Wspomnienia dziadka Ignacego - część X

Spis treści
Wspomnienia dziadka Ignacego - część X
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Page 6
Wszystkie strony

    Po wyjściu na równinę usłyszeliśmy głosy żołnierzy rosyjskich, ale nie mogliśmy ich dojrzeć. Nasi z wielkim strachem zaczęli wołać:
Nie strielaj. Nie strielaj, brat !
Na te wołania przybiegło paru Moskali. Ja dla pewności pomału zrobiłem parę kroków w tył. Jeśli zaczną bić z karabinów, pomyślałem, pobiegnę po karabin i będę się bronił do upadłego.
Aż tu słyszę jak Moskale pytają:
Wy Poljaki?
Jednym głosem odkrzyknęliśmy:
-  Polacy - chociaż byli między nami i Rusini, i Niemcy, i inne nacje.

Na to oni zaczęli nam wymyślać:
-    A wy duraki. Wy budietie za Austriu barotsa ? Iditie k'nam. U nas  chleba mnogo. Budietie charaszo żit'. (Wy głupcy. Wy chcecie się  za Austrię bić? Chodźcie do nas. U nas chleba dużo. Będziecie dobrze  żyć).
Słysząc takie zaproszenie, wysunąłem się do przodu, bo z tyłu można było jeszcze coś oberwać, ale ważniejsze było to, że prowadziłem rannego Franka. Był on już tak osłabiony, że nie mógł iść dalej.

Szliśmy koło jakiegoś zabudowania. Usłyszałem krzyk i jęki rannego. Mówię do prowadzącego nas Moskala, że trzeba go ratować. Powiedział:
-   Charaszo.(Dobrze)
Wyznaczył nas czterech i poprowadził do ogrodu. Znaleźliśmy tam żołnierza rosyjskiego z urwaną nogą. Naprędce zabandażowałem ranę swoim bandażem. Na sporządzonych naprędce noszach ponieśliśmy go do najbliższego szpitala polowego, który był urządzony w jakiejś chłopskiej chałupie. Widziałem tam dużo rannych i jęczących Rosjan. Lekarze operowali na zwykłym stole. Tam też zostawiłem rannego Franka, którym zaopiekował się sanitariusz.

Wyszedłem ze szpitalika i zacząłem szukać swoich. Kręciło się tu dużo Rosjan i jeden z nich zaczepił mnie. Powiedziałem mu, że szukam Austriaków. Wskazał mi miejsce i z zadowoleniem powiedział:
-  Tam jest waszych dużo. Pewnie Austrii nie pozostało dużo wojska.
Rzeczywiście, gdy trafiłem do swoich, zorientowałem się, że jest nas dużo. Rano stwierdziłem, że jest nas więcej jak batalion. Leżeli na ziemi, a pilnowało ich zaledwie kilku wartowników. Dookoła było ogrodzenie z żerdzi. Znalazłem sobie spokojne miejsce i odmówiłem modlitwę. Podziękowałem Panu Bogu za to, że minął rok mojego wojowania, a ja cały i zdrów. A przecież w tym czasie tylu moich kolegów poległo na polu chwały. Wreszcie ułożyłem się do snu. A był on mi bardzo potrzebny po tylu fizycznych i nerwowych przeżyciach. Spałem spokojnie, bez obawy, że za chwilę ogłoszą alarm i bez strachu przed wybuchem granatu, czy zabłąkaną kulką.

Wcześnie rano obudzono nas do odmarszu. Szliśmy w stronę Kiwerców, gdzie przedwczoraj stoczyliśmy niefortunną bitwę, po której musieliśmy się wycofywać prawie całą noc. Teraz szliśmy prostą drogą tak, że do Kiwerców doszliśmy na południe. Tu zobaczyłem porozwieszane na płotach austriackie koce i namioty porzucone przedwczoraj przez nasze wojsko. Namokły one w czasie nocnego deszczu.
Zobaczyłem między innymi i swój koc i namiot. Porzuciłem je w lesie w piątek (a dziś już niedziela), bo mi ciążyły, a ciągle maszerowaliśmy. Zresztą było lato i wystarczał płaszcz, a na zimę i tak musieli by wydać nowe koce.

Tu skoncentrowano wszystkich zabranych do niewoli Austriaków i Niemców.  Niemców było stosunkowo niewielu. Jeńców sprowadzano ze wszystkich stron.
Ruszyliśmy w dalszą drogę. Było nas ponad 2.000 jeńców. Szliśmy przez cały dzień do Równego. O jedzeniu nie było mowy. Idąc przez las, spotykaliśmy zabitych Austriaków. Rosjanie swoich pogrzebali. Jednym z ważniejszych celów pośpiesznego grzebania swoich żołnierzy były względy psychologiczne. Chodziło o to, by widok zabitych nie wpływał demoralizująco na pozostałych i by nie było widać jak wiele wojska ubyło. Wyglądało na to, że ginęli tylko Austriacy. Rosjan też wielu ubyło. Każdego zabitego Austriaka rewidowałem, czy nie ma coś do jedzenia. Stwierdziłem jednak, że już to zrobili inni przede mną. Szliśmy dalej głodni. Głód mnie zmusił do szukania fortelu celem zdobycia jedzenia. Przyśpieszyłem kroku tak, że wyprzedziłem całą kolumnę. Prowadzący nas konwojent krzyknął:
Kuda, gdzie ci tak spieszno?
Nie odpowiadając mu, waliłem naprzód, bo już z daleka widziałem nadjeżdżające ruskie podwody. Jeżeli wiozą prowiant, to na pewno coś wskóram. Doszedłem do pierwszej furmanki, uczepiłem się i poprosiłem woźnicę by dał mi chleba. Ten zdzielił mnie dwa razy batem, ale ja mimo wszystko nie odstąpiłem, bo czułem zapach chleba. Furman widząc, że się mnie nie pozbędzie sięgnął do wnętrza budy (wozy były kryte płótnem nieprzemakalnym celem ochrony przed deszczem) i wyciągnął górną skórę dużego chleba. Dał mi i powiedział:
Kuszaj, na zdrowie.
Natychmiast odszedłem od wozu, bo już zbliżali się inni jeńcy i mogli mi moją zdobycz wyrwać. Każdy był głodny. Doszedłem do jakichś zabudowań gospodarskich i tam się schroniłem. Konwojenci nie zwracali na mnie uwagi. Skórkę chleba połamałem na kostki, bo w całości nie chciała się zmieścić do plecaka. Musiał to być bardzo duży chleb wojskowy. Podzieliłem się z najbliższymi.

Przed wieczorem byliśmy już w Klewni i odpoczywali na rynku. Oglądałem skutki walk jesiennych, o których już wspominałem.
Po odpoczynku, gdy już się ściemniło, ruszyliśmy dalej. Marsz był powolny, bo żołnierze wymęczeni na froncie potrzebowali częstych odpoczynków. Kładli się po drodze i zasypiali. Nie pomagały zachęcenia i poganianie nas, pochód rozciągnął się na znacznej przestrzeni. Zostałem daleko w tyle. Nie mogłem już iść, morzył mnie sen.
Obserwowałem jak konwojenci odnoszą się do nas, jak obchodzą się z nami kozacy? Bardzo po ludzku.
W tyle pozostała nas znaczna grupa. Nadjechał kozak na koniu. Zaraz nam doda sił nahajką - pomyślałem. Spytał, czy jesteśmy bardzo zmęczeni. Mówimy, że nie mamy już sił dalej iść i że chce nam się bardzo spać. Kozak powiedział:
Ja panimaju (ja rozumiem) - ale on nic na to nie może poradzić. Powiedział, że musimy się zmobilizować i dojść do Równego, gdzie dostaniemy jeść. Jeżeli wcześniej dojdziemy, będziemy wcześniej jedli. Zaciął konia i odjechał.

Pomału dociągnęliśmy do kolumny. Wyciągając nogi wyprzedziliśmy kolumnę i wyszli na jej czoło. Droga dość stromo wznosiła się do góry. Jeńcy już nie mogli wyjść na szczyt. Wszyscy popadali, gdzie kto stał. Ja, po stromej skarpie wdrapałem się na pole. Stąd miałem widok na całą kolumnę. Wlazłem w żyto i usnąłem.
Naraz budzi mnie jakiś hałas. Zerwałem się i z przyzwyczajenia szukam karabinu, jak to miało miejsce na froncie. Ot, taki wojskowy nawyk. Na froncie kładąc się na spoczynek, karabin układało się koło siebie, by w każdej chwili był pod ręką. Słyszę strzelaninę i nawoływania, widzę smugi reflektorów. Nie mogę zorientować się, czy to sen, czy jawa. Przecież już ponad dobę oddalamy się od frontu. Skąd się tu wzięli Austriacy? Pewnie się zaczyna walka i może nas odbiją?  I znów się zacznie w kółko to samo: strzelanie, naprzód, wycofywanie się - i tak  bez końca.

Zacząłem przemyśliwać sposoby ukrycia się przed "wyzwoleniem". Pytam jakiegoś kolegi, który  oślepiony reflektorem wpadł na mnie, co się stało. Wyjaśnił mi, że to artyleria rosyjska jedzie na front i nie może się przedostać, bo na drodze leżą nasi i twardo śpią. Postawa Rosjan zaskoczyła mnie. Myślałem, że w takich wypadkach  zawalidrogów trzeba zganiać siłą,  przy pomocy kopniaków, kolb i wyciorów, a może nawet i szabel. Tak robili Austriacy, a szczególnie Węgrzy z jeńcami rosyjskimi.
Tymczasem to, co oni zrobili, wprowadziło mnie w zdumienie i uznanie dla Rosjan za ich człowieczeństwo. Artylerzyści szli od jednego do drugiego i prosili, by się usunął z drogi, bo mogą go najechać. Ponieważ nie bardzo to im się udawało, otworzyli kanonadę w powietrze. To podniosło wszystkich na nogi. Jeńcy zalegali drogę minimum na odcinku półkilometrowym. Z tego powodu przejazd artylerii trwał ponad godzinę.
Po tym wszystkim już nie kładliśmy się, bo kozacy popędzili nas dalej. Z kilkoma kolegami wyrwałem się naprzód. Chcieliśmy być pierwszymi przy kuchni. Dopędziliśmy rosyjskie podwody. Powskakiwaliśmy na wozy. Było ich cztery. Furmani i  żołnierze nie wzbraniali, nawet zrobili miejsce na wozach. Wasągi na wozach były płytkie, jak niecki. Ułożyłem się do snu i natychmiast usnąłem. Budzi mnie Moskal szarpiąc za ramię:
-  No, Austrijc, wstawaj , bo my jedziemy w bok od wsi, a wy pójdziecie prosto gościńcem do Równego. Do miasta niedaleko, wiorst trzy.

Już się robił dzień. Do miasta dotarliśmy, gdy słońce było już wysoko. Niestety, i teraz nie dano nam nic do jedzenia. Mieli przygotowane jedzenie dla nas, ale w ostatniej chwili nadszedł rozkaz i kuchnie skierowano do własnych oddziałów idących na front. Wyprosiłem z litr zupy i to mnie nieco pokrzepiło. Bardzo głodny nie byłem, bo miałem jeszcze skórkę z chleba.
Kiedy trafił się kto życzliwy z jedzeniem, to jeńcy rzucali się na niego. Skutek był taki, że życzliwi Moskale obawiając się przewrócenia i stratowania, nie chcieli nic dawać. Najagresywniejsi szli w czele kolumny jenieckiej. Ja pozostawałem w pojedynkę na końcu kolumny i jak się okazało, wcale dobrze na tym wychodziłem. Kobiety się litowały, że ja taki młody, prawie dziecko, a Austria wzięła mnie na wojnę. Zawsze jakaś babka wetknęła mi bocheneczek chleba, a to pieroga, czasami pieczonego ziemniaka. Nie biedowałem w marszu do niewoli.
Jeden z kozaków widząc jak pozostaję w tyle  kiwnął palcem bym podszedł do niego. Pomyślałem, że pośpieszy mnie nahajką i popędzi do gromady. Podchodząc do niego zacząłem kuleć. A ten mi powiedział, że jeżeli nie mogę iść to mogę poczekać. Za nami jadą furmanki to mnie zabiorą. Miałem powiedzieć furmanom, że to on kazał mnie zabrać.

Szosa miała twardą nawierzchnię z tłuczonego kamienia. Pobocza były wąskie i miękkie. Równolegle do szosy, po obu stronach, biegły drogi gruntowe dla jazdy wozami z nie kutymi kołami tzn. bez obręczy. Dzwona (piasty) wykonywano z jednorodnego pniaka brzozowego lub dębowego. Tej miękkiej drogi używali również furmani jeżdżący końmi "bosymi”, tj. nie kutymi, by nie ścierały kopyt końskich i nie odbijały nóg. Nie kute koła także szybko się zużywały na bitej szosie.
Nadjechał gospodarz wiozący trzy kobiety. Uczepiłem się wozu i proszę by mnie wziął na wóz i że kozak tak kazał. Nie bardzo mogłem się z nim porozumieć, ale w końcu zrozumiał o co chodzi. Kobiety zrobiły mi miejsce i usadowiłem się wygodnie. Odczułem ulgę. Poczęstowali mnie obwarzankiem, a jedna z kobiet dała mi kawałek sera. Podziękowałem im, bo zdawałem sobie sprawę, że sami nie mają za wiele. Ale odmówić nie wypadało, bo dawali z dobrego serca.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl