego zwiadu znał chyba tylko Fähnrich.

Gdy zapadły już ciemności wyszliśmy z okopów i przeszli zasieki. W zasiekach były utworzone przejścia przeznaczone do wypadów na przedpole. Taka furtka była zastawiana kozłami obciągniętymi drutem kolczastym. Znaleźliśmy się na przedpolu między liniami frontu. Nasi wstrzymali oświetlanie tego terenu reflektorami i rakietami, by Moskale nie dopatrzyli się nas na przedpolu.

Posuwaliśmy się powoli, starając się zachować absolutną ciszę. Stąpaliśmy ostrożnie, bo na łąkach, którymi szliśmy, spod śniegu wystawały suche trawy bagienne. Za każdym nadepnięciem chrzęściły. Moskale jakby coś wyczuwając, prawie bez przerwy oświetlali rakietami i reflektorami cały teren. Do poruszania się wykorzystywaliśmy te krótkie chwile ciemności. Za każdym błyskiem przypadaliśmy do ziemi i wtulali w wyschnięte trawy. Wykorzystywaliśmy najmniejsze nierówności terenowe. Spotykaliśmy po drodze pozostałości z okopów i stanowisk strzeleckich pozostawionych przez wycofujących się Moskali. Wykorzystywaliśmy je do chronienia się przed wzrokiem nieprzyjaciela.

Tak doszliśmy do wody. Styr był szeroko rozlany, tworzył odnogi. Przez wodę zaczęliśmy przechodzić pojedynczo. Fähnrich pozostał na brzegu i wysyłał żołnierzy w pojedynkę. Kiedy pierwszy żołnierz doszedł do środka rzeki, Rosjanie wystrzelili rakietę świetlną. Ten przykucnął  i zanurzył się w wodzie aż po szyję. Mnie udało się wykorzystać ciemności między rakietami. Wodę miałem po pas. Była bardzo zimna. To były pierwsze dni marca (1916 r.).
Po mnie Fähnrich wysyłał już po dwóch żołnierzy, a na końcu przeszedł sam. Dalej posuwaliśmy się jakąś łąką, za każdą rakietą kryjąc się  w suchych trawach. Doszliśmy znów do jakiejś wody. Na drugim brzegu coś się czerniło, niby las. Cisza dookoła. Od czasu do czasu padał strzał. To strzelały posterunki, chyba tak, na wszelki wypadek.

Do tej drugiej wody weszliśmy wszyscy naraz. Narobiliśmy szumu. Zaświeciły rakiety. Przylgnęliśmy do wody. Rosjanie nie dostrzegli nas, bo przed ich wzrokiem zasłaniało nas sitowie porastające brzeg. Po zgaśnięciu rakiet ruszyliśmy przez wodę i dotarli na drugi brzeg. Tu pokładliśmy się w sitowiu na bagnie, gdyż nie było możliwości posunięcia się naprzód. W sitowiu gnieździły się dzikie kaczki, które spłoszyliśmy. Kaczki wyleciały w powietrze, robiąc wiele kaczego hałasu. Moskale zorientowali się, że dzieje się coś niedobrego i otworzyli ogień z karabinów i karabinu maszynowego. Strzelali aż do białego rana. Nie mogliśmy drgnąć. Byliśmy w pobliżu ich okopów, bo słyszeliśmy rozmowy i wydawane komendy. Przeleżeliśmy w bagnie cały dzień. Nie mogliśmy się ruszyć, bo przy najmniejszym nawet ruchu sitowie zaczynało szumieć i falować, co mogło nas łatwo zdradzić. Dzień był spokojny. Ze swego miejsca widzieliśmy doskonale nasze okopy. Dawaliśmy znaki, że jeszcze żyjemy, ale ich nie dostrzeżono.

Zrobiło się ciemno. Słyszeliśmy ruch w okopach rosyjskich i rozstawianie wart nocnych. Czekaliśmy w napięciu okazji do odwrotu. Trzeba było wybrać właściwy moment; aby było dostatecznie ciemno a Rosjanie nie zdążyli jeszcze wystawić czujek niedaleko naszych stanowisk. Stanowiska czujek rozpoznaliśmy jeszcze poprzedniej nocy.
Przez pierwszą wodę przeszliśmy spokojnie. Podczas przechodzenia przez następną, Rosjanie coś zauważyli. Zaczęli intensywnie świecić i strzelać. Styr miał kilka odgałęzień. Nie zważaliśmy już na niebezpieczeństwo ujawnienia się, każdy rwał na własną rękę. Z naszych okopów też strzelali. Nie spodziewali się swoich patroli między liniami. O nas myśleli, że dostaliśmy się do niewoli. Przecież cały dzień nie mieli od nas żadnego znaku życia.

Jakoś szczęśliwie znaleźliśmy się pod naszymi zasiekami. Udało się nam porozumieć z naszymi i przestali strzelać. Jedni koledzy próbowali przeczołgać się pod drutami, inni przeleźć górą ponad zasiekami wspinając się po kołkach przytrzymujących kozły. Ja przełaziłem górą. Kiedy znalazłem się na słupku, omiotła mnie smuga światła z reflektora rosyjskiego. Zamarłem bez ruchu. Zdawało mi się, że to światło parzy mnie. Kiedy światło przesunęło się w bok, ja po prostu spadłem jak kamień. Zacząłem przedzierać się przez zasieki nie czując nawet, że drut kolczasty rozdziera mi ubranie i ciało. W tymże momencie odezwał się rosyjski karabin maszynowy. Kule trzaskały po kołkach i dzwoniły o druty zasieków. Wszyscyśmy zdążyli przed nim wpaść do okopów. Okazało się, że to były okopy innej jednostki. W czasie odwrotu zboczyliśmy nieco, dlatego to musieliśmy przedzierać się przez zasieki. Tylko przed naszą kompanią były zrobione przejścia. Tam nie trafiliśmy.
Posterunki zatrzymały nas, bo nie znaliśmy hasła. Znaliśmy tylko hasło na wczorajszą noc. Sprowadzili naszych dowódców, którzy potwierdzili naszą tożsamość. Jeden z kolegów nie wrócił. Nie wiadomo co się z nim stało. Czy utonął w czasie przeprawy? Czy został zabity w czasie strzelaniny? Dowódca zdał sprawozdanie z przeprowadzonego patrolu. Dane były potrzebne do przygotowania ofensywy.

Z braku oficerów mnie przyznano komendę nad półplutonem i zaproponowano awans na Freitra (starszego szeregowego). Obawiałem się tej funkcji, uważanej w wojsku za najgorszą. Chciałem by zrobili mnie od razu kapralem. Ponieważ zrezygnowałem, awansowali Niemca austriackiego - Lorenza.  Ja odszedłem do służby szeregowca.


Z początkiem kwietnia 1916 roku zmienił nas inny pułk. Nasz 18. pułk wraz z całą dywizją odszedł na tyły na odpoczynek. Najpierw stanęliśmy koło stacji Maniewicze. Stąd odeszliśmy do wsi Gródek. W Maniewiczach przemaszerowaliśmy przed generałem, który odbierał defiladę. Cały sztab ustawił się na drodze, w miejscu, gdzie było trochę błotnisto. Błoto, nawet nie tak duże na początku, zostało rozdeptane tysiącem nóg w rozległe bajoro. Ciężko było z niego nogi wyciągać. Omal butów nie ściągało. Żołnierze patrzyli pod nogi i po żołniersku wymyślali. Generał odchylił połę płaszcza i krzyknął:
Schau (patrz)!
Płaszcz generalski miał przepisową czerwoną podszewkę. Generał pokazał ją, by zwrócić naszą uwagę i wyznaczyć kierunek, gdzie winniśmy byli patrzeć. Nikt się tym nie przejmował. Każdy wymęczony w okopach, obciążony dodatkową porcją amunicji, szedł jak mógł.

W Gródku sztab pułku ulokował się w pałacu, a nas rozkwaterowano po domach. Pałac w Gródku należał niegdyś do Kraszewskiego. Przyszły święta wielkanocne. Zamiast świętować  i odpoczywać, zostaliśmy ustawieni do przeglądu, a następnie czwórkami wyprowadzeni do lasu. Tam nas zamaskowano gałęziami. Nadjechał marszałek polny - Feldmarschal. Dokonał przeglądu stanu fizycznego  i moralnego wojska. Oglądał nas jak wyglądamy, jakie mamy miny czyli jakie są nasze nastroje. A tak naprawdę, to chciał się zorientować jak długo jeszcze wytrzymamy. Ta parada świąteczna zabrała nam cały dzień o głodzie, bo jak jedliśmy jeszcze śniadanie, to obiad wydali dopiero wieczorem.
W gazetach szumnie opisali, że feldmarszałek w czasie świąt Wielkanocnych odwiedził żołnierzy na pierwszej linii frontu wschodniego. Tymczasem stąd było dwa dni do linii frontu.
Po paru dniach postoju, koło południa wyszliśmy z Gródka.  Nocowaliśmy w jakimś folwarku. Na drugi dzień po południu stanęliśmy we wsi Horodyszcze nad Styrem, niedaleko wsi Kołki, którą zdobywaliśmy w jesieni ubiegłego roku.

Tu rozkwaterowaliśmy się na dobre. Aby nie chodzić na ćwiczenia, wkręciłem się do sanitariuszy i pracowałem przy wozie do odwożenia mundurów do odwszenia. To była pierwszorzędna markieracja.
Dopiero w Horodyszczu, po siedmiu miesiącach po raz pierwszy zobaczyliśmy kobietę. Bractwo na widok kobiety narobiło takiej wrzawy, że baba ze strachu, aż siadła na ziemi, zamiast uciekać.
Do łaźni, w której pracowałem, przyprowadzono znalezionych  w pobliskim lesie cywilów. Chodziło o zabezpieczenie się przed chorobami zakaźnymi, szczególnie tyfusem. Przychodziły kobiety, dzieci. Mężczyzn strzygliśmy maszynkami. Było z tym masę kłopotów. Byli to starowiercy i religia zabraniała im obcinania włosów. Po perswazjach pozwolili na ostrzyżenie tylko głowy, ale w żadnym wypadku nie pozwalali ostrzyc bród. Wielką atrakcją była kąpiel kobiet.  Łaźnia była oblężona. Patrole przepędzały zgłodniałych żołdaków.

Mieszkałem wraz z kilkoma kolegami w ziemiance.
Każdej niedzieli chodziliśmy na nabożeństwa, które ksiądz kapelan odprawiał na cmentarzu cerkiewnym. Kiedy nadszedł czas wymarszu na front, ksiądz spowiadał w cerkwi, a komunikował na zewnątrz, na cmentarzu.
W tym rejonie zauważyłem ciekawy sposób prania. Praczka musiała ubierać buty z cholewami. Zmoczoną w rzece bieliznę biła o te cholewy - to była cała technika prania. Z takiego prania wychodziła całkiem czysta bielizna.
Czasu wolnego mieliśmy pod dostatkiem; zabijaliśmy go grą w karty na pieniądze. Miałem szczęście i dlatego wygrywałem dużo pieniędzy. Jednego razu, i to na kilka dni przed odmarszem, wszystko przegrałem. Zresztą pieniądze na froncie nie miały żadnej wartości. Ja na przykład sprowadzałem z Krakowa zegarki i sprzedawałem ze znacznym zarobkiem kolegom. Ale to tylko tak dla zasady, bo pieniądze nie były mi potrzebne.

W czasie tego postoju sądzili dwóch dezerterów. Byli to prawdopodobnie Czesi. Zresztą Czesi jak mogli, tak unikali powinności frontowych.
Sądnego dnia uformowano oddział żołnierzy wybranych z batalionu, z którego pochodzili dezerterzy. Cały batalion został wyprowadzony, by był naocznym świadkiem karania dezercji. Chodziło o wzbudzenie strachu przed podejmowaniem takich dezerterskich kroków. Skazanych przyprowadziło dwóch kapelanów, którzy ich pocieszali na drogę do wieczności. Batalion był uzbrojony na ostro. Egzekucja miała się odbyć w szczerym polu. Wyszukano teren donicowato zagłębiony, niczym amfiteatr. Skazańców ustawiono w najniższym miejscu, a wojsko stało wokół na wzniesieniu. Zawiązano im oczy i kazano uklęknąć na jedno kolano. Jeden bok czworoboku ustawionego z żołnierzy zamykał sześcioosobowy pluton egzekucyjny. Komendant tego plutonu podniósł szablę a pluton zmierzył się do strzału. Szabla opadła, gruchnęła salwa, skazańcy padli. Oficer egzekucyjny podszedł do nich i oddał po jednym strzale w głowę. Zdarzenie to wywołało ogólne przygnębienie, żołnierze unikali rozmów pomiędzy sobą. Nastała ponura cisza. Rozstrzelanych sanitariusze złożyli na noszach i zanieśli na cmentarz prawosławny. Tam złożyli ich bez trumien do wcześniej przygotowanych grobów. Pochowali tak, jak żołnierzy padłych w polu.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl