Wspomnienia dziadka Ignacego - cz. XI

Spis treści
Wspomnienia dziadka Ignacego - cz. XI
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Page 6
Page 7
Wszystkie strony

   W lutym 1917 roku abdykował car Mikołaj. Wojsko rzuciło broń  i chłopi zaczęli wracać do domów.  W kraju zapanował ogólny chaos. Przestało działać prawo państwowe. Zniknęli stróże carskiego porządku prawnego.

    I do nas dotarła rewolucja robotniczo-chłopska.

W czasie wojny dekownicy, którzy uniknęli służby wojskowej, potworzyli bandy i zajmowali się rabunkami.  Żony żołnierzy frontowych były bezradne wobec tych band, nie miał ich kto bronić. Na ogół tam, gdzie byli jeńcy austriaccy - rabuśnicy nie dokonywali napadów.
W okresie przejściowym policja carska została zlikwidowana. Sądów nie było, bo sędziów aresztowano, zarzucając im, że tendencyjnie sądzili robotników i rewolucjonistów. Popów również wywieziono, aby nadal nie "tumanili ludzi". Pokrzywdzeni nie mieli do kogo się udać ze skargą  i znikąd nie mogli oczekiwać pomocy.

Żołnierze, którzy powrócili z wojska, postanowili we własnym zakresie zorganizować samoobronę przed rabusiami i samosąd nad nimi. W mojej wsi złapano w sumie 11 rabusiów.

Pewnego dnia zwołano ze wsi wszystkich dorosłych mężczyzn do budynku gminy. Zgromadzeni zasądzili wszystkich złapanych bandytów i złodziei  na śmierć. Wykonawcami wyroku mieli być sami mieszkańcy wsi.
Wystawiono dwie urny. W pierwszej były karteczki z nazwiskami zasądzonych przestępców. W drugiej urnie były karteczki z nazwiskami wszystkich mężczyzn z tej wsi. Z aresztu przyprowadzano pojedynczo skazanych bandytów, a każdy  z nich wyciągał z drugiej urny kartkę z nazwiskiem mieszkańca wsi. Wywołany mężczyzna brał przygotowaną wcześniej potężną, drewnianą buławę i ogłuszał, a w każdym bądź razie powalał na podłogę przestępcę. Inni współmieszkańcy wsi wyzywali skazanego i podjudzali mężczyznę z pałką. W momencie, kiedy oskarżony upadał na ziemię, wszyscy obecni w sali zaczynali tłoczyć się na skazanym zadeptując go na śmierć. Tak postąpiono po kolei ze wszystkimi 11 złapanymi złodziejami i bandytami. Zwłoki ich wrzucono na wóz  i zawieziono na okopisko, gdzie zakopywano zdechłe zwierzęta. Tak straszny był sąd ludowy, ale nie było innej drogi dla powstrzymania bandyckiego rozpasania.

Zbliżała się wiosna 1918 roku. Dekrety Delegatów Rad Robotniczych w spawach ziemi dla chłopów wchodziły w życie.
Chłopi w tej wsi opanowali dwa młyny i majątek dworski. Rozdrapywali, co kto mógł. Przede wszystkim czynili to sami bogatsi gospodarze. Biedni nie szli po cudzy majątek, bo by nie mieli nawet gdzie trzymać tego bydła, ani nie mieli dla niego paszy.

Widząc, co robią inni, zaprzągłem konie do wozu i pojechałem na folwark myśląc, że może uda się coś zabrać. Poszedłem do chlewów, gdzie przedtem było około 60 świń, którymi zajmował się znajomy Austriak. Nie było już co brać. Żeby nie wracać z pustymi rękami załadowałem kilka bali prasowanego siana. Poszedłem do pałacu. Tu zauważyłem pocięte nożami sofy, kanapy wyściełane drogimi materiałami i skórą. Meble połamane. Gdzieniegdzie widniały ślady krwi. Widać było ślady walki. Chyba właściciele próbowali się bronić. W pałacu nie było już nikogo.

Nadeszły nasze święta Wielkanocne. Wiał silny wiatr i zerwał dach domu mojej gospodyni. Poza tym przygotowano sieczkarnię dla zrobienia zapasu sieczki dla koni. Te wszystkie roboty wypadały w naszą Wielką Niedzielę i Poniedziałek Wielkanocny. Nie chciałem pracować w te dni i dlatego odszedłem od mojej dotychczasowej gospodyni.
Nająłem się do jednego Tatara za 30 rubli miesięcznie. Chciałem uzbierać sobie trochę pieniędzy, bo mówiono już o powrocie do domu. Tatar ten miał dwie pary koni: 3 ogiery i jedną kobyłę. Nie było mi jednak dane długo pracować u tego Tatara.

Po dwóch tygodniach zjechali do wsi komisarze bolszewiccy  z żołnierzami. Zarządzili pobór koni i ludzi do wojska.  Żaden z mieszkańców wsi nie chciał się zgłosić do wojska. Twierdzili, że niedawno powrócili z frontu i wystarczy tej tułaczki. Komisarze zrobili zebranie  i wyjaśnili, że obóz wrogi klasie robotniczej i chłopom  broni burżuazji i trzeba go zwalczyć. Między innymi mówili, że wojennoplenni, czyli my, wrócimy do domów, aby wystąpić również do walki z burżuazją i bogaczami w swoich krajach.

Zmobilizowali nas, jeńców. Zapewnili, że wracamy do Galicji. W ten sposób zorganizowali na zasadzie "dobrowolności" oddział składający się z 25 byłych jeńców austriackich, pracujących u gospodarzy we wsi oraz na folwarku. W zasadzie nie mieliśmy wyjścia. Folwark przestał istnieć, a gospodarze powrócili z wojny i nie potrzebowali służby. Nie było już dla nas tam miejsca. A z drugiej strony, chcieliśmy już odejść.
Między innymi, w tym doraźnie zorganizowanym oddziale znalazłem się i ja. Prawie wszyscy byliśmy tej myśli, że między tymi rozruchami prędzej uda nam się dostać do swoich domów.

Przekwaterowano nas do innej wsi, Wasilienka. Znajdowała się ona w pobliżu stacji kolejowej. Była tam już różna zbieranina cywili, zdemobilizowanych żołnierzy, dezerterów, kryminalistów, miejscowych łazików i byłych jeńców austriackich.  Żołnierze bolszewiccy trzymali warty wokół wsi, abyśmy w nocy nie pouciekali.
Podzielono nas na plutony, do których byli przydzieleni uzbrojeni żołnierze bolszewiccy. O ucieczce nie było mowy. Dano nam na kolację chleb biały, surową słoninę i herbatę. Rozlokowali nas po stodołach  i szopach gospodarskich. Roztrząsaliśmy, co to z nami będzie dalej. Jedni mówili, że będą nas rozstrzeliwać. Inni przewidywali,  że pójdziemy do pracy w kopalniach węgla. Jeszcze inni twierdzili, że będziemy wojować z wojskami austriackimi, które ponoć szybko posuwają się na wschód.

Około północy ogłoszono alarm. Zrobili zbiórkę, dali śniadanie. Otrzymaliśmy chlebaki, w których był chleb, słonina, cukier, herbata oraz 50 naboi karabinowych. Rozdano nam również karabiny. Kiedy byliśmy uzbrojeni i wyekwipowani do bitwy - wystąpił komisarz  i poinformował, że stację kolejową zajęły wojska Kiereńskiego. Musimy ją odbić, bo znajdują się tam pozostawione przez bolszewików wagony z amunicją i żywnością
Rozstawili nas tyralierą do ataku na stację kolejową. Ja znałem tę stację dobrze, gdyż dosyć często woziłem tam zboże.  Na prawo od stacji stały na murowanym podwyższeniu magazyny zbożowe. Umówiłem się z czterema kolegami, by w czasie ataku posuwać się ciągle na prawo, aby trafić na te magazyny. Planowaliśmy, że tam wciśniemy się pod podłogę, zostaniemy i nie pójdziemy już dalej z frontem. Potem zastanowimy się, co należy dalej czynić.

Zbliżaliśmy się do stacji. Kazali nam strzelać. Gruchnęły również strzały ze strony przeciwnej, ale ogień stamtąd był o wiele słabszy niż oddziałów bolszewickich. Wyglądało na to, że po przeciwnej stronie są bardzo małe siły. Naraz z prawego skrzydła rozległo się:
- Huraaa... na dworzec kolejowy!
My byliśmy już przy magazynach. Korzystając z tego, że na sygnał "huraaaa..." wszyscy ruszyli biegiem naprzód, my czterej wepchnęliśmy się  przez dziurę pod podłogę magazynów.

Zaczęło już szarzeć. Wstawał dzień. Pod podłogą zrobił się ruch i pisk - to spłoszone szczury biegały tu i tam piszcząc i gryząc się między sobą. W takim towarzystwie musieliśmy leżeć cały dzień. Szczury pomału przyzwyczajały się do naszego towarzystwa i łaziły bez obawy po nas. Byliśmy pomęczeni. Przespaliśmy tam cały dzień, a jeden z nas na zmianę czuwał i odpędzał zbyt natrętne szczury. Wieczorem wyczołgaliśmy się z tej kryjówki. Stacja była pusta. Wszystkie wagony odjechały. Ruszyliśmy z powrotem do "swojej" wsi. Przed świtem byliśmy u swoich gospodarzy.


Po południu byliśmy w mieście i zaszliśmy pod komendę dowództwa wojsk niemieckich. Armia niemiecka na tym odcinku przesunęła się aż po Charków.  Ja jako umiejący trochę po niemiecku zacząłem konferować ze stojącym tam na posterunku żołnierzem niemieckim. Przedstawiłem mu, że wracamy z niewoli i chcemy wrócić do Galicji. Niemiec rozzłościł się, skoczył do nas z karabinem i krzyczał:
- Wy nie chcieliście wojować i poszliście do niewoli, a teraz chcecie aby wami zainteresowała się komenda niemiecka?

Odstąpiliśmy od tej komendy i pojechaliśmy dorożką na odległy o 4 kilometry dworzec kolejowy. Na stacji wsiedliśmy do pociągu towarowego. Jechaliśmy w kierunku Jekaterynosławia, Wołoczysk, Kamieńca Podolskiego, aż do należących do Austrii Czerniowiec. Podróż odbywaliśmy bardzo powoli z powodu długich postojów na stacjach na skutek braku lokomotyw. Zazwyczaj, po przyjeździe eszelonu na kolejną stację, odczepiano od naszego pociągu lokomotywę i przyczepiano do innego, czekającego już  na tej stacji. Zdarzało się nieraz, że przez stację przejeżdżały dwa albo trzy pociągi, nie zatrzymując się na niej. Czasami na kolejnych stacjach czekaliśmy na lokomotywę dwa, trzy dni. Zapasy żywności wyczerpały się. Kupić nie można było, bo ludność miejscowa odnosiła się do nas wrogo, gdyż Niemcy rekwirowali u nich bydło i zboże dla zapewnienia wyżywienia wojska.

Na kolejnej stacji znowu odpięto  lokomotywę. Zanosiło się na dłuższy postój. Razem z kolegą wybraliśmy się do wsi na zakupy żywności. Zaszliśmy do gospodarza mieszkającego na skraju wsi. Była to akurat ruska Wielka Niedziela. Ludzie właśnie wrócili z cerkwi ze święconym. Gospodarz był wdowcem. Mieszkał z synem, który niedawno wrócił z frontu. Wchodząc do chaty, pochwaliłem Pana Boga ruskim zwyczajem:
 - Christ woskres.
Gospodarz odpowiedział:
- Woiste Christ woskres.

Dalej zapytał, czy my jesteśmy Ukraińcami. Skłamałem, że tak. Po usłyszeniu tego gospodarz stał się bardzo gościnny. Postawił na stole jajka święcone, bułkę - paskę i zachęcił do jedzenia. Był i kawałek kiełbasy. Jedząc opowiadałem mu, że my, Ukraińcy, organizować będziemy Armię Ukraińską. Mówiliśmy, że już tam na tyłach stoi zorganizowana armia, a my jedziemy do niej. Dalej mówiłem (wbrew prawdzie), że jestem rodem od Tarnopola. Gospodarz zbudził syna śpiącego na przypiecku. Mówił mu:
 - Słuchaj, Iwany, to są Ukraińcy od Tarnopola. Ty tam był.
Iwan wstał, rozmawiał z nami i wymienił wieś koło Tarnopola, gdzie mieli postój. Powiedziałem, że to właśnie moja wieś. Mój dom jest zaraz trzeci od góry, na zachód. Iwan stwierdził, że pewnie tam właśnie kwaterował przez dwa tygodnie. Stary postawił dobrą wódkę. Wypiliśmy po dwa kieliszki. Zakręciło mi się w głowie. Podziękowaliśmy i zaczęliśmy zbierać się do wyjścia. Gospodarz dał nam na drogę dwa małe, białe bochenki chleba. Zwyczajem ruskim po jedzeniu żegnałem się kciukiem kłaniając się do obrazu. Tak trzy razy przy równoczesnym cofaniu się w tył. Ponieważ po wódce zaszumiało mi trochę w głowie, za dużo cofnąłem się, zawadziłem o wysoki próg izby i upadłem na wznak do sieni. Tu chodziła kwoka z małymi kurczętami. Upadając udusiłem trzy sztuki. Gospodarz pomógł mi wstać i powiedział, abym się nie martwił.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl